Pokazywanie postów oznaczonych etykietą studia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą studia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 lutego 2015

inż. ^2

W miniony czwartek doprowadziłam do końca coś, co rozpoczęłam niemal 5,5 roku temu :). Wtedy to, jako dwie nieznające świata ni życia istoty, postanowiłyśmy z Mireczką wybrać się na drugie studia - Mirka wybrała matematykę, natomiast ja poszłam na Technologię Chemiczną, z której kilka dni temu obroniłam tytuł inżyniera.

Powtarzałam już wiele razy, że gdyby moje przyszłe dziecko chciało iść na drugi kierunek strzeliłabym je w głowę, i kazała zapisać się na jakieś koło naukowe, względnie wolontariat. Nie stoi to w sprzeczności z tym, że zdecydowanie nie żałuję podjętej na pierwszym roku decyzji :P.

Studiowanie chemii nieco wzbogaciło mój sposób rozumienia świata - w wiedzę z zakresu termodynamiki i adsorpcji dajmy na to (próbowało też w wiedzę o surowcach energetycznych ciekłych, ale się nie udało) -  ale przede wszystkim nauczyło mnie życia. Dbania o swoje interesy i starania się o to, na czym mi zależy, wyrobiło odwagę w kontaktach z ludźmi, jeszcze raz pokazało, że jeśli się jest fair wobec kogoś, to ten ktoś również będzie się zachowywał w porządku wobec nas. Poznałam sposób nauczania na drugiej uczelni (plus zorientowałam się, że studenci mają przeogromne problemy z matematyką), poznałam też wspaniałych ludzi, którzy mi wielokrotnie pomagali (pozdro dla Pani Dziekan, Pani Promo i paru innych Pań i Panów :) ) i pozwalali na wiele rzeczy tylko dlatego, że widzieli, że tego naprawdę potrzebowałam.

Każdy, kto kiedykolwiek próbował studiować dwa kierunki na dwóch różnych uczelniach wie, ile to kosztuje. Cena dwóch tytułów składa się z czasu i emocji, jakie musiało się współdzielić (oddać?) nauce i ludziom tej nauce towarzyszącym. Milion uśmiechów przewyższał liczbę łez, próśb, szaleńczej gimnastyki ciała i szarych komórek, które usiłowały dopasować się do tempa życia i do planu zajęć. Nieprzespane noce i przespane wykłady. Imprezy, z których się wychodziło - bo nauka, i imprezy tą samą nauką wywołane. Wszystko, co pozwoliło mi dobrze zapamiętać i miło wspominać te lata ;).

Dziękuję tutaj jeszcze raz wszystkim, którzy mieli dla mnie wiele zrozumienia w tym czasie, którzy mi pomagali (także bez mojej prośby, czy nawet Spojrzenia), którzy mi towarzyszyli w drodze. To naprawdę nie tylko mój sukces :).

I standardowo - dla ciekawych świata zamieszczam wstęp do mojej pracy inżynierskiej :P.

poniedziałek, 27 października 2014

lęki nocne

Dzisiaj post z cyklu banalnych. Patrzę na krzywą wieżę zadań, którą sobie postawiłam. Jak na magistra budownictwa jest dość słaba. Nierówno rozłożony ciężar w każdej chwili może spowodować katastrofę - a nie chcę zginąć pod gruzami.

Otworzyłam jakąś pracę doktorską. 173 strony tekstu, interlinia tym razem pojedyncza, wąskie marginesy. Niemal na każdej stronie wzór - i te wzory, które mają ledwie kilka literek, które są okraszone dziwnymi akcentami - są nawet straszniejsze niż te przydługawe, wzbudzające strach wśród dzieci. Mam łzy w oczach, bo wiem, ile godzin kosztuje każda taka literka, każdy znaczek. Nie tylko godzin - ile chwil, ilu ludzi, ile wspomnień.

Promise me that all you say is true. That's all I ask of you.

niedziela, 21 września 2014

męczenie pracy inżynierskiej

Dzisiaj jest dzień dobrego pisania (piszę owe 'dzisiaj' z premedytacją, a raczej z pełną nadzieją, że przeniesie się ono i na jutro - a raczej na okres 'po wstaniu z łóżka'). Nie mogę powiedzieć, że napisałam dużo (niestety), ale jakość tych niewielkich połaci tekstu jest zdecydowanie lepsza niż cały mój dotychczasowy wstęp (czyli normalna po prostu :) ).

Strasznie ciężko pisze mi się wojłokową pracę. Doświadczenie z dwóch poprzednich powinno podpowiadać od razu dobre słowa, kształtne i treściwe zdania, przeglądanie książek i artykułów winno być wesołą igraszką przy śniadaniu, a zdjęcia powinny się wklejać i nie zmieniać nagle miejscówki. Świat nie jest jednak idealny, i swoje trzeba przy każdym dyplomie odpokutować i ponieprzespać.

Ślub Justynki w porządku (może coś zmajstruję wkrótce), z jego okazji skorzystałam z pierwszego w życiu urlopu 'wtedy, kiedy ja chcę'. W pracy odbyły się pierwsze lekcje portugalskiego, który uparcie czyta mi się po francusku. Dużo jednak idzie wyhandlować w wymianie językowej, na pewno mam łatwiej niż duszyczki męczone za młodu niemieckim. Poza znajomymi z mojego działu i z działu, który dostaje robotę po nas i ma zawsze milion pytań, zaprzyjaźniam się z ochroniarzem. Dobranoc, bo już mam ochotę same głupoty pisać ;)

środa, 7 maja 2014

Umarł p. T.

Umarł profesor T., z mojej drugiej uczelni. Dowiedziałam się w kuriozalny sposób - siedząc na konsultacjach u pani X, do jej pokoju wpadła pani Y z wieścią. Pani Y zdziwiona, że tak mało osób wie, pani X nabiera łez do oczu. A ja po środku, na niskim, starym, obitym czerwonym czymś, uczelnianym krzesełku - element niepasujący do dekoracji świata, do świata ich wydziału w którym właśnie kogoś zabrakło.

Panie X i Y rozsnuły opowieść; pan T. był młody, widywany przed Wielkanocą, za bardzo się przejmował pracą. Studenci mówili, że jeździł na rowerze na uczelnię, że był sympatyczny. Ja nie miałam z nim nigdy zajęć. Był dla mnie cieniem na korytarzu - ale znajomym cieniem, rozpoznawanym od wielu lat, do którego się uśmiechałam ze wzajemnością. Takim, jakim i ja jestem dla niektórych studentów, a nawet nauczycieli. Światu zabrakło człowieka, uczelni - profesora, niektórym - może przewodnika? Poczytajcie jeszcze to.

wtorek, 4 marca 2014

ogólnie takie takie

Dostałam wiadomość na fb:

'chciałabym tak się teraz przenieść w czasie, w przyszłość, tak np 2 lata do przodu

(...)


no cóż, za 2 lata raczej większość obecnych niewiadomych, problemów, niejasności będzie jasna.... oczywiście, będą inne, ale takie już życie chyba jest...'

To chyba nie wymaga interpretacji, każdy czuje, o co chodzi. Tkwi się w stanie zawieszenia, w którym wiele ruchów jest za słabych, by poruszyć życie dalej, za to każde mocne uderzenie odbije się echem po przyszłości. Nadaje jej kształt, ten, a nie inny - choć zgoła przypadkowy. 

A z problemami jest tak, że wraz z wiekiem zaczynają być coraz bardziej wieloosobowe. 


G. wyprowadził się z Wieczystej, w sobotę była impreza 'pożegnalna'. Trochę to zmieni życie kilkunastu osób. Prócz tego świat stał się bardziej dziwny niż wcześniej. 


Jeden wiersz na jeden miesiąc :D? Chociaż chyba nie lubię Mickiewicza (jeśli można się opierać na znajomości 2 wierszy :P). 


'Do M. (czy tam innych literek)


Precz z moich oczu! ...posłucham od razu

Precz z mego serca! ...i serce posłucha
Precz z mej pamięci! ...nie, tego rozkazu 
Moja i twoja pamięć nie posłucha. '

piątek, 21 lutego 2014

Bajzel naukowy

Przepraszam, dziś post z cyklu narzekających :(. Projekt przytłacza.

Nie wiem, czy już pisałam, ale rzeczą straszną w dowolnej nauce jest bajzel robiony przez ludzi. Żyją sobie oni w różnych zakątkach świata i w różnych zakątkach nauki właśnie, niosąc z sobą lokalne naleciałości i przyzwyczajenia. Bajzel naukowy, ogólnie rzecz biorąc, polega na tym, że jedna literka oznacza wiele rzeczy - w zależności od podręcznika, autora, wąskiej dziedziny, w jaką akurat trafiliśmy i, jak mniemam, od wielu innych rzeczy.

W matematyce i mechanice dobrym przykładem jest nieścisłe oznaczanie liczb, zmiennych, macierzy i wektorów, które sobie często występują razem w równaniu. Mamy do dyspozycji normalną czcionkę, kursywę, pogrubienie, spory wybór podkreśleń i nadkreśleń, a i tak co nauczyciel to inne oznaczenia. I pół biedy jeśli są spójne..

Problemem naczelnym zdaje się być niedostateczna liczba znaków w alfabecie łacińskim i greckim, by pokryć naukowe zapotrzebowania. Zdarza się, że jedna literka w związku z tym występuje kilkukrotnie w danej nauce, i tylko od kontekstu zależy, co dokładnie oznacza. Niewprawny (czyli przykładowo studiujący :P) czytelnik ma zatem czasem problem ze zrozumieniem wzoru i zdarza się, że podstawia zupełnie nie te rzeczy, co potrzeba (pomijam wstawianie temperatury w kelwinach zamiast w stopniach Celsjusza :P). Literki zmieniają także znaczenie w zależności od gałęzi wiedzy - mogę wspomnieć elektrotechnikę, gdzie jednostkę urojoną oznacza się przez 'j', gdyż małe 'i' zarezerwowane jest dla natężenia prądu (zmiennego w czasie, jak mi wyjaśniono niedawno :P). Siły tnące mogą być zarówno 'Q', jak i 'T', ewentualnie 'V', przy czym nie mam pojęcia od czego to zależy. Ciekawostką dla mnie było także francuskie oznaczanie przyśpieszenia nie przez 'a', tylko za pomocą 'gammy'. Robi się ciekawie :P.

Jednak uważam, ze ze wszystkich nauk, jakich kiedykolwiek kosztowałam (bo nie zagłębiałam się zazwyczaj :P), największy rozgardiasz panuje w chemii, gdzie niemal wszystko może być nie tym, co użytkownik uważa. Najłatwiej wspomnieć rozmaite ułamki, stężenia, stosunki, występujące w odmianach: molowe, masowe i objętościowe, cieczy i gazów. Ułamek masowy w fazie ciekłej jest oznaczany przez małe 'x', a duże 'X' pokazuje stosunek masowy (dwie różne rzeczy). Konia z rzędem temu, kto odróżni na tablicy małe 'x' od dużego 'X', małe 'p' od dużego 'P'. W związku z powyższym 'przenoszenie masy - ćwiczenia' było ciężkim przedmiotem :P. Jeśli komuś będzie dana naukowa kariera - proszę, pamiętajcie o tym :).

Chciałam jeszcze opowiedzieć o tym, co bezpośrednio skłoniło mnie do napisania posta - o lepkości dynamicznej (bo jest jeszcze kinematyczna), oznaczanej przez greckie eta, albo mi, zależy co się komu uwidziało. Robiąc dzisiaj projekt, potrzebowałam ją policzyć. Wzoru nie miałam (chyba nie zapisałam), za to dysponowałam podanymi przez panią stałymi dla konkretnych substancji. Nie mając zbyt wielu książek chemicznych w zasięgu ręki, zapytałam googli (może mój błąd?). Nie podały mi rozwiązania, które by mi przypadło do gustu, natomiast znalazłam na dwóch różnych stronach wzory, które mnie zaintrygowały:

Pierwszy:

i drugi:

Nie trzeba jakoś specjalnie znać matematyki, by zauważyć, że z jednego nijak nie da się otrzymać drugiego. Pewnym ratunkiem mogłyby być różne stałe A i B (żadna ze stron ich nie podaje), ale jakoś mi się nie wydaje, by panowie Arrhenius i G... (ciężko powiedzieć, patrząc na wycinki :P) opracowali dwa zestawy stałych (choć mogę się mylić, i każdy z nich mógł podać osobny wzór, który został niefortunnie podpisany). I nigdy nie wiem, co mam w takiej sytuacji robić (poza przewertowaniem kolejnych stron/książek). Mogę dodać, że żaden nie daje dobrych rezultatów dla moich A i B. Ehh.

PS (godzinę po napisaniu posta) Na wiki odkryłam wzór, który uzależnia gęstość (zmieniłam obiekt zainteresowania) od cosinusa temperatury. Nic mnie nie zdziwi już chyba. (wzór na samym dole) :).

piątek, 31 stycznia 2014

post-magisterium

Dziś banalnie :). Uzupełnione o obrazek z internetu (ściągnęłam z fb, lepsze źródło jest chyba wyrysowane :) i piosenkę.

Zauważyłam, że czasem jakiś stan jest jest przyjemny w określonym kontekście - przyjemnie jest być dziewczyną, gdy nie trzeba iść na wojnę (generalizuję, ale chcę pokazać ideę :P), przyjemnie jest być matką, gdy się dostaje laurkę na dzień matki, przyjemnie jest być naukowcem, gdy wyniki doświadczeń wpasowują się w krzywą teoretyczną. Z kolei po przeciwnej stronie stanu zadowolenia z czegoś (czasem niezależnego od nas) jest strach i zobowiązania, jakie niesie dana rola. Dziewczyny raz na miesiąc mają ufundowany przez naturę ból brzucha, matki nieustannie drżą o los potomstwa, naukowcy klną tak, że każde odkrycie powinno być święcone przed aplikacją.



Tak samo skończenie studiów. Bycie magistrem jest super zaraz po obronie, jest super jak się pracuje, jest super w ogóle przez całe dalsze życie. Jednak jest nieco niepokojące przy sesji na AGH, a raczej przy końcu ostatniej rzeczy, pod którą trzeba było ustawiać grafik. Tytuł zawodowy stał się kamieniem, który przykrył stary, bezpieczny dom studiów politechnikowych, na którym trzeba budować nowy początek. I to budować przez najbliższe miesiące, z materiałów znalezionych nieopodal. Bycie magistrem wymaga, a będzie wymagało jeszcze więcej, gdy złożę aghowy indeks po sesji.

Ruch, aktywność, szukanie dróg, opcji, ścieżek, możliwości. I prób, które trzeba wykonać, żeby potem nie żałować.


Do something until it's too late.

sobota, 25 stycznia 2014

Magisterium

No i doczekałam się kropki ;). 

Plus minus pięć i pół roku temu rozpoczęłam studia budowlane. Rozpoczęłam je wykładem z mechaniki teoretycznej, biletem miesięcznym, nadzieją i ciekawością, jednak (czemu się teraz dziwię) przede wszystkim przerażeniem. Przerażało mnie miasto, przerażali nowi ludzie, przerażały całki i różniczki, przerażał przedmiot o nazwie 'konstrukcje sprężone i prefabrykowane', który majaczył gdzieś na dole rozpiski toku studiów. O trzech literkach przed nazwiskiem i bezpośrednio je poprzedzających trudach jeszcze nie myślałam - dość było potworów wcześniej. 

Życie pokazało, jak naprawdę wyglądało studiowanie. Abstrahując od miliona ludzi, chwil, przeżyć, wspomnień (które gdzieś sobie chowam, także na tym blogu), studia nauczyły mnie wiele. Pokazały mi przede wszystkim jak patrzeć na świat pod kątem mechaniki i fizyki, jak dostrzegać zjawiska i czuć potrzebę ich wyjaśnienia. To jest właśnie humanizm studiów inżynierskich. 

Poznałam wiele osób, które historia nazwie dobrymi pedagogami i prawdziwymi naukowcami. Poznałam także ludzi, którzy nigdy na uczelnię nie powinni trafić. Przesiedziałam wiele godzin (które rozciągały się na noce nieraz) nad projektami/rysunkami/zwierzeniami, złościłam się, cieszyłam, płakałam i śmiałam się. Dochodziłam do granic - by zobaczyć nowy horyzont (w rejonach granicy plastyczności). 

23 stycznia opowiedziałam (z uśmiechem na ustach, bo jeden slajd jakieś dyslokacje uskuteczniał :P) ośmioosobowej komisji o moim drgającym budynku, na co ta odwdzięczyła się prostymi pytaniami. Potem trzech przemiłych panów pytało mnie o dachy ciesielskie, a następnie poprosiło o przegląd wszystkiego, co im do głowy przyszło z zakresu dynamiki i o kryterium wytężeniowe w mechanice pękania (!?!). A na koniec, wspominany tu kilka razy pan od wytrzymałości, mechaniki kompozytów, mechaniki pękania i kilku innych hobbystycznych mechanik, uścisnął mi mocno rękę i powiedział, że od tej pory jestem panią magister inżynier. 

Po kilku nieziemsko stresujących dniach, po kilkunastu nerwowych tygodniach, po paru miesiącach intensywnego myślenia, po tych pięciu latach nauki, niespania, poznawania, położono nam na naszym naukowym torcie wisienkę z łacińską etymologią. Tym słodszą, czerwieńszą i bardziej soczystą, im więcej czasu, pracy i siebie włożyliśmy w proces studiowania. Patrzy się na ten tort, który jest najpiękniejszy na świecie, (i który z marszu umieszcza się w atmosferze azotu, by nie daj czego się nie utlenił), i czuje się nieopisane emocje, z których wybija się radość mieszająca się z ulgą. (Tak naprawdę tą ulgę zrozumiałam dopiero dzisiaj, jedząc kanapkę, patrząc na znany od ponad 5 lat korek na skrzyżowaniu Wiślickiej i Bora-Komorowskiego. Jedząc bez pośpiechu i zastanawiania się, gdzie położyłam notatki x, albo przypominania sobie wzoru y. Ani z jedzenia, ani z patrzenia nie musiało nic wynikać. Takie coś zdarza się tylko przy pakowaniu ogórków :P). :D Ale się cieszę :).

Prócz tej radości i uczuć towarzyszących, nagle odkrywa się jednak, że coś się skończyło. Okropne słowa 'już nigdy nie' wplatają się w zdania i w myśli, jakiś cel został osiągnięty, a nowy jeszcze nie wykiełkował wystarczająco, by przesadzić go do osobnej doniczki. Zostaje pustka i pytanie o dalszą drogę. 

Ankietę zrobiłam pewnie na wiosnę w tamtym roku - gdy myślałam, że październik będzie miesiącem krytycznym. Moja sytuacja wyjaśni się pewnie końcem marca. 







Wiecie, co jest dobre w kropkach? Że zawsze można je zamienić na przecinek lub średnik :). 


PS Świeżo upieczonego ( :P ) Magistra wychowało stado ludzi, począwszy od niezrównanej Rodzicielki. Jak w reklamie :P. Dziękuję :).

piątek, 17 stycznia 2014

Półkula i autorytety

Post na specjalne życzenie Wiernej Czytelniczki :), która to przerwała maraton z hipotezami wytężeniowymi (w końcu chyba wiem, o co w nich chodzi!) tym oto testem :).  Wyszło mi 13 do 87 dla półkuli prawej (:P), co podsumowałam stwierdzeniem: 'a myślałam, że języki ogarniam i jestem logiczną racjonalistką, ale widzę, że to tylko moja wyobraźnia :)'. Kto zrobi - załapie :).



Korzystając z rozpoczętego posta, opiszę jeszcze jedną rzecz, na którą natknęłam się przypadkiem. Czytając książkę do wytrzymałości materiałów, znalazłam w niej zwrot 'par excelence' (którego dokładnego tłumaczenia jeszcze nie znałam :P). Każdy kto mnie zna, wie, że jestem fanką średników, kształtnych zdań i nietuzinkowych słówek, zwłaszcza w książkach stricte technicznych. Wiadomo - inżynier humanistą być nie musi, jednak sposób pisania i elokwencja wiele mówią o człowieku. Bardzo w moich oczach tracą osoby, które nie potrafią się zdobyć na to, by ich książka była choćby 'możliwa do przeczytania' (a takich niestety od groma). W każdym razie pan zaplusował, więc zapragnęłam pokonwersować z googlami na jego temat.

Zadanie okazało się nie takie łatwe (pan nie istnieje jako hasło na wikipedii), jednak wyszukiwarka zaprowadziła mnie do dwóch stron - wspomnień. Jedne napisał szukany pan, na temat profesora - swojego przyjaciela i mentora, natomiast drugie dotyczyły jego osoby, i zostały przygotowane przez mojego pana od, hmmm, mechaniki kompozytów (pan jest w miarę wszechstronny, ciężko się zdecydować). Oba teksty podlinkowałam, kto nie jest zajęty sesją, niech sobie przeczyta. Tak na marginesie dodam, że ów pan od mechaniki kompozytów też ładną językowo książkę napisał :P.

Ucząc się pilnie do obrony, oczywiście zajęłam się czytaniem tekstów, z których wyłoniły mi się dwie sylwetki inżynierów i pedagogów. Dwa pozytywne opisy, wzbogacone o śmieszne i prywatne historyjki. Dwoje ludzi, których książki mogłabym mieć właśnie na biurku. Są to dobre historie.

Pisałam nie tak dawno o Kompanii Braci, o potrzebie przeżywania mocnych emocji, które są spoiwem łączącym ludzi. Temat dzisiejszy trochę wpasowuje się w tamten - przypadkiem nadziałam się na charakterystykę kogoś, kto powinien mi w ten właśnie sposób zostać przedstawiony - jako autorytet - legenda. Na początku drogi, gdy inżynier kojarzył mi się z panem Mieciem z budowy, gdy próbowałam sobie połączyć nieprawdziwy obraz majstra w gumiakach ze sztucznym wyobrażeniem chuderlaka rozwiązującego równania różniczkowe. Tak naprawdę chyba nie obchodzi mnie, czy wszyscy (albo chociaż autorzy wspomnień) 'lubili' opisywanych panów, czy ich cenili (ze względu na wiedzę z mechaniki, czy raczej wiedzę życiową?), czy zgadzali się z ich decyzjami, czy ich szanowali... Z ludźmi, podobnie jak z całym życiem, jest tak, że po czasie pamięta się przede wszystkim te dobre chwile - i chwała za to :) - więc niech będą to opisy prawdziwe. Prawdziwych ludzi, z których można brać przykład, ludzi blisko.


wtorek, 14 stycznia 2014

Finite incantatem

Radość i utrapienie mojego ostatniego półrocza w poniedziałek zostało wydane w 3 egzemplarzach i stało się plikiem na komputerze read-only. Wychowałam jak dziecko, od małego, od idei. Odchowałam, karmiąc pomysłami (z różnym skutkiem, ale w dobrej wierze), poiłam czasem (swoim i cudzym), zasypiając i budząc się z myślą przy nim (plus raz z głową obok klawiatury), przelewałam ciepło i emocje w obojętną na wszystko stronę bierną. Wyszło jakoś 108-109 stron (zależy jak je numeruję) wraz ze wszystkimi wymyślonymi przez ludzkość spisami i streszczeniem. Kto ma ochotę, może poczytać sobie wstęp. Istnieje dość spore (15 stron!), polskie streszczenie - jeśli ktoś jest zainteresowany, niech w dowolny sposób da mi znać, z chęcią wyślę ;).

Dziękuję wszystkim, którzy dobrym słowem, radą, pomysłem, cierpliwością i wszystkim innym pomogli mi w moim zadaniu. Jesteście kochani, i bez Was byłoby mi dużo, dużo trudniej :).

I trzymajcie za mnie kciuki w dniu obrony :). Do tego czasu mnie nie ma.

niedziela, 5 stycznia 2014

Lagrange na celowniku

3 strony za dzień w 80% rzetelny. Dawno nie było takiej naukowej uczciwości, która jak widać nie weszła w układy z wydajnością. Gdyby Lagrange jeszcze żył, musiałby się dziś ukrywać przed moimi pięknymi skądinąd oczyma, spod których wychylała się żądza mordu. Z braku matematyka zadowala się jabłkami, ale wiadomo jak ciężko utrzymać żądze na wodzy.

Gdyby ktoś potrzebował, energię kinetyczną zaznacza się w anglojęzycznej literaturze literą T. Tak dla zmyłki. I tylko w niektórych książkach.

Wybrałam się w podróż. Dzień był słoneczny, słonecznością bez żadnej chmurki na połaciach głębokiego, ciemnego błękitu. Jechałam jako pasażerka błękitnym (?) kabrioletem, po prostej, pustej, zamiejskiej drodze stanu Nevada (mogę przysiąc, że mignęła mi tabliczka). Z radia leciało głośno sweet child o'mine, a ja uśmiechałam się ze spokojem. Jedziemy. ... .

Nagle, z ostatnią nutą piosenki znalazłam się z powrotem na krześle, wyprostowana, z oczami otwartymi i nie zmęczonymi. Nawet w trakcie przewracania strony. Pierwszy raz mi się to zdarza, z nerwów ani chybi.

Albo z niezdecydowania. Nie wiem, czy kląć, czy płakać. Siedzieć do oporu, przetłumaczyć bez wkładu własnego co bądź (hmm, kto przeczyta? pani promo, może pan recenzent, za to na pewno pokolenia za mną, przed którymi się to samo zadanie postawi. Będą oglądać indeksy, zbliżać rysunki, wzdychać do wykresów abaqusowych. Kopiować co bądź albo szukać inspiracji. I zastanawiać się, z jakiej racji praca wirtualna to u mnie 'power of external forces')? Przespać zimę?



Jak rzadko mam tak, by poświęcać czemuś czas, energię, uwagę, a i tak nic prawie z tego nie mieć! Jak placek, do którego zapomniało się wsypać proszek do pieczenia. Nie wyrósł zupełnie. O czym ja zapominam?

piątek, 3 stycznia 2014

resolution directe

Mój dzisiejszy dzień wyznaczało równanie różniczkowe. Zwyczajne, drugiego rzędu, nazwane szumnie równaniem ruchu. Z nieznanych przyczyn jeden autor zamienił w swojej książce małą omegę na małe p, co wcześniejszy użytkownik podręcznika skrzętnie popoprawiał. Lagrange pałęta się z Hamiltonem między wódką a zakąską, między świtem a mgłą, albo między fb a herbatą. A ja między nimi.

Nie wiem dlaczego większość książek mających w nazwie 'dynamika' ma ponad 600 stron. Z których nijak nie wybiorę pod siebie kawałka, nie przeczytawszy przynajmniej setki. Zbyt ubogam w wiedzę, by móc patrzeć na angielskie tomiszcza (Chopra - 794 str), bogate za to w damping ratio i różne niezbędne integrals. Matrice de masse modale wychylająca się z francuskich kserówek byłaby odpowiedzią na moje wszystkie potrzeby (w końcu byłam na tym uczona, jest krótkie, bogate we wzory i wspaniałe po prostu), gdyby nie zabójczy język. Nie ogarniam.

(... czytam na ebookach googlowych recenzję książki xyz. Cytuję: "Actually, I prefer abc book. But abc book is about 170 pages and this one is about 650 pages. And you get much more material with this book." . Ściągnęłam obie. Problem ten, co wcześniej - fizycy inaczej uczą mechaniki niż budowlańcy. Chyba idę spać.)

(Albo nie - zastanawiam się jeszcze, ilu ludzi naprawdę przeczyta te książki. Mające setki stron, tysiąc równań wszelakiego rodzaju, znaczki o jakich się Grekom nie śniło, wariacje potykające się o pochodne i sumy. Wymagające wiedzy, czasu i matematyki. Zaczynam podejrzewać, że na świecie funkcjonuje tajna sekta naukowców, którzy żyją w świecie rytuału chi kwadrat i grupowego rozwiązywania równań różniczkowych na czarnych mszach. Że ludzkość o nich nie wie, a oni obliczają skrycie ruch każdej cząsteczki, kursy euro i wyniki meczy tenisowych, co jakiś czas wypuszczając iluśtam stronicowe cudo w celach zarobkowych. Bo zwykły, szary magister odpada przy 10 stronie). 

poniedziałek, 18 listopada 2013

google potrafi

Wydaje mi się, że jestem o wiele lepsza w pisaniu listów niż w pisaniu prac naukowych. Pisząc swobodnie, palce giętkie wstukują wszystko, co pomyśli głowa, która od idei do rozwiązania przechodzi traktem tłocznym od słów jak Oxford street po południu (jeśli pomyślę o tłocznym miejscu, zawsze przychodzi mi to jedno do głowy. Pamiętam także, że idąc z Radkiem i Edytą znaleźliśmy się na jej paryskim odpowiedniku. Galeria Krakowska to jednak niższy level :P). Tymczasem klecąc mechaniczne zdania, o każde słowo muszę się z neuronami handlować, przeczesywać dzikie stepy słowników internetowych i rezerwy woli uruchamiać. Ale już nie jojczę (i taktownie nie wspominam o progresie dzisiejszym, poniżej normy).

Piszę z ciekawą sprawą. Przypadkiem odkryłam ciekawą opcję wyszukiwarki google, polecam wszystkim do zabawy :P. Wpiszcie sobie również 'zerg rush' w wyszukiwarkę ;).

I to tyle, chciałam dzisiaj coś normalnego napisać. I to z 5 zdań bez przerwy :).


czwartek, 14 listopada 2013

samookaleczanie

Tak się zastanawiałam (w sumie nie po raz pierwszy), czemu ja sobie to robię. 'To' jest ogólnym określeniem na pracę po nocach - bo dnia brakuje, albo jest wypełniony czym innym. Marzy się łóżko (odległe zaledwie o metr), w głowie dziwne szumy (nie dochodzące tym razem z 7 piętra), a tu uparcie MES się wciska. I nie wiadomo jak jest 'zbieżność' po angielsku. Uuhhhhh..

Nie ma mnie fizycznie - przynajmniej dopóki nie napiszę mojego tałatajstwa.

sobota, 26 października 2013

Into the burrow

Ludzie, jak mądrzy by nie byli, w swoim życiu czasem lądują w sytuacji Alicji z Krainy Czarów. Nagle, często z własnej woli (choć w sposób cokolwiek nieplanowany), goniąc za białymi królikami, lub po prostu przez nieuwagę, wpadają do dziury. Tej z gatunku przestrzennych, głębokich, dających być może nawet poczucie komfortu lotu, lecz przede wszystkim dających wystarczająco dużo czasu, by pomyśleć, miast tylko nerwowo machać kończynami. Zanim jednak owo pierwszozdaniowe lądowanie się odbędzie, należy Alicji towarzyszyć w procesie spadania.

Na układ zamknięty dziura-człowiek w środku, w warunkach standardowych działa tylko siła ciążenia... (równa iloczynowi masy człowieka obciążonego wszystkimi swoimi problemami przez przyśpieszenie ziemskie zwiększone o ilość rzeczy do zrobienia przed wydarzeniem krytycznym podzielonych przez kwadrat czasu, który pozostał. Jednostka się zgadza) ...która jest wyrażona poniższym wzorem:


Aplikując do przykładu myśli niejakiego Newtona (lub z rzutu wektorów na oś y) widać, że ową złowieszczą siłę pasowałoby zrównoważyć. Nasuwa się też oczywisty wniosek, że im większa ona jest, tym trudniej człowiekowi ją pokonać i zabrać się za niespadanie.

Choć nie jest to regułą, człowiek jest jednak dość świadomy procesu zamiany energii potencjalnej na kinetyczną podczas lotu w dół. Wie, że spada i mu się ten stan zazwyczaj nie podoba. Podany problem można rozwiązać na dwa sposoby.

Pierwszym z nich jest po prostu dolecenie do końca dziury z nadzieją na miękkie lądowanie i talerz podejrzanych ciasteczek na dole. Jak wiemy Alicji się udało nie potłuc.

Jest także inny sposób na przebycie tej drogi. Widząc, że się spada, że nabiera się niebezpiecznej  prędkości, należy jakoś spowolnić ten proces. W tym celu dobrze jest łapać się (przypadkiem lub metodycznie) wystających korzeni, linek, półek, czy wszystkiego innego, co sobie w wyimaginowanej dziurze zaprojektujemy. Dotykając tego, obok czego przelatujemy mamy szansę zostawić w tym miejscu trochę dodatkowej masy, a także stracić nieco pędu. Zwolnić albo zrzucić z siebie ciężar.

W życiu nie jest łatwo wyciągnąć rękę, zakończyć jedną sprawę nim zacznie się kolejną. Zwłaszcza, gdy blisko do ziemi, a ręce zajęte są trzymaniem kilku srok. Trzeba zacząć od dzisiaj, nie od jutra. I po kolei kłaść gdzieś na półkach kamyki mniejszych czynności. 

środa, 16 października 2013

ukryj swe myśli

Jakieś 20 minut wolnego czasu (zrobiłam w abaqusie wszystko co chciałam w tym momencie, zostało nastawienie liczenia)  postanowiłam poświęcić na nadrobienie blogowych zaległości. Notka pewnie będzie iście 10-minutowa (mam zajęcia o 19:30, a uczesać się jeszcze trzeba).

W tym momencie pomyślałam, że chyba nawet nie mam za bardzo o czym Wam opowiedzieć. Czas pisania pracy (jakiejkolwiek właściwie) pochłania wszystkie myśli, szatkuje je nieziemsko i miesza ze sobą - wszystko to by stworzyć twórczą wizję wniosków i piękny obraz teorii. Bez czynów (bo napisałam tyle, co nic) i znaków praca próbuje urosnąć w głowie - z niematerialnych strzępków twierdzeń, zdań, nazwisk, artykułów i słów podlewanych nieustannie nowymi wynikami i głupimi pomysłami. Myśli ocierają się o siebie, przesypują, kruszą, a przy tym są modelowane i mieszane zadaniami pokroju laborek z maszyn przepływowych i koniecznością przygotowywania obiadu. Mam w głowie jedną wielką mandalę wszystkiego - ale lubię układanki :)

sobota, 14 września 2013

Czekając na wyniki

Panna Zosia spod Libiąża
Nie wiedziała skąd jej ciąża
Próżno pyta każdego
Słyszy, że 'to nie jego'
A brzuch pannę Zosię obciąża


Pan sędzia z okolic Tarnawy
Uwielbiał domowe potrawy
Żona bardzo miła
Pierogi przyrządziła
I mogła liczyć w sądzie na układy


Pewnie by nikt nie zgadł, ale oba (o ile mnie pamięć polonistyczna nie myli) limeryki wymyśliłam wczoraj, koło 2 w nocy, gdy to usiłowałam nie zasnąć, podczas czekania aż komputer policzy mi model. Dobrych (a raczej 'idących w dobrą stronę') wyników doczekałam się... dzisiaj :). Dobrej nocy wszystkim ):

czwartek, 12 września 2013

Biurowiec

Brakuje mi jeszcze schodów. Dachu nie będzie. Prócz tego lekko oszukałam na ściankach działowych. Nie ma się czym chwalić generalnie, bo taki model powinien zbudować każdy po studiach, a nawet w trakcie. Póki co to tylko autocadowy model, jutro spróbuję wrzucić do programu obliczeniowego, ale powinno być ok. Jak pisałam, nie ma się czym chwalić w skali globalnej, ale ja jestem z tego szalenie dumna :). Dziękuję bardzo za wszelką pomoc :). Teraz czas na całą dalszą część magisterki... ;) 



Wysłałam też Rodzicielce (ostatnio dopytuje się o postępy jakiekolwiek), ciekawe, czy zapyta o kolorki :P.

Zdałam sesję na AGH, niech się dzieje semestr zimowy!

PS Mam wrażenie, że każde zdanie w tym poście jest nie po polsku :P, wybaczcie. Miłego dnia wszystkim :).

poniedziałek, 1 lipca 2013

Ostatni dzień w akademiku

Lato było jakieś szare
i słowikom brakło tchu
smutnych wiersz parę 
ktoś napisał znów...

Noc z czwartku na piątek była ostatnią tak wspólną nocą w akademiku.

Do około 5 rano trwała impreza u Tutka - motywem przewodnim było ziarno, którego resztki wyścielały podłogę pokoju (potem przykrywają także wszystko inne i migrują do innych pokoi, również przez klatkę schodową. Ziarno jest wszędzie i ziarno musi być dziubane). Ewelina stała się magistrem w czwartek, Tomek (po całonocnej imprezie, bez chwili snu) bronił się w piątek (oczywiście oboje 5.0 :) ). Głośnik, zabawa, muzyka, alkohol i mnóstwo, mnóstwo bliskich mi osób.

...Smutnych wierszy nigdy dosyć
i zranionych ciężko serc
nieprzespanych nocy
które trawi lęk...

Koło 2 ktoś stwierdził, że poloneza czas zacząć, i puścił melodię z głośnika :). Jak na umówiony sygnał wszyscy wyszli na korytarz, zaczęli dobierać się w pary i tańczyć razem. Tak jak 5 lat temu, taniec na zakończenie etapu życia, dla niektórych 100 dni przed obroną :P. Poprzychodzili ludzie z innych pięter, pani Gosia, która miała nas uspokajać, była zachwycona. Nadszedł też czas belgijskiego pod windami. Było tak, jak powinno być, pomijając przerażającą świadomość ostatniego razu.

...Kap, kap, płyną łzy
W łez kałużach ja i ty...

9 rano w piątek - trzeba było wstać i spakować resztę niebieskich motyli. Zmywamy, zamiatamy, sprzątaczka nie widzi urwanej jednej żyłki od żaluzji. Uparcie uczę się do egzaminu o 16:30, by za dużo nie myśleć o czym innym.

...Wypłakane oczy
i przekwitłe bzy...

Ewelina pojechała z Łukaszem do domu. Kończę czytać notatki z wymiany ciepła. Ubrana na egzamin, z kieszeniami wypchanymi zużytymi chusteczkami latam po wszystkich, zwłaszcza po tych, którzy jadą już do domu. Wtedy nie umiałam patrzeć inaczej, niż z perspektywy smutku, końca, żalu, malując portrety do pamięci długotrwałej. Na portierni znów pani Irenka.

...Płacze z nami deszcz 
i fontanna szlocha też
trochę zadziwiona
skąd ma tyle łez...

Jadę w końcu na ten egzamin, dobrze się zająć czymś innym. Wracając spotykam Madzię, idziemy do Tutka na herbatę, Sylwia przychodzi z barszczem. Normalny dzień, tylko porządek wszędzie większy i ciężko znaleźć dostateczną ilość kubków i sztućce. Serce szaleje, i chyba nie ma już siły. Sprzątam udając, że wcale mi się nie chce płakać. Paweł zyskuje nową fryzurę, a świat nową fryzjerkę.

Ostatnie malowania, układania, mycia. Śpi u mnie Kasia. Świat zadziwia. Nocne spotkanie u dziewczyn z drużyny A - już po przymusowej przeprowadzce na 5, z Grawciem, Tutkiem i obronionym Tomkiem. Po 2 idę spać, wstaję o 7.

...Nad dachami muza leci
muza czyli weny znak
czemuż wam poeci
miodu w sercach brak...

Wykwaterowanie przebiegło szybko i dziwnie bezboleśnie. Świetnie sobie to urządziliśmy - jedziemy wieczorem na grilla do Izy, pod Gorlice. Ciężko zostawić na raz i ludzi i miejsce, osobno idzie trochę lepiej. Ci, co mają wakacje daleko, powoli wyjeżdżają, a każdy kto mógł, zjawił się u Izy. Jej babcia jest fenomenalna, Tutek grał na akordeonie, a reszta wesoło pląsała. Królewskie przyjęcie i ostatnie rozmowy. Przerobiliśmy trawnik na kawałek apetycznego błotka (pod uprawę ziarna).

...Muza ma sukienkę krótką
muza skrzydła ma u rąk
lecz nam ciągle smutno
a mnie boli ząb...

W perspektywie obrona Agi i Ewy (2 lipca, trzymajcie wszyscy kciuki) i całe wakacje, w miarę możliwości pewnie wspólne. Potem obrony wrześniowe i październikowe. Potem praca. Ciepło zdałam na 4. Gdyby ktoś mi w październiku na 1 roku opowiedział moje kolejne 5 lat, na pewno bym go wyśmiała.



Skończył nam się piękny okres w życiu - mówią, że najpiękniejszy. Pewnie coś w tym jest, swoboda, wolność, zdrowie, marzenia, ...., ale jest to przede wszystkim obraz życia po swojemu i, jeśli chcemy, jest to życie na 100%. Jeszcze możemy wszystko, i mamy na to 'wszystko' 50% zniżki ;). Potem stopniowo ogranicza nam się wolność, zakłada obrączką i umową o pracę warunki brzegowe, odpowiedzialność w końcu krzyczy głośniej niż beztroska.

I wielu ludzi uważa to za taką małą, przymusową tragedię. Z tej małej tragedii robi się większa, gdy wchodzi się w trybiki świata, w życie bez codziennych radości, w życie przyszłością lub przeszłością - bez teraźniejszości. Ludzie (poza przypadkami szczególnymi) sami są odpowiedzialni za to, co się z nimi dzieje - i teraz dużo zależy od postawy, od chęci, od nas. Dużo czasu minęło, zanim nauczyłam się myśleć o tegorocznym czerwcu nie jako o końcu, ale jako o zmianie. Koniec studiów to nie przemiana chemiczna, w której ze znanych substratów otrzymujemy produkt, który może okazać się bezwartościowy, który będzie czymś nowym, o innych właściwościach. Bliższy mógłby być model przemiany fizycznej, gdy tylko zmienia się stan materii. Może staje się trochę bardziej rozproszona, ale wciąż jest tym samym - grupą ludzi, którzy sobie ufają i się dobrze ze sobą czują. Nawet jak będzie ich dzieliło więcej niż kilka pięter ;).



czwartek, 20 czerwca 2013

ostatni wykład

Miałam pisać o ostatnim wykładzie w dniu, w którym się ów ostatni wykład odbył - 10 czerwca :P. Pan K. jednak nieco nas zmylił, i nie przyszedł w ten poniedziałek (wysyłając panią Alę ze sprawdzianami, co było dość dobrą decyzją) - zatem coś, co przypadkiem uważałam za ostatnie faktycznie takim było.

Dziwnie się kończy studia. Dziwnie żyć w świadomości, że swoją grupę (MMiKB) zobaczę ostatni raz w całości jutro, na egzaminie z zarządzania. Rozejdziemy się, jak nam róża wiatrów wskaże, w większości już się nie zobaczymy i pewnie nie będziemy za sobą tęsknić. Normalne w życiu, ale za każdym razem tak samo trudne.

Moim (i Miry) pierwszym wykładem na budownictwie była Mechanika Teoretyczna. Pan Henryk, nieświadom naszych mąk, wprowadzał przerażone dzieciaki z pierwszego roku w tajniki macierzy, szastał momentami bezwładności, innymi momentami, pracami wirtualnymi i rozpytywał o skrętnik. Ostatni wykład, do dorosłych inżynierów, wygłosił pan K. - na temat budynków położonych na terenach górniczych, o potrzebie częstych dylatacji tychże, a także jeszcze raz o analizie sygnału, filtrach i transformatach. Przez 5 lat weszliśmy na górę po drabinie cegieł, wzorów, słupów dwugałęziowych, projektów, eurokodów Wszystko, choć jeszcze nieogarnięte, jest spójne.

Studia są chyba ostatnim prostym i naturalnym etapem uporządkowanego życia. Ostatnim środkiem do osiągnięcia celu - zdobycia pracy 'takiej, jakiej pragnęliśmy przez te lata'. Skończy się podejście 'nie chce mi się iść na wykłady, to nie idę', skończy się luz i nieregularność. Skończą się też nudne wykłady i potrzeba ich urozmaicania rebusami :P. Coś się kończy, coś się zaczyna - zawsze. Nooo, chyba, że ktoś ma drugie studia :P.

Gdzieś pomiędzy niecką górniczą a rebusem pan K. opowiedział nam kawał o metrze i o 3 technikach, którzy dokonywali napraw w tunelu. Robotnik - pesymista jest zły, bo jest ciemno i nierówno. Drugi - optymista widzi światełko w tunelu i się cieszy. Technik - realista widzi zbliżający się pociąg. A co widzi kierowca lokomotywy? Trzech idiotów gapiących się na nadjeżdżający pociąg ;). Powodzenia wszystkim :)!


Świat staje na głowie, magisterka leży a przede mną szybki kurs EC2. Jeszcze nie wierzę... :))