Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 września 2013

Chinatown

Znajomi prowadzą bloga, w którym opisują wrażenia z pobytu w państwie środka, dokładnie w Hong Kongu. By nie zapomnieć kłopotliwego adresu i móc wejść na stronę bez przetrząsania facebooka, postanowiłam skorzystać z oferowanej możliwości, i zapisać się do hmmm, obserwatorów? Poproszono mnie o zarejestrowanie się w serwisie - nie ma sprawy.

Ciekawie zaczęło się robić, gdy kazano mi wybrać nazwę użytkownika. Czerwony kapturek zawierał nielegalną spację, co strona wyłapała. Wychodząc jednak naprzeciw klientom, oferowała tym niezdecydowanym podpowiedzi.

Serwis postanowił wyjść z szablonu nadawania kolejnych numerków i łechtając próżność potencjalnych użytkowników zaproponował mi bycie cool, ultra, a nawet cool(...)universe. Nie załapałam wykluczenia poziomej kreski, co pozwoliło mi obejrzeć kolejne propozycje bycia kochanym megafanem, niestety oddzielnie. Ciekawa jestem, czy ktokolwiek na serio wybiera im takie nazwy, chociaż przyznam, że moja 'domowa' nazwa użytkownika to 'imiekota' (jeszcze się nie zdarzyło, by była zajęta), a odpowiedź - hasło znają wszyscy domownicy ;).


Życie czasem wygląda jak niepoukładany tetris, gdzie na dole dziura za dziurą, coraz wyżej do limitu i coraz trudniej zdążyć z układaniem i obracaniem nowych klocków. Pewnie, że łatwiej było na początku układać ładnie, ale niewprawnemu graczowi zdarzają się wpadki i wypadki. I pozostaje pytanie (na które wcale nie ma czasu) - układać dalej, i liczyć, że uda się naprawić pole, czy nie przejmować się i zacząć nową partię? Piosenka, którą lubię :). 

niedziela, 11 listopada 2012

Kopiec Kraka

Jak to mówią - cudze się chwali, swojego nie zna :P. Ja nie znam momentami aż do przesady i z własnego lenistwa. Będąc w Compiegne latałam na kilometrowe spacerki po okolicy. Podobnie w Harlow - bezlitośnie żartowałam z tych, którym nie chciało się iść do biblioteki po darmową mapę i udać się na pieszo 5 mil do Tesco, albo chociaż nad pobliski staw. Tymczasem przeciętny turysta w Krakowie odwiedził więcej miejsc niż ja :P przez całe studia.

Zwiedzanie Krakowa uprawiam mało regularnie i bardzo wybiórczo. W trakcie kursu na prawo jazdy, z uwagi na stopień skomplikowania, poznałam jako pojedyncze obiekty w krakowskiej przestrzeni rondo koło Carrefoura na Czyżynach i rondo Hipokratesa (oraz parę bliżej niezidentyfikowanych mostów). Kiedyś w przypływie fantazji (albo z powodu zainteresowania kończoną w autobusie książką) stwierdziłam, że pojadę sto dwudziestką piątką do końca trasy - na Złocień, który myślowo utożsamiałam wtedy z Zakrzówkiem. Generalnie nie ma tam totalnie nic do oglądania, (zapytana o okoliczne atrakcje pani wskazała mi zakład kosmetyczny) więc jeśli ktoś by chciał się mną sugerować, Złocienia akurat nie polecam :P.

Do wizyty na Wawelu pośrednio 'zmusili' mnie przyjezdni Meksykanie, jednak w sumie nawet nie wiem, czy zwiedziłam tam wszystko, co do zwiedzenia się nadawało. Na Zakrzówku pierwszy raz byłam po powrocie z Francji. Nie byłam także na krakowskich kopcach...

Stan rzeczy zmienił się jednak wczoraj, kiedy to pietiowym samochodem pojechaliśmy (ja, Sylwia, Adrian, Paweł i Gonzo)na Kopiec Kraka. Widoki w nocy są niesamowite, i przypominają mi rozszerzenie tego, co widać w nocy w sanockim parku (albo w Budapeszcie. Albo w dowolnym innym mieście, na dowolnym, innym wzniesieniu. Wszystko jest inne, ale jednocześnie takie samo). Takie nocne stanie - nad miastem, nad ulicami, nad światłami, z szeroką perspektywą - ma coś w sobie. Jest się cząstką świata oderwaną od niego na chwilkę - która może sobie popatrzeć z perspektywy na codzienność o godzinie 23. Czuje się obywatelem świata, w jakimkolwiek języku by te mrówki w samochodach nie mówiły. I czuje się też zimny wiatr i ból zęba, miejmy nadzieję tylko tym wiatrem spowodowany :P.


PS Zmieniłam zdjęcie, na to dostarczone od Adriana. Zdecydowanie bardziej pasuje, dzięki :).

piątek, 31 sierpnia 2012

Stansted airport

[dopisane koło północy, 30 sierpnia] Poniższy kawałek jest trochę dziwny, ale sobie postanowiłam, że zostawię :P. W końcu to i tak blog dla mnie (już wkrótce użyję tego argumentu ponownie).


Post jest pisany na szybko – na lotnisku w Stansted. Pomyliliśmy się z wujkiem, dzięki czemu mam 3 godziny czekania na samolot – przynajmniej zdążę bez nerwów, mam złe wspomnienia z mojego ostatniego lotu z Londynu. Więc (słowo, którym się nie zaczyna zdań, ale zawsze tak ładnie pasuje) wracam do Polski. Z tym wracaniem nie do końca wiem, jak jest.


Wracam, na pewno wracam, bo mam gdzie, mam do kogo i mam do czego. Jednak (pisałam już o tym wiele razy) gdziekolwiek człowiek by nie był przez część swojego życia, zostawia tam kawałek siebie, 'bom wszędzie cząstkę swej duszy zostawił'. Może być to i krew na niebieskim plastrze naklejonym na pakowalni, może to być włos na białym dywanie u Francoise, może być też postać w czerwonej bluzce na zdjęciach z park party. Kiedyś jeszcze na pewno odwiedzę Anglię, albo świat robi się coraz mniejszy, albo ręce ludzie coraz dłuższe mają, i łatwiej nimi sięgnąć realnych celów. UK Salad (dyplomacja) wysyła mi smsy, z których przebija żal z powodu utraty źródła przepysznych cukierków z Sainsbury’ego, oraz kogoś, kto uśmiecha się idiotycznie zza papryki. Miłe ;).


Lotnisko w Stansted jest dość duże, przestrzenne, jasne. Idę na samolot (ubrana w adidasy, polar i płaszcz, poza tym przepełniona nadzieją, że jednak bagażu nie będą mi ważyć), może później jeszcze dodam ze dwa słowa ;). Tę noc spędzam u Paci i Grzesia, wyjadą po mnie samochodem ;). Gdyby ktoś kiedykolwiek potrzebował przenośnego domu, służę pomocą ;).


[PS, pisane w autobusie do Sanoka, następnego dnia, koło południa - by wyjaśnić wątpliwości niektórych] Część czytających może była za granicą w pracy, część pewnie słyszała o tym, jak jest w takich miejscach – zakładach pełnych emigrantów z Polski, w różnym wieku i z różnym stażem za granicą. Często nie jest lekko z tymi ludźmi, normą jest obgadywanie, brak życzliwości, złośliwość i chamstwo. Przez 2 miesiące da się 'być przyjacielem każdego', o ile się ma dobre podejście – często pobłażliwe, pełne zrozumienia, ale zdecydowanie nie uległe. Polubiłam dziwnych ludzi na UK Salad, oni odpłacali się godziwym traktowaniem, szacunkiem (zarówno wobec mnie, jak i moich próśb i decyzji) i zaufaniem. Ja nie miałam źle, i naprawdę ciężko było mi wszystkich i wszystko zostawiać. Myślicie, że po długości, po czasie trwania uczuć, odczuć, smutku, tęsknoty, można poznać ile coś dla nas znaczyło? To były dobre wakacje, dziękuję ;).


A teraz prośba - trzymajcie za mnie kciuki przez cały wrzesień najlepiej, bo mam dłuuuuugą sesję :P. Powodzenia wszystkim, uśmiech ode mnie ;).

środa, 25 stycznia 2012

Tillé - Balice

(w tytule Tillé, bo to nazwa miejscowości, w której dokładnie jest lotnisko nazwane Paris - Beauvais. Dowiedziałam się dzisiaj ;) ). To będzie krótki post, ponieważ piszę go od ponad 3 godzin, i nie mogę wyjść poza 3 linijki. Zacznę od początku:

Po pierwsze, Société Générale dało mi 40 euro za to, że miałam u nich przez 4 miesiące otwarte konto bankowe - Francja jest dziwna, ale dostrzegam przyjemne przejawy tej dziwności :P.

Po drugie, Françoise, moja właścicielka mieszkania, jest wspaniałą i dobrą kobietą - nawet nie umiem wymienić wszystkich rzeczy, które dla mnie zrobiła podczas mojego pobytu. Mam szalone, wykraczające poza wszelkie prawdopodobieństwo szczęście do spotykania dobrych ludzi - albo po prostu ludzie są dobrzy ;). Wybierzcie, co wolicie :).

Po trzecie, uważam, że nie ma piękniejszej pory na lot samolotem niż ta, która obejmuje zachód słońca ;).

I po czwarte - strasznie dziękuję WSZYSTKIM :), którzy wyjechali po mnie dzisiaj na lotnisko ;), jesteście WSPANIALI, i dawno nikt nie sprawił mi tak niesamowitej niespodzianki. Niech mój śmiech będzie dla Was najlepszą miarą radości :).
I cieszę się bardzo, nawet, jak tego nie pokazuję. :)

czwartek, 15 grudnia 2011

Do Ciebie

Chciałam Ci napisać mode d'emploi (chociaż nie lubisz francuskeigo) na dzisiaj. Pomysłów zabrakło mi po pingwinach, jak widać cały świat choruje na to samo. Zrobiłam nam ankietę za to.

1. Proponuję Ci wstać z łóżka najpierw (tzn. zdecydować, że po odejściu od komputera, nie położysz się znowu).
2. Żeby nie zostawić Cię stojącej z niczym, idź do sklepu i kup sobie słoik nutelli. Nutella jest ok, ale wiadomo, że studenci nie mają za wiele pieniędzy - idź więc po nią do kauflandu (zdążysz jeszcze dzisiaj). Pewnie jest zimno w Polsce... tym lepiej. Jak jest zimno, to nikt nie ma potrzeby myśleć o tym, jak go życie ostatnio urządza (jak już mi Masłowa wypomniano, to na całego!), więc zimno jest naszym sprzymierzeńcem.
3. Wracając, popatrz w górę i uśmiechnij się do Jowisza, ja też to dzisiaj zrobię wracając ;) ('Czym jest uśmiech? Światłem przez gwiazdę posyłanym gwieździe').
4. Spróbuj powiedzieć z werwą 'dzień dobry' do kogokolwiek na ulicy (najlepsi są trzeźwi, żwawi starsi panowie - też odpowiadają z energią).
5. Wróć do pokoju, włącz sobie piosenki. Takie jakie lubisz plus 'les rois du monde' z tłumaczeniem. W trakcie przeszukaj dysk w poszukiwaniu 'Pingwinów z Madagaskaru' (jeśli nie masz, polecam Tabasca), i pooglądaj 2 odcinki (nie więcej) jedząc jednocześnie nutellę.
6. W tym miejscu powinnaś mieć już na tyle dobry humor (spowodowany chociażby przestrzeganiem tych idiotycznych wskazówek) by odwiedzić dowolną ilość znanych Ci osób.
7. Za żadne skarby świata nie myśl, co będzie jutro, czy tam w styczniu. I wiem, że tego absolutnie nie można sobie w takich chwilach przyswoić, ale przecież wiesz, że dasz radę :).

Powodzenia :)

sobota, 3 grudnia 2011

kolejne ogłoszenie

Ok, tym razem szukam transportu z Berlina gdziekolwiek w Polskę (tylko proszę, nie w stronę Gdańska i Mrągowa), 22 grudnia od 9:30, tak, żebym zdążyła na Wigilię. Może ktoś ma znajomych (tirowców :P?) na tej trasie? (I kogoś, kto wraca z Polski do Francji, i mógłby mi udzielić pomocy/wskazówek).

Przepraszam za takie 'wykorzystywanie' Was, ale może akurat ktoś wymyśli jakiś sposób, o którym jeszcze nie wiem.

Mieszkańcy mojego domu zgodnie orzekli (koty podejrzewam nie miały zdania), że za żadne skarby świata nie pozwolą mi jechać nigdzie autostopem, i chyba 'mnie pogięło z takimi pomysłami', a chwila obecna nie jest najlepszą na wyjaśnianie im czegokolwiek.

Dla własnego bezpieczeństwa, nie zbliżać się do mnie na żadną odległość.

środa, 30 listopada 2011

A co by było...

...gdybym została we Francji, jeszcze pół roku? Poszukałabym sobie stażu (licząc, że ktoś mnie przyjmie z moim francuskim), poszła na studia magisterskie trochę później, zlekceważyła na jakiś czas chemię na AGH, i spróbowała sobie poukładać wszystko inaczej?

czwartek, 17 listopada 2011

Retour

Jeśli ktoś nie ma nad czym się zastanawiać przed snem (albo w czasie wolnym, ewentualnie podczas wykładów, gotowania, kąpieli, podróży etc.) może mógłby mi pomóc wymyślić jakiś przede wszystkim tani sposób powrotu na święta do Polski?

Mogę wyjechać z Compiegne dopiero 21 grudnia o 15 (jeśli nic się nie zmieni, wcześniej mam... egzamin), i chciałabym zdążyć do domu na wieczór 24 grudnia ;). Wracać mogę kiedykolwiek, byleby 4 stycznia móc pójść o 8 rano na zajęcia. Potrzebny mi transport do Polski (dowolne miasto, chociaż wiadomo, że najlepiej Sanok, potem Kraków, ewentualnie coś po drodze ;) ), lub (uwaga!) do Berlina.

Nie straszne mi żadne niedogodności (w końcum młoda!), a wszelkie urozmaicenia podróży przyjmę z dziką radością. Może znacie przyjaznego Tirowca, który wozi mrożonki (albo czekoladę ;) ) na trasie Paryż - Kraków?

Dzięki za wszelką pomoc i przyjazne myśli ;)

wtorek, 19 lipca 2011

2 koło 2

Naprawdę nie mam pojęcia, jak się zabrać za post urodzinowy. Temat, z kilku co najmniej względów, jest idealny do pisania niemal esejów, można go ruszyć z prawie każdej strony, nie wysilając się zbytnio na nowe rozważania, bo urodziny absolutnie nie są nikomu obce ;). I może dlatego nie chce mi się pisać tych wszystkich banałów o przemijaniu (jejku, mam 22 lata, a nie 44, i czuję, że zastanawianie się nad tym jest szukaniem sobie na siłę guza. Bo, zgodnie z życzeniami, nie powinno się za dużo myśleć ;) ), o tym, że czuję się na fantastyczne, niepewne 19 lat, ani o niczym innym. Ta data nic nie zmienia, może poza myśleniem jednostki o sobie. (Moja mama urodziła mnie w wieku 30 lat, dokładnie mając 29 lat i 8 miesięcy. Jako dziecko, żeby wiedzieć ile lat ma mama, do swojego wieku dodawałam 30 lat, sukcesywnie postarzając rodzicielkę 16 lipca. W podobny sposób odmładzałyśmy z siostrą o kilka dni wujka ;). Podejrzewam, że robi tak większość dzieci)

Urodzenie się na wakacjach ma swoje konsekwencje. Z jednej strony horoskopy przypisują ci cechy właściwe bez mała połowie ludzkości, poza tym można się cieszyć, że pół roku dzieli cię od rówieśników ze stycznia i grudnia, co niweluje i tak ledwo zauważalne różnice w dorastaniu ;). Część praktyczna zaczyna się od tego, że nie ma za bardzo możliwości przynoszenia cukierków do szkoły, i zapraszania do siebie koleżanek, bo są akurat na kolonii. Później okazuje się, że lipiec to idealny miesiąc na organizację ognisk i imprez plenerowych, co jest świetne dla dusz towarzystwa i przebojowych nastolatek, a trochę mniej dla innych. Jeden z moich kolegów uświadomił mi, że moje 17 urodziny były ostatnimi spędzonymi 'w domu'. Potem (może na całe szczęście :P) każde kolejne (aż do tej pory) wypadały za granicą, albo na wycieczce szkolnej, albo przy pracy.

W tym roku miałam pierwsze w moim 'dorosłym' życiu 'normalne' urodziny. Oficjalnie ( :P ) dziękuję wszystkim, którzy zajęli się organizacją ogniska w Króliku Polskim, przygotowaniem całej imprezy i prezentem. Jesteście niesamowici ;). Również dziękuję wszystkim za życzenia, zwłaszcza niekonwencjonalne, złożone w francuskiej Przystani ;). Jak zawsze uśmiech dla wszystkich ;).

PS I postaram się, by następny post był bardziej ambitny (chociaż posta o laborantach nic nie pobije ;) )

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

ortografia

Może to trochę banalne (porównując do ostatnich postów), ale świat nie składa się tylko z poważnych kwestii. Chociaż ta jest moim zdaniem trudna do wyjaśnienia i budząca wątpliwości w umyśle każdego człowieka.

(wstęp miał Was zaciekawić, teraz kolej na zaskakujące acz pozbawione sensu zakończenie)

Dlaczego drenaŻ pisze się przez 'ż', w momencie, gdy istnieją rurki drenaRskie ;)?

Osiem lat (jak szybko zleciało :P) nauki francuskiego każe mi od razu widzieć problematyczne słowo napisane 'drainage', co bez problemu wyjaśnia owo 'ż', jednak z drugiej strony zbyt silne są skojarzenia z 'piekarzem', żeby piękne 'rz' tak bez przeszkód porzucić. I jak mam uczyć kolejne pokolenia dzieci wymieniać sobie 'ó' na 'a', gdzie często tego nie widać, mając w głowie ten nieszczęsny drenaż!?! (tu powinnam patrzeć obłąkanym wzrokiem i rwać sobie włosy z głowy)

Jeszcze nie jestem w formie.

piątek, 27 sierpnia 2010

Powrót

Jestem w domu od wtorku. Powroty są dosyć męczące, zwłaszcza, jak w domu przez ostatnie 2 lata nie przebywało się jednym ciągiem więcej niż 2 tygodnie. Przyzwyczaję się, wiem o tym (z doświadczeń wynikających z owych 2 lat), właściwie wszyscy się do siebie przyzwyczaimy, mamie i siostrze też jest na pewno inaczej. Początki są trudne. Kolejny truizm, kolejne stwierdzenie, które nic nie daje, nic nie wyjaśnia. Chociaż może zniechęcają mnie 4 przedmioty do zdania we wrześniu, ogrom zajęć podczas roku i życie ciut trudniejsze, za to goniące do przodu ;).

Zastanawiam się, jak to jest, jak ktoś wraca po pół roku pobytu za granicą do żony i dzieci, zostaje z nimi 2 tygodnie i wraca z powrotem do pracy gdzieśtam. Czytałam kiedyś list czytelnika Angory, o mężczyznach, którzy nie znają własnych dzieci, którzy choć nie raz wiedzą o nich wszystko, nie potrafią z nimi rozmawiać, wiedzą o problemach, ale ich nie czują. Ukochane maleństwa, które były często powodem emigracji rodzica chcącego zapewnić lepszy byt latorośli, najpierw czekają na tatusia. W miarę dorastania, oczekują prezentów, pieniędzy, tata schodzi na dalszy plan, by zniknąć, by stać się obcym człowiekiem o tym samym nazwisku. Żony tęsknią, odkładają zarobione pieniądze, składają na budowę domu itp., jednak nie oszczędzają na dzieciach, które mają narty, ubrania, chodzą na kursy językowe, wyjeżdżają na wakacje.

W tym samym czasie (albo nieco wcześniej) on również tęskni. Na początku dzwoni codziennie, często nie zna języka, w związku z czym czuje się jak zaszczute zwierze, bez szans na rozrywkę, ciekawą pracę czy choćby ciepło od innego człowieka. Po jakimś czasie, okazuje się, że wokół jest dużo Polaków, tworzą organizacje, chodzą na dyskoteki, do pubu, spotykają się w domach. Praca jest beznadziejna przede wszystkim z powodu szefa - Turka lub Włocha, jednak można ją urozmaicić puszczając disco polo lub rozmawiając z podobnymi do siebie ludźmi tej samej narodowości. Tata zaczyna cieszyć się wolnością, chodzi na imprezy, legalnie pije przynajmniej raz w tygodniu, tęsknotę zabija piosenkami góralskimi sączącymi się (to słowo chyba się nie nadaje do piosenek góralskich, ale trudno ;) ) z nowego laptopa, który jest doskonały do rozmów z żoną przez skype'a. Jeździ na wycieczki, potrafi powiedzieć w obcym języku kilka słów, w tym dni tygodnia i przekleństwa, w końcu poznaje dziewczynę. Kobietę.

O bliskości miał być osobny post, już chyba nie zdążę, trudno. W każdym razie ludzie potrzebują kontaktów z innymi, również tych fizycznych. Wygląda to tak: dwie osoby na początku się lubią, wygłupiają razem. Po jakimś czasie stają się 'przyjaciółmi', pomagają sobie. Wydaje mi się, że za granicą zachodzi to o wiele szybciej niż w Polsce. Człowiek jest często sam, nie czuje takiej więzi z rodziną w Polsce, nie przejmuje się tym, co inni powiedzą, poza tym grono ludzi do poznania i polubienia jest o wiele mniejsze, dzięki czemu mamy szansę lepiej ich poznać, czy też zbratać się z tymi, do których nawet by nie podszedł w kraju. Do 'przyjaźni' dochodzą pojedyncze gesty, jak chwycenie za ramiona, gdy się przechodzi obok, uśmiech, szukanie się nawzajem wzrokiem, komplementy mówione prosto w oczy. Tańczenie na dyskotece, pocałunki w policzek, gdy się jest pijanym, potem coraz śmielsze w usta, które kończą się na zdradzie. Zdrada na romansie, bo tak naprawdę chodziło tylko o bliskość, o to, że Ludzie Są Sobie Potrzebni.

Znam jednego Pana, którego an lotnisko w Loughton odwoziła kochanka - Zosia, a w Warszawie odbierała żona - Ania z dziećmi. Zosia wie, Ania może się domyślać. Inny, o którym napiszę jeszcze, codziennie dzwoni do żony, jednocześnie pisze do młodej dziewczyny, że ją kocha i żałuje, że nie jest ojcem jej dziecka. Jeśli mogę coś poradzić (oprócz kupowania całych ogórków, a nie porcji), proszę, nigdy nie pozwólcie jechać swojemu chłopakowi/dziewczynie (mężowi/żonie) samotnie za granicę, na dłużej niż pół roku. Człowiek jest słaby.

Możemy kontrolować swoje czyny, ale nie potrafimy tego robić z emocjami.

sobota, 26 czerwca 2010

Koniec i początek

Strona powstała bezpośrednio z powodu mojego (trzeciego już) wyjazdu do Anglii, w celach przede wszystkim zarobkowych i turystycznych. Wyobraźcie sobie sytuację, w której lecicie samolotem ponad 1500 km po to, żeby w obcym mieście szukać pracy na 1,5 miesiąca. Jesteście wyposażeni w CV (jeszcze nie jesteście, ale napiszecie je w ciągu najbliższych kilku dni, gdy tylko zdacie ostatni egzamin), znajomość angielskiego na poziomie intermediate (właściwie to nie jesteście pewni, ale intermediate brzmi bezpiecznie), francuskiego (beginning, bez żadnych wątpliwości ;) ), urok osobisty i znajomości z poprzednich lat. Plus doświadczenie w uczeniu dzieci i segregowaniu ogórków i papryki, bezcenne ;).
6 lipca, o 10 rano mam samolot z Krakowa. W Stansted będę planowo (a tak lata Ryanair) o 11:30, po czym nieznanym środkiem transportu udam się do znanego już Harlow.

Chciałam napisać coś tutaj, jeszcze zanim polecę ;). Nie mam doświadczenia w tworzeniu bloga, więc nie mam pojęcia, jak będzie wyglądał, nie tylko graficznie, ale też merytorycznie. Cóż, wszystkiego trzeba w życiu spróbować ;), nawet jeśli pisanie maili do tej pory sprawdzało się idealnie. Wydaje mi się, ze to dobre rozwiązanie - ma do niego dostęp ogrom osób, przede wszystkim mi bliskich, co dużo ułatwia. To tak, jakbym opowiadała co mi się przydarzyło każdemu z osobna, nie pomijając nikogo, co inaczej byłoby niemożliwe. Proszę, trzymajcie za mnie kciuki (zostały mi 3 przedmioty do zdania w czerwcu), do zobaczenia!