Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miens. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miens. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 lipca 2021

I dreamed a dream in time gone by

https://www.youtube.com/watch?v=DccL0_L4tPU&ab_channel=WaterTowerMusic

I dreamed a dream in time gone by

When hope was high and life worth living

I dreamed that love would never die

I prayed that God would be forgiving

 

Then I was young and unafraid
And dreams were made and used and wasted
There was no ransom to be paid
No song unsung, no wine untasted

 

Nie wiem, jak to się stało, nie wyłapałam momentu. Żadnego. I dopóki omal nie spadłam w przepaść, nie wiedziałam, że nad nią jestem. Że ta mała wyrwa w ziemi, w którą przypadkiem nadepnęłam w któryś poniedziałek jest taka głęboka i ciemna. I może jednak w nią wpadłam, lecę jeszcze nie będąc świadomą uderzenia, które dopiero nadejdzie. Łudzę się, że udało mi się zatrzymać na krawędzi i zostać po bezpiecznej, jasnej stronie. I boję się, że spadłam tylko kawałek, w punkt, z którego nie jestem w stanie wdrapać się na górę do świata where hope was high and life worth living. Jednocześnie nie potrafię nie patrzeć na beztroskie, błyszczące światło i wybrać pójście dalej ciemną drogą w to co następne.

 

Nigdy to też chyba nie zadziało się tak płynnie i tak… łatwo, naturalnie, bezpiecznie. Inaczej niż zwykle. I może to był ten piękny sen, który chciałam wyśnić, którego tak bardzo potrzebowałam i w którym tak bardzo pragnęłam jeszcze chwilę pożyć. Sen w rytmie nocnego swinga, z każdym winem skosztowanym i każdą piosenką zaśpiewaną. 


Naprawdę miałam piękny przełom maja i czerwca. I najwyraźniej to piękno i iskry w oczach nie wystarczyły, bo there are dreams that cannot be and there are storms we cannot weather. I nie wiem, jak to zepsułam. I nie wiem, czy kiedykolwiek dam radę nie zepsuć. 


And still I dream he'd come to me

That we would live the years together

But there are dreams that cannot be

And there are storms we cannot weather

 

I had a dream my life would be

So different from this hell I'm living

So different now from what it seemed

Now life has killed the dream, I dreamed

 

Już tęsknię. Bardzo.

sobota, 25 stycznia 2014

Magisterium

No i doczekałam się kropki ;). 

Plus minus pięć i pół roku temu rozpoczęłam studia budowlane. Rozpoczęłam je wykładem z mechaniki teoretycznej, biletem miesięcznym, nadzieją i ciekawością, jednak (czemu się teraz dziwię) przede wszystkim przerażeniem. Przerażało mnie miasto, przerażali nowi ludzie, przerażały całki i różniczki, przerażał przedmiot o nazwie 'konstrukcje sprężone i prefabrykowane', który majaczył gdzieś na dole rozpiski toku studiów. O trzech literkach przed nazwiskiem i bezpośrednio je poprzedzających trudach jeszcze nie myślałam - dość było potworów wcześniej. 

Życie pokazało, jak naprawdę wyglądało studiowanie. Abstrahując od miliona ludzi, chwil, przeżyć, wspomnień (które gdzieś sobie chowam, także na tym blogu), studia nauczyły mnie wiele. Pokazały mi przede wszystkim jak patrzeć na świat pod kątem mechaniki i fizyki, jak dostrzegać zjawiska i czuć potrzebę ich wyjaśnienia. To jest właśnie humanizm studiów inżynierskich. 

Poznałam wiele osób, które historia nazwie dobrymi pedagogami i prawdziwymi naukowcami. Poznałam także ludzi, którzy nigdy na uczelnię nie powinni trafić. Przesiedziałam wiele godzin (które rozciągały się na noce nieraz) nad projektami/rysunkami/zwierzeniami, złościłam się, cieszyłam, płakałam i śmiałam się. Dochodziłam do granic - by zobaczyć nowy horyzont (w rejonach granicy plastyczności). 

23 stycznia opowiedziałam (z uśmiechem na ustach, bo jeden slajd jakieś dyslokacje uskuteczniał :P) ośmioosobowej komisji o moim drgającym budynku, na co ta odwdzięczyła się prostymi pytaniami. Potem trzech przemiłych panów pytało mnie o dachy ciesielskie, a następnie poprosiło o przegląd wszystkiego, co im do głowy przyszło z zakresu dynamiki i o kryterium wytężeniowe w mechanice pękania (!?!). A na koniec, wspominany tu kilka razy pan od wytrzymałości, mechaniki kompozytów, mechaniki pękania i kilku innych hobbystycznych mechanik, uścisnął mi mocno rękę i powiedział, że od tej pory jestem panią magister inżynier. 

Po kilku nieziemsko stresujących dniach, po kilkunastu nerwowych tygodniach, po paru miesiącach intensywnego myślenia, po tych pięciu latach nauki, niespania, poznawania, położono nam na naszym naukowym torcie wisienkę z łacińską etymologią. Tym słodszą, czerwieńszą i bardziej soczystą, im więcej czasu, pracy i siebie włożyliśmy w proces studiowania. Patrzy się na ten tort, który jest najpiękniejszy na świecie, (i który z marszu umieszcza się w atmosferze azotu, by nie daj czego się nie utlenił), i czuje się nieopisane emocje, z których wybija się radość mieszająca się z ulgą. (Tak naprawdę tą ulgę zrozumiałam dopiero dzisiaj, jedząc kanapkę, patrząc na znany od ponad 5 lat korek na skrzyżowaniu Wiślickiej i Bora-Komorowskiego. Jedząc bez pośpiechu i zastanawiania się, gdzie położyłam notatki x, albo przypominania sobie wzoru y. Ani z jedzenia, ani z patrzenia nie musiało nic wynikać. Takie coś zdarza się tylko przy pakowaniu ogórków :P). :D Ale się cieszę :).

Prócz tej radości i uczuć towarzyszących, nagle odkrywa się jednak, że coś się skończyło. Okropne słowa 'już nigdy nie' wplatają się w zdania i w myśli, jakiś cel został osiągnięty, a nowy jeszcze nie wykiełkował wystarczająco, by przesadzić go do osobnej doniczki. Zostaje pustka i pytanie o dalszą drogę. 

Ankietę zrobiłam pewnie na wiosnę w tamtym roku - gdy myślałam, że październik będzie miesiącem krytycznym. Moja sytuacja wyjaśni się pewnie końcem marca. 







Wiecie, co jest dobre w kropkach? Że zawsze można je zamienić na przecinek lub średnik :). 


PS Świeżo upieczonego ( :P ) Magistra wychowało stado ludzi, począwszy od niezrównanej Rodzicielki. Jak w reklamie :P. Dziękuję :).

niedziela, 29 grudnia 2013

korzenie

Moje miasto rodzinne jest miastem piechoty. Choć posiada (bagatela!) 10 linii autobusowych (w których istnienie ciężko chyba uwierzyć, i które ponadto nie pasują prawie nigdy nikomu (a przynajmniej nigdy nie w dwie strony)), jest przy tym na tyle małe, że niemal wszędzie da się dojść na piechotę. Piechotą zatem drałuje się do Kauflandu i do przychodni, w górę i dół, przemierzając kilometry wzdłuż rzeki lub wzdłuż obwodnicy.
Sprzyja to dobrej kondycji mieszkańców, ale przede wszystkim usuwa pewne ograniczenia. Nie ogranicza miejsce (miasto małe, i nie każdy musi odwiedzić tego samego dnia Carrefoura i Intermarche, nie ogranicza czas (bo zawsze jest szybciej niż piekielnymi autobusami). Drepta się zatem noga za nogą, w sobie tylko znanym kierunku, żyje się z prędkością 5 km/h + 3 pogawędki ze znajomymi 'piechurami'. Uprzywilejowane dzielnice ułożone są koncentrycznie względem środka ciężkości miasta, który ma współrzędne inne dla każdego obywatela.
Ponadto 'ciężko jest odwzajemnić ciepło otrzymane', co brzmi nieco enigmatycznie :P. 


Dzisiaj odwiedzałam Protoplastkę w jej progach. Stałam się (jak w wielu innych przypadkach) w nie-rodzinnym domu sprzątaczką i kucharką (albo jak kto woli – domownikiem), opłaconą za młodu miłością w postaci kanapek w wagoniki, huśtawki w ościeżnicy, plackiem jabłkowym i przyzwoitym wychowaniem. Ze zdumieniem zauważyłam, że nie potrzeba już wspinać się na stołek lub kredens, by wstawić miseczkę w różowe kwiaty na miejsce. Znalazłam starą, świecącą w ciemności naklejkę z Monte, dałam radę sama rozwiązać większą część krzyżówki. I przyglądałam się, z mieszaniną troski i czułości, jak z każdym oddechem podnosi się kołdra, pod którą leży ktoś, kto 20-kilka lat temu w ten sam sposób przyglądał się małej, śpiącej mnie.



Mam najniższe tętno z rodziny, chyba ani razu podczas Świąt nie przekroczyło mi 65 uderzeń na minutę. 

PS. Pisane jako praca mgr, stąd inne formatowanie (którego nie potrafię zmienić :P). I szczęśliwego 2014 dla wszystkich ;). 

poniedziałek, 1 lipca 2013

Ostatni dzień w akademiku

Lato było jakieś szare
i słowikom brakło tchu
smutnych wiersz parę 
ktoś napisał znów...

Noc z czwartku na piątek była ostatnią tak wspólną nocą w akademiku.

Do około 5 rano trwała impreza u Tutka - motywem przewodnim było ziarno, którego resztki wyścielały podłogę pokoju (potem przykrywają także wszystko inne i migrują do innych pokoi, również przez klatkę schodową. Ziarno jest wszędzie i ziarno musi być dziubane). Ewelina stała się magistrem w czwartek, Tomek (po całonocnej imprezie, bez chwili snu) bronił się w piątek (oczywiście oboje 5.0 :) ). Głośnik, zabawa, muzyka, alkohol i mnóstwo, mnóstwo bliskich mi osób.

...Smutnych wierszy nigdy dosyć
i zranionych ciężko serc
nieprzespanych nocy
które trawi lęk...

Koło 2 ktoś stwierdził, że poloneza czas zacząć, i puścił melodię z głośnika :). Jak na umówiony sygnał wszyscy wyszli na korytarz, zaczęli dobierać się w pary i tańczyć razem. Tak jak 5 lat temu, taniec na zakończenie etapu życia, dla niektórych 100 dni przed obroną :P. Poprzychodzili ludzie z innych pięter, pani Gosia, która miała nas uspokajać, była zachwycona. Nadszedł też czas belgijskiego pod windami. Było tak, jak powinno być, pomijając przerażającą świadomość ostatniego razu.

...Kap, kap, płyną łzy
W łez kałużach ja i ty...

9 rano w piątek - trzeba było wstać i spakować resztę niebieskich motyli. Zmywamy, zamiatamy, sprzątaczka nie widzi urwanej jednej żyłki od żaluzji. Uparcie uczę się do egzaminu o 16:30, by za dużo nie myśleć o czym innym.

...Wypłakane oczy
i przekwitłe bzy...

Ewelina pojechała z Łukaszem do domu. Kończę czytać notatki z wymiany ciepła. Ubrana na egzamin, z kieszeniami wypchanymi zużytymi chusteczkami latam po wszystkich, zwłaszcza po tych, którzy jadą już do domu. Wtedy nie umiałam patrzeć inaczej, niż z perspektywy smutku, końca, żalu, malując portrety do pamięci długotrwałej. Na portierni znów pani Irenka.

...Płacze z nami deszcz 
i fontanna szlocha też
trochę zadziwiona
skąd ma tyle łez...

Jadę w końcu na ten egzamin, dobrze się zająć czymś innym. Wracając spotykam Madzię, idziemy do Tutka na herbatę, Sylwia przychodzi z barszczem. Normalny dzień, tylko porządek wszędzie większy i ciężko znaleźć dostateczną ilość kubków i sztućce. Serce szaleje, i chyba nie ma już siły. Sprzątam udając, że wcale mi się nie chce płakać. Paweł zyskuje nową fryzurę, a świat nową fryzjerkę.

Ostatnie malowania, układania, mycia. Śpi u mnie Kasia. Świat zadziwia. Nocne spotkanie u dziewczyn z drużyny A - już po przymusowej przeprowadzce na 5, z Grawciem, Tutkiem i obronionym Tomkiem. Po 2 idę spać, wstaję o 7.

...Nad dachami muza leci
muza czyli weny znak
czemuż wam poeci
miodu w sercach brak...

Wykwaterowanie przebiegło szybko i dziwnie bezboleśnie. Świetnie sobie to urządziliśmy - jedziemy wieczorem na grilla do Izy, pod Gorlice. Ciężko zostawić na raz i ludzi i miejsce, osobno idzie trochę lepiej. Ci, co mają wakacje daleko, powoli wyjeżdżają, a każdy kto mógł, zjawił się u Izy. Jej babcia jest fenomenalna, Tutek grał na akordeonie, a reszta wesoło pląsała. Królewskie przyjęcie i ostatnie rozmowy. Przerobiliśmy trawnik na kawałek apetycznego błotka (pod uprawę ziarna).

...Muza ma sukienkę krótką
muza skrzydła ma u rąk
lecz nam ciągle smutno
a mnie boli ząb...

W perspektywie obrona Agi i Ewy (2 lipca, trzymajcie wszyscy kciuki) i całe wakacje, w miarę możliwości pewnie wspólne. Potem obrony wrześniowe i październikowe. Potem praca. Ciepło zdałam na 4. Gdyby ktoś mi w październiku na 1 roku opowiedział moje kolejne 5 lat, na pewno bym go wyśmiała.



Skończył nam się piękny okres w życiu - mówią, że najpiękniejszy. Pewnie coś w tym jest, swoboda, wolność, zdrowie, marzenia, ...., ale jest to przede wszystkim obraz życia po swojemu i, jeśli chcemy, jest to życie na 100%. Jeszcze możemy wszystko, i mamy na to 'wszystko' 50% zniżki ;). Potem stopniowo ogranicza nam się wolność, zakłada obrączką i umową o pracę warunki brzegowe, odpowiedzialność w końcu krzyczy głośniej niż beztroska.

I wielu ludzi uważa to za taką małą, przymusową tragedię. Z tej małej tragedii robi się większa, gdy wchodzi się w trybiki świata, w życie bez codziennych radości, w życie przyszłością lub przeszłością - bez teraźniejszości. Ludzie (poza przypadkami szczególnymi) sami są odpowiedzialni za to, co się z nimi dzieje - i teraz dużo zależy od postawy, od chęci, od nas. Dużo czasu minęło, zanim nauczyłam się myśleć o tegorocznym czerwcu nie jako o końcu, ale jako o zmianie. Koniec studiów to nie przemiana chemiczna, w której ze znanych substratów otrzymujemy produkt, który może okazać się bezwartościowy, który będzie czymś nowym, o innych właściwościach. Bliższy mógłby być model przemiany fizycznej, gdy tylko zmienia się stan materii. Może staje się trochę bardziej rozproszona, ale wciąż jest tym samym - grupą ludzi, którzy sobie ufają i się dobrze ze sobą czują. Nawet jak będzie ich dzieliło więcej niż kilka pięter ;).



czwartek, 6 grudnia 2012

bo mi się oczy pocą

Macie czasem tak, że wszystko Was wzrusza, albo raczej porusza, i płakać Wam się chce przy byle okazji? Może nie koniecznie 'byle okazja' jest dobrym określeniem, bo to są naprawdę rzeczy bardzo ważne i poruszające w danej chwili.

Na przykład umiera ukochana Batmana, a on sam poświęca swoją dobrą reputację dla dobra miasta. Przy akompaniamencie nastrojowej muzyki i przy poważnych wyrazach twarzy aktorów. Rozmawiam z A., wiedząc, że sobie nawzajem ufamy, że każde może zadać drugiej stronie dowolnie osobiste pytanie. Patrzę mu w oczy, i serce mi ściska. Z radości (eee, bo na pewno nie z czegoś smutnego), z pewnością z radości, ale to taka jakaś bardzo nostalgiczna radość. Dostaję list od Łośka, z 'podziękowaniami za wszystko'. Ładny, delikatny, moja Ola. Grawcio, niezrażony niczym, głaszcze jak zwykle po głowie. Maritza pisze 'I'm listening the Chopin's nocturns, and I think of you , Hope you're fine'. Też tak mam. Pani B., która jest moją rodziną ze Szlachetnej Paczki twierdzi, że jej wystarczy dżem, a resztę można dać innym potrzebującym, bo na pewno są ludzie w gorszej od niej sytuacji. Radziu, który usnął 'w trakcie' czegoś i dostał ode mnie liścik w windowsowskim notatniku i naklejkę. Dostaję stypendium socjalne. Ewelina lekko się przekręcająca w łóżku, gdy gaszę w nocy lampkę. Forrest Gump biegnie.

Wszystko wymienione jest przecież normalne. Jednak bodźce, zamiast bezpośrednio płynąć do głowy, zahaczają nie wiedzieć czemu o serce, które ma nad wyraz dobre układy z gruczołami łzowymi. Świat jest bardzo delikatny.

Idę piec szlachetnopaczkowe muffinki. Jutro początek finału :).

wtorek, 2 października 2012

Again

Jestem teraz bardzo niedorosła. I tak to nikogo nie powinno obchodzić. Nikogo. Double negation rozchodzące się falowo w głowie. W ciele. W duszy. Usta milczą dusza śpiewa albo przeklina albo płacze. (...) Nie powinno się wskazywać błędów innym, jeśli się je samemu popełnia. Nieświadomie. Nieświadomie jest nie tylko za pierwszym razem. Okoliczności się zmieniają, ludzie się zmieniają, panta rhei. Tylko problemy są te same, niepokonane. Niepokonani? Nim się ogień w nas wypali, nim ocean naszych snów, czy słów? Nie potrafię, naprawdę nie potrafię. Sama brnę w to dalej, ciemność pociąga. (...) Powinnam była iść do mojej Poppy Lady i Lidera SP- i to jedyna rzecz, której nie zrobiłam, choć powinnam. Powinnam. Fuck off, powinnam iść tylko na zajęcia. Bo kto pokazuje, albo docenia inaczej? (...) Chcę. Ale nie mogę. Chcieć to móc? Nie, jeśli w grę wchodzą inni ludzie. Każdy musi chcieć, choć trochę, choć maleńki kawałek. Mówiłam tyle razy. (...) Człowiek jest tym, co je - czy ja wobec tego jestem słodka jak czekolada, każdy mnie lubi, ale można ode mnie dostać pryszczy, albo reakcji alergicznej? To nie moja wina, poradzę sobie sama ze wszystkim.

Miało być dzisiaj weselej, obiecuję następnym razem.

PS. I nic mnie nie obchodzi, że post jest słaby. Nikogo nie powinno. Nie komentujcie.

poniedziałek, 17 września 2012

Prywatne życie kolegi z pracy

Post miał być dopiero jutro, ale muszę jakoś wyjaśnić sobie, czemu się tak mało uczyłam.


Chciałam napisać jeszcze o jednym człowieku, i tym samym skończyć temat Anglii 2012 (chyba, że wydarzy się coś niesamowitego, albo przypomni mi się coś interesującego). Rozmawialiśmy na bardzo prywatny i dość trudny temat. Z jednej strony bardzo chciałam napisać o tej rozmowie, a z drugiej strony internet jest internetem – nie chciałabym, by ktokolwiek, kiedykolwiek połączył wydarzenia z osobą (której nikt z czytelników póki co nie ma szans znać). W związku z tym, nie podaję imienia kolegi ani jego córki, a także prostuję rzeczy, które wtedy były dla mnie niejasne.

(Tak na marginesie – jeśli zamieszczam na blogu jakąś rozmowę w formie dialogu, naprawdę ją przeprowadziłam, i przepisałam tak dobrze, jak tylko pamięć pozwalała. )



Na spacerze, możliwe, że wracając z Lidla. (Uspołeczniłam się, i oprócz samotnych spacerów przystawałam także na propozycje wspólnych wyjść, gdy ktoś mieszkał blisko i nie znudziłam mu się w pracy).

- Mogę Ci zdać osobiste pytanie? - nie znam kogoś, kto by z czystej ciekawości nie odpowiedział ‘jasne, pytaj’, co najwyżej dodając bezpieczne ‘najwyżej nie odpowiem’. Kurtuazja jednak nakazuje (mi przynajmniej) męczyć otoczenie takimi zwrotami. - Jak to było z waszymi dziećmi? Jeszcze rozumiem, że pierwsze mogło być przypadkiem, ale wasz synek? - kolega w tym roku skończył 22 lata.

- Niee, to było zupełnie inaczej, to Marcin był przypadkiem, a córkę chcieliśmy. To znaczy niekoniecznie córkę, ale dziecko.

- Naprawdę? Ale przecież byliście strasznie młodzi, właściwie sami byliście jeszcze dziećmi, no a za dziecko trzeba być odpowiedzialnym, trzeba mu dać jeść, zapewnić dach nad głową, opiekę…

- To wszystko było. Ja pracowałem, moja dziewczyna siedziała w domu. Dobrze zarabiałem, od 16 roku życia pracowałem. Po budowach, po różnych takich... Pieniędzy mieliśmy na wszystko, mogliśmy sobie ot tak kupować co chcieliśmy. Ona chodziła na zakupy, ja dawałem pieniądze, a ona jeszcze mi za to coś kupowała, jakieś swetry, skarpetki.. . No i postanowiliśmy, że chcemy mieć dziecko.

- A co na to wasi rodzice?

- Co oni mogli mówić, myśmy już razem mieszkali. To znaczy ona się do mnie wprowadziła, jak była w 3 miesiącu ciąży. Przyszła raz na noc i już została. Sami decydowaliśmy o sobie, no i zdecydowaliśmy, oni nie mieli nic do gadania.

- Poczekaj, to ile lat mieliście wtedy?

- Ja… czekaj, nie pamiętam. Córa ma teraz 3 lata, to pewnie miałem jakieś 18-19. A Maria jest młodsza, nie wiem, ile mogła mieć. 16-17 chyba…
- Sprawdziłam. Maria, o ile nie kłamie na facebooku, jest z rocznika ’94. Daje jej to w chwili NARODZIN córki jakieś 15 lat, może wczesne 16. Widziałam córkę, naprawdę ma te 3 lata.

- I mając 16-17 lat zdecydowała się, że chce mieć już dziecko? To znaczy wy zdecydowaliście, że świadomie chcecie mieć dziecko?

- No tak, co w tym dziwnego. Kochaliśmy się, żyć bez siebie nie mogliśmy. Bardzo chcieliśmy mieć dziecko. Jak się okazało, że Maria jest w ciąży, byliśmy bardzo szczęśliwi.

- Urodziła się córka, i co dalej?

- No jak Maria już była w szpitalu, ja musiałem pracować. I przez 3 dni nie spałem prawie, na noc chodziłem do pracy, po pracy tylko do domu się przebrać, umyć, i do szpitala. I na 3 dzień urodziła małą, wróciliśmy do domu. I wszystko było jak dawniej prawie.

- Jejku, trochę mnie zdziwiłeś. Generalnie ludzie nie decydują się na dzieci tak szybko, chcą sobie jakoś życie ułożyć, skorzystać z młodości…

- A myśmy chcieli mieć dziecko. Jak ktoś ma niepoukładane w życiu, to będzie miał niepoukładane cały czas, czy jest dziecko, czy go nie ma. Naszej córze niczego nie brakowało przecież, zabawki miała, ubrania miała, a myśmy spędzali z nią tyle czasu, ile potrzebowała.

- No a chłopiec?

- On był przypadkiem, nie planowaliśmy jeszcze drugiego dziecka.

- No ale jak już było…

- Chcieliśmy jechać na zabieg. Byliśmy umówieni, Maria miała wszystkie badania. Było tak, że wsiedliśmy do samochodu, mieliśmy jechać do lekarza, ale popatrzyłem na nią, ona popatrzyła na mnie, i bez słowa pojechaliśmy na pizzę. Nie było potem żadnego gadania na ten temat. Urodził się chłopak, w marcu, to daliśmy mu na imię Marcin. Ma teraz trochę ponad rok.

środa, 12 września 2012

Deszcz w domu

Każde miejsce, gdzie się mieszka (choćby przez chwilę) ma w sobie coś wspaniałego. W drewnianym domu na 2 Pułku… jest to kapanie deszczu. Rynna przeciekała nam odkąd pamiętam, okno było nieszczelne tez od mojego dzieciństwa co najmniej. Stało się tak, że przez większą część mojego życia miałam łóżko pod tym właśnie nieszczelnym oknem, które znajdowało się przy narożu domu, zaraz obok przeciekającej rynny. Gdy tylko padał deszcz, słyszałam każdą kroplę - zwłaszcza jak nie lało, tylko kropiło lekko, i krople nie zlewały się w jeden szumiący odgłos deszczu, a pojedynczo (jednak z dużą częstotliwością) uderzały o blachę. Bardzo lubiłam te odgłosy i zapach deszczu, który dostawał się przez okno. Zawsze przy nich bez problemu zasypiałam.

W Compiegne miałam w domu drewniane okiennice. Bardzo długo mnie denerwowały, bo wymagały regularnego zasłaniania/odsłaniania, a co ważniejsze nie wpuszczały słońca (i czemu tu się dziwić :P). Powodowało to zmrok o godzinie 8 rano i niebywałe trudności w dokładnym rozbudzeniu się (czy Wy też lubicie, jak Was budzi słońce, nawet o jakiejś nieprzyzwoitej godzinie? (oczywiście po jakiejś w miarę przyzwoitej ilości snu :P)). Odsłaniając i zasłaniając je, bardzo często ‘wygłupiałam się’ w stosunku do ludzi idących akurat chodnikiem, zagadując ich tekstem ‘comment ca va?’ :P. Polubiłam okiennice.

Jestem teraz u Miry. Jakiś czas temu zachodziło słońce, co było doskonale widoczne przez okna wychodzące na zachód (prócz ‘zachodu’ wychodzą na kawałek ‘przestrzeni zielonej’, z drzewami, naprawdę ładnie ;) ). Siedzę dokładnie naprzeciwko tego okna i drzwi balkonowych, miałam zatem słońce dokładnie przed sobą. Świeciło, już powoli jesienną pomarańczowością, przeciekało przez liście, wchodziło do pokoju. Padało na moją białą – lekko pomarańczową – kartkę papieru, tworzyło długi cień pióra, które zapisywało jakieś wzory z metod komputerowych (teraz tą funkcję pełni lampka :P). U Miry będę lubiła zachody słońca.

Zaraz zacznie się burza. Burze też lubię.

Sorki za taki melancholijny styl, mam bardzo dużo nauki, i boję się, że się nie wyrobię (eee, i w związku z tym napisałam post?). Metal zdany, surowce zdane. Trzymajcie kciuki jutro za metody komputerowe i w piątek za mechbud ;). I powodzenia wszystkim, którzy mają jeszcze sesję lub coś ważnego ;).