Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anglia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anglia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 października 2019

Nie zawsze jest łatwo

Pomyślałam sobie, trochę w ramach brania się za siebie, że dzisiaj bardzo chcę coś napisać i opublikować. Nawet najgłupszego i najbardziej trywialnego (boję się, że nie wrócę do formy sprzed.... lat :P?). Czas więc na pierwszego posta od naprawdę bardzo dawna :).

Bardzo potrzebny jest w życiu taki czas, w którym chce się robić coś, co sprawia nam wciąż problem. Mam naprawdę wymarzone warunki brzegowe, bo stworzono mnie jako istotę ambitną i nie poddającą się łatwo - i chyba lubię sobie fundować wyzwania. 
Najbardziej z pamięci wybija mi się angielska praca na ogórkach polegająca na "pakowaniu marketu" w kartonowe pudełka. Całe zadanie i trudność z nim związana polegała na tym, że trzeba było otworzyć kartonowe pudełko, odpowiednio szybko wyłapać 12 ogórków i zamknąć owo pudełko z ogórkami naprędce otworzoną przykrywką. Naprawdę szybko. Próbowałam - nie wychodziło. Próbowałam dalej, kaleczyłam palce na pudełkach, zaczepiałam fartuchem o co się dało, wywalałam w ferworze ogórki na podłogę - wszystko na próżno. Wśród setek łez, wstydu i strachu o pracę (tak!, magia 19 lat) zostawiałam te przeklęte markety niezapakowane. Ale któregoś razu, przed wyjazdem, mając już więcej spokoju, wprawy i pewności siebie, poszłam pakować market - i zapakowałam. Cieszyłam się z tego bardzo, a wraz ze mną szczerze cieszyli się prawie wszyscy na pakowalni. Cała historia brzmi śmiesznie, ale opowiada o jednym z moich największych sukcesów (burząc jednocześnie mit, że sukces musi być wielki i znaczący. Owszem, miło jak jest, ale powinno się patrzeć na niego w prywatnej skali). 

Podobnie mam ze śpiewaniem - jest to taka rzecz, którą bardzo lubię robić, a która bardzo mi nie wychodzi. W którymś momencie to niewychodzenie naprawdę urosło do rangi problemu - przez konieczność śpiewania capoeirowych piosenek do muzyki (najlepiej też granej przez osobę śpiewającą). Nie idzie mi to w ogóle - nie potrafię zaśpiewać ani jednej piosenki dobrze, chociaż pewnym pocieszeniem jest, że to słyszę. Było w tym wątku ze śpiewaniem wiele pomniejszych dram, również wzbogaconych o stres, spadek pewności siebie i znienawidzone potoki z oczu (może ponad trzy lata temu ktoś te strumienie przewidział i stąd moje apelido Riacho?). Pracuję nad uważnością muzyczną, nad pewnością siebie, ale dużo jeszcze czasu minie, zanim zaśpiewam coś z lekkim sercem przy wszystkich na lekcji muzycznej. W każdym razie wiem, że na pewno kiedyś to zrobię - tylko jeszcze nie teraz.

A piszę o tym wszystkim, bo czeka mnie wkrótce jeszcze jedna trudna rzecz.

Stała się trudna przypadkiem. Pewnie trochę przez cechy, które mała Asia uznała za ważne i pielęgnowała w sobie. Pewnie trochę przez najbliższy świat, który kazał bardzo szybko wyciągać wnioski, który był pełen ideałów, który uczył walki, konsekwencji, który kazał cierpieć bezgłośnie na swojej lekcji. I pokazał, że można poradzić sobie samemu - bo tak jest bezpieczniej. A teraz powoli trzeba zza tego muru wyjść.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Bye Ripley!

Długo nie pisałam - albo raczej dużo się wydarzyło, od ostatniego posta. Byłam trochę zajęta czymś, co można nazwać 'kończeniem Anglii i zaczynaniem Polski' (chociaż w tym momencie uświadomiłam sobie, że nie dostałam P45 z pracy..), ale chyba bardziej chodzi o to, że nie miałam nastroju na pisanie.

Jak już wszyscy pewnie wiedzą - jestem od wczoraj w Polsce. Ryanair się postarał i samolot na płycie lotniska był 20 minut przed planowanym przylotem, co pozwoliło mi bez problemu dostać się dziennymi autobusami do docelowego miejsca noclegowego. 20 minut wcześniej mogłam przerwać nieco bezcelowe i przygnębiające zajęcie - wspominanie ostatnich 7 tygodni pobytu w kraju rządzonym rzez królową, deszcz i bawarki...

...Zanim dotarłam na lotnisko w East Midlands, odwiedziłam po raz ostatni Belper River Gardens. Nie wypożyczyłam tam łódki, nie zapozowałam do zdjęcia, za to zjadłam angielskiego loda z kawałkiem czekolady. Potem zostałam zaproszona po raz ostatni na fish and chips z czymś, bez czego podobno nie ma prawdziwych frytek - mushy peas. Spakowałam mój o 3 kg za ciężki bagaż podręczny, wylałam przypadkiem bawarkę na ścianę i pełna łatwych do odgadnięcia uczyć dałam się odwieźć na lotnisko.

Wcześniej miałam ostatni dzień w pracy, spędzony na porządkowaniu biurka i przepustowej podkładki. Dostałam kartkę z życzeniami od wszystkich, a John podarował mi chyba najbardziej niespodziewany prezent w życiu - serwetę z Nottingham :P. Następnie była kolacja, na którą zaprosiła nas Betty, powrót do domu wśród brytyjskiej nocy.


Przechodząc do czwartku, piekłam ciasteczka, by poczęstować wszystkich w pracy....


Można tak cofać się w nieskończoność, a raczej w 24 lata życia. Codziennie trafiają się nowe rzeczy, zwykłe, znamienne, zwykłe, które są znamiennymi, codziennie przychodzą nowe miejsca i nowi ludzie, których się oswaja. O oswajaniu dość się już Exupery nawypisywał, zmieniłabym tylko 'ryzyko łez' na 'pewność łez'. I poczucie odpowiedzialności za łzy innych, za wyciąganie ich na środek jeziora i zostawianie tam, bo przecież nauczyli się pływać w drodze 'tam'.

Ostatnia ankieta była zrobiona na moje własne potrzeby. Będąc w Anglii zorientowałam się, że mam za sobą mieszkanie w kilku miastach. Sanok, Waltham Cross, Kraków, Harlow, Compiegne i Ripley, wszędzie minimum 7 tygodni. To nie jest pewnie dużo w skali migrującego świata, równocześnie żadna z siedmiu pozostałych ankietowanych osób mi nie dorównała. To także wystarczająco - wystarczająco by nie gubić się w mieście, ale też wystarczająco, by poznać ludzi z którymi się mieszka, by przyzwyczaić ich do siebie, i przy odrobinie woli wystarczająco, by ich poprowadzić.


 Sześc początków, w tym kilka wyposażonych w koniec. I w głowie miliony obrazów, ulic, domów, parków, 'których już nie wiem, gdzie leży mieszkanie'. Podróż (a chyba tak powinnam nazwać wszystkie wyjazdy z 'domu') to silne i nowe przeżycie, które coś zmienia w człowieku, pokazuje mu nowe możliwości, otwiera, pozwala nabrać dystansu. Daje nowy początek. Zwłaszcza, jak się ma dokąd wrócić, chociaż po jakimś czasie nie wie się jednak, gdzie jest miejsce, które najbardziej pasuje do definicji 'domu'. 'Bom wszędzie cząstkę me duszy zostawił', zamieniając ją na cząstki dusz innych.





Przepraszam, post strasznie chaotyczny i nie napisałam wszystkiego, co chciałam. Powroty robią swoje. Miłej nocy wszystkim :)

niedziela, 18 sierpnia 2013

Śmiechy domowe

Uwaga, wiem, ze post jest długi (i chyba ma najwięcej zdjęć w mojej blogowej karierze :P), ale po treści sądzę, że będzie się go w miarę przyjemnie i łatwo czytało :).

Do posta o współlokatorach zabierałam się już od dłuższego czasu. Są to ludzie, z którymi spędzam tutaj najwięcej czasu (nie licząc Sama, z którym bite 7 godzin dziennie rozmawiamy nad sensem życia w kontekście sprężystego podłoża pod przepustami), najwięcej też śmiesznych historii mnie z nimi spotyka. Zatem poznajcie lepiej Zameera, Stuarta, Roda i Paula (który co prawda już z nami nie mieszka, ale jest wart wspominania z uwagi na swoje dzieci) ;). Dla ułatwienia poznawanie odbędzie się w punktach :P.

1. Jak już powiedziałam, wzajemne kontakty utrzymujemy nad wyraz dobre. Zaczęło się od pierwszego dnia, gdy to obydwie strony były sobą zdumione. Ja, bo wszyscy dookoła pili herbatę z mlekiem, krzywo patrząc się na moje bezcukrowe czarne zachcianki, a Stuart, bo dostał kanapkę - z dobrą, polską kiełbasą, za to składającą się z tylko jednej kromki chleba. Poniżej typowe brytyjskie śniadanie - kanapka z bekonem (gdzieś powinny być jajka jeszcze, ale nie mieliśmy :P). W kubku oczywiście bawarka ;).



2. Jakoś dwa tygodnie po moim wprowadzeniu się do mieszkania okazało się, że dwóch moich współmieszkańców (z czego jeden jest Anglikiem) nie ma pojęcia, czym są 'culverts', o których opowiadam z przejęciem po powrocie z pracy. Codziennie niemalże. Rod myślał, że 'i'm making culverts at work' odnosi się do polskich specjałów, które wyrabiam w ramach zajęć w ciągu dnia (nie znał jeszcze wtedy zdaje się dokładnego charakteru mojej pracy). Z kolei Zameer przerobił sobie 'culverts' na enigmatyczne 'calc works' (hmmm, zła wymowa :P?), co mu się zgadzało z moim wizerunkiem - dziewczyny latającej po domu z kalkulatorem i wykresami (na belkach co prawda, ale zawsze :P).


Cała sprawa wyszła na jaw, gdy w któryś dzień podekscytowana opowiadałam o tym, iż dnia następnego John zabiera mnie na zwiedzanie drugiej, większej fabryki, gdzie będą wspaniałe staircases i hollowcores. Roda zdziwiła moja nagła pasja betonowo-budowlana, i korzystając z okazji zapytał, kiedy w końcu przyrządzę im 'culverts' w domu. To z kolei mnie zdziwiło :P, nie wspominając o Zameerze, który w ogóle nie ogarnął. Wynikło z tego ogłoszenie ;) i gotowe 'culverts'.







3. Każdy dom ma zazwyczaj winowajcę. Na pytanie '-Kto zbił talerzyk?' istnieje zawsze kilka odpowiedzi. Często czynią to bezosobowe stwory '-Nie wiem, samo się zbiło', dobrze, gdy są to zwierzęta '-Aaaaaa, to na pewno Mruczek', które muszą czekać do Wigilii z oświadczeniem niewinności, za to łatwo im się wybacza (gorzej, gdy jest winny zawsze jeden i ten sam mieszkaniec). U nas, na jakiekolwiek podobne pytanie odpowiedzią jest '- Paul's children did that.' . Największym paradoksem jest to, że dzieci Paula są stosunkowo grzeczne i nawiedzały nas nie częściej niż raz w tygodniu - za to są nielubiane przez Betty, która w łatwy i dość żartobliwy sposób oskarża je o całe zło spotykające mieszkanie. Przejęliśmy od niej 'Paul's children did that' i stosujemy do wszystkiego, a szczególnie do rzeczy, których dzieci Paula na pewno nie zrobiły. Paul się wyprowadził jakieś 3 tygodnie temu.

4. Lubię wykresy i uważam, że matematyka jest świetnym narzędziem do wyrażania zawiłości świata :P. Odpowiedź na pytanie 'Did you call your mother?' - żeby nie było, opracowana z Zameerem :P.


5. Nie potrafię wytłumaczyć im odmiany przez przypadki. Próbowałam na 'górze', 'kocie', i nawet mi szło - dopóki nie zaczęli czytać w internecie wyjaśnień polskiej gramatyki przygotowanych dla Anglików. Nie potrafią ogarnąć jakim cudem 'chłopca ugryzł pies' i 'pies ugryzł chłopca', pomimo zamiany rzeczowników wciąż znaczą to samo, i to w dodatku znaczą dość logicznie dla odbiorców. W sumie im się nie dziwię :), ale śmiechu mamy co niemiara :).

6. Czasem, zgodnie z tradycją strzelę coś głupiego.


Dyskusja z której pochodzi cytat (tak btw jestem pewna, że powiedziałam 'like', a nie 'love') dotyczyła... prac domowych, między innymi prasowania i odkurzania. W którymś momencie stwierdziłam, że co prawda prasować nie lubię zbytnio, ale w małych ilościach mi nie przeszkadza, natomiast z rzeczy niezbędnych dość przyjemne jest odkurzanie. Po chwili jednak stwierdziłam, że ciężko bym uchodziła za reprezentatywną Polkę (zwłaszcza, że wcześniej kilka rozmów dotyczyło kwestii, w których jestem dość oryginalna), i wygłosiłam sprostowanie, którego nie pozwolono mi skończyć, a które momentalnie zostało cytatem tygodnia. Ogórki i papryka w nawiązaniu do wcześniejszej pracy.

6. Przygotowałam dzisiaj zupę ogórkową - w wersji halal, czyli bez kostek rosołowych, i normalną (użyłam double cream tym razem :P). Żaden nie zjadł więcej niż pół plasterka ogórka kiszonego. Picie przeze mnie wody z ogórków uważali za próbę samobójczą - poprzez utratę płynów ustrojowych na skutek zachodzącej w niewiadomym kierunku osmozy (pomimo uzupełniania owych płynów bawarkami). Zameer zjadł jedną chochelkę i powiedział, że dziękuje. Stuart dał radę całą miskę. Rodowi smakowało. W ogóle robimy sobie wymiennie obiady i desery (kilka dni temu jadłam indyjski deser, ogólnie rzecz biorąc składał się z truskawkowego płynu (który się wcześniej gotowało), lodów i klusek. Ale był dobry :) ). Poniżej także omlet, który Rod nam przygotował ;).




7. Okazuje się, że mam słownikowe braki, które dotyczą nie tylko śmietany. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że słowo 'rabbit' nie jest do końca bezpieczne (wybaczcie odnośnik), a 'rabbit hole' nie powinno kojarzyć się z Alicją w Krainie Czarów. Podobnie rzecz się ma z czasownikiem 'stroke'. Dowiedziałam się także, że Brytyjczycy wyzywają się od 'pregnant goldfish', czymkolwiek one nie są :P.

8. Jeździmy też na wycieczki. Wczoraj byłam w Crich i w Chesterfield. Brytyjska pogoda dopisała. Poniżej widok z wieży w Crich.


Będzie mi brakowało moich wakacji w tym roku. Myślę, że im mnie też. Tymczasem powinnam coś robić, żeby to jakoś załagodzić. Piosenka dla Was, i druga, dobranoc.

piątek, 16 sierpnia 2013

Wycieczek ciąg dalszy

Jestem trochę zmęczona (więc nie będzie ładnych, literackich ceregieli), a chciałam bardzo opowiedzieć o tym, co zwiedzałam przez ostatnie dwa dni ;). Zwiedzanie było bardzo fajne, bo nie dość, że w godzinach pracy, to jeszcze towarzystwo i miejsca były naprawdę ciekawe.

Sam pomysł różnorakich wycieczek (dzisiaj była moja czwarta, jeśli liczyć zwiedzanie Somercotes, które widzę z okna pokoju :) ) wziął się trochę z mojego powodu - raz, że John chyba dostał nakaz wtajemniczania mnie we wszystko, co może być ciekawe dla praktykantki (poza tym sam też jest zdania, że wszystko się w życiu przydaje, zwłaszcza wiedza na temat produkcji tego, co trzeba potem projektować :P), a dwa, że widział moje żywe zainteresowanie wcześniejszymi wycieczkami, i na wypalone nieco bezmyślnie pytanie 'czy są tu jeszcze jakieś fajne zakłady produkcyjne?' obiecał coś zorganizować. Dodatkowo okoliczności motywowały, gdyż Sam także mało w swoim życiu widział, za tydzień z kawałkiem mnie już nie będzie (i Sama też, bo ma 2 tygodnie urlopu :P), a niejaki Mark (bądź Matt) intensywnie dopytywał się o moje wrażenia. Zatem przez dwa ostatnie dni byłam z Johnem i Samem na zwiedzaniu zakładów produkcyjnych - wczoraj byliśmy w Hams Hall, gdzie produkowane są bloczki z betonu komórkowego, a dzisiaj odwiedziliśmy wytwórnię cegieł w Measham ;).

Ubierając się wczoraj do pracy, zapinając białą bluzkę, stojąc w butach na obcasach przed lustrem i malując rzęsy, czułam się bardzo dorosła. Wygląd - nie dziewczyny goniącej z plecakiem na zajęcia, ale młodej kobiety, która ma umówioną wizytę w innym mieście - zadania i decyzje przed którymi już staję - ...? Nie wiem czemu akurat wtedy mnie to dopadło, ale wrażenie 24 lat było piorunujące.

Obie wycieczki były bardzo ciekawe, i obejmowały dokładne zwiedzanie i oglądanie fabryk, plus niewielki wstęp teoretyczny. Nie wgłębiając się bardzo w temat - jeśli chodzi o beton komórkowy dowiedziałam się, że mieszanka wyposażona w pastę aluminiową (lub cynkową, ale u nas jest aluminiowa) rośnie w formach jak ciasto - dosłownie ;). Reakcja owej pasty z m.in. Ca(OH)2 prowadzi do powstania wodoru, który to tworzy malownicze pory w produkcie -  nie wiedziałam tego wcześniej. Cegły natomiast zadziwiły mnie różnorodnością kolorów i tym, że tworzy się je właściwie bez żadnych dodatków chemicznych :P, za to wykorzystując redukujące właściwości węgla.

Śmiesznym jest, że wycieczki są jak najbardziej oficjalne, wobec czego latamy wszędzie 'na galowo', ale jednocześnie z zachowaniem zasad BHP. Odpowiada to butom przystosowanym do forkliftów założonym do eleganckich spodni, pomarańczowej kamizelce, z której wystają rękawy wyprasowanej koszuli lub mojej białej bluzki, okularom ochronnym i kaskowi, z którego wychodzi warkocz lub koński ogon. A w biznesie się kurzy :P. Dzisiaj, po cegielni, cali byliśmy pomarańczowi :P).

Zostawiając jednak chemię, nadal uważam, że jedna porządna wycieczka nauczyła mnie o wiele więcej niż 15 godzin laborek z materiałów budowlanych. Nie wykluczam, że owe 15 godzin wpatrywania się w piknometr (a raczej w nudną prezentację na jego temat) było mi potrzebne, do odpowiedniego i świadomego patrzenia dzisiaj.

Z cyklu 'wiedza bezużyteczna' - oglądaliśmy maszyny do badania wytrzymałości na zginanie. Pamięta ktoś z budowlańców rozstaw wałeczków na których ustawia się próbkę :P? Przez głupi nakaz uczenia się  rozstawów, wymiarów, wzorów, ucieka dużo ważnych rzeczy - jak chociażby kształt samej maszyny, czy to, że w czymś takim bada się 'wytrzymałość na zginanie'.

piątek, 9 sierpnia 2013

17 dni

Z dobroci serca chciałam zrobić tartę. Życzenia przełożył na przepis internet, a wiedząc, że tutejsze mleko i mąka nie są dokładnie tym samym mlekiem i mąką, którymi raczą się na wschodzie Europy, wybrałam coś prostego. Bita śmietana zmieszana z mascarpone, do tego truskawki - jednak wróg czai się wszędzie, tym razem w śmietanie.

Nie znając się na nomenklaturze tutejszego nabiału, postanowiłam kupić 'creme fraiche', które przekonało mnie 30% tłuszczu. W kluczowym momencie okazało się jednak, że zakupiony produkt jest kwaśny i nieubijalny. Niezrażona, wysłałam Stuartowi smsa 'kup śmietanę, słodką, 30 do 36% tłuszczu, NIE CREME FRAICHE'. Po negatywnej odpowiedzi na pytanie o robienie sernika, dostałam 2 kubeczki 'single cream' (czymkolwiek on jest) z pięknie wyrysowaną truskawką. Ochoczo zabrałam się za mikser, a po 10 minutach walki i dosypywania cukru pudru przyszedł zdziwiony Stuart i oznajmił, że 'przecież single cream się nie ubija, do ubijania służy tutaj 'double cream''. Niedziela była w pełni, a najbliższy sklep z double cream był za daleko, zatem tartę (którą chłopcy nazywali sernikiem. Bo na pewno nie robi się sernika z 'cottage cheese', bo by był za kwaśny) zjedliśmy w formie płynnej. Po nocy w zamrażarce prezentowała się już o wiele lepiej ;). Gdy przytoczyłam argument, że w Polsce śmietany po prostu mają procentową zawartość tłuszczu i po tym można się domyślić zastosowania, powiedzieli, że sobie strasznie utrudniamy życie ;P.



Najlepsza pora do robienia czegoś do pracy mgr to 22 - jestem najedzona, na ogół wykąpana już, i wystarczająco odpoczęłam po przepustach, by móc zająć się innymi betonowymi elementami. Koło północy (czyli jakieś 7 minut temu) powinnam się położyć spać, żeby z radością przywitać przepustowy świat następnego ranka. Nie ma jak robić czegokolwiek przez 2 godziny.


Praca zatrzymała się w krytycznym momencie - wiszenie w próżni (czyli bez żadnego podparcia) nie przeszkadza małym, symetrycznie obciążonym przepustom o stosunkowo sztywnych ścianach, za to tworzy kolosalne różnice we wszystkich innych przypadkach. Wyznaczono nam termin prezentacji wyników na 20 sierpnia. Jako że mało nam książek z teorią (uczeni nie byli zainteresowani tematem nieróżniczkowych rozwiązań sprężystych podpór liniowych konturów zamkniętych), pozostał stary, sprawdzony studencki sposób. Obecnie jestem w trakcie wklepywania 216 najczęściej spotykanych przypadków przepustów do programu komputerowego, z którego wyniki porównuję z naszym cudem. Pozwala mi to wyznaczyć 216 współczynników owo cudo korygujących, które będą interpolowane na potrzeby spotkania. Mózg by parował, ale jest za zimno. John zabierze mnie i Sama w przyszłym tygodniu do fabryki cegieł.


Kupiłam bilet do domu - lecę 25 sierpnia, jakoś po 18.


Nawet nie wiesz kiedy - idziesz, i nie zauważasz, że jest coraz ciemniej. Dopiero jak trafisz nogą w kałużę, albo uderzysz głową o wystający element wiesz, że jest już za późno. I idziesz dalej ciągle oglądając się za siebie. Weekend będzie spokojny.

niedziela, 4 sierpnia 2013

Dress code

Jakoś tydzień przed przyjazdem do Anglii dotknął mnie problem dress code. Dotknął dosłownie, bo po szybkim myślowym przejrzeniu garderoby stwierdziłam, że choć na co dzień nie ubieram się niedbale, to jednak do poważnej pracy nie mam czego założyć. Rodzicielka, grzmiąc o dress codach i jak zawsze stojąc na straży zdrowego rozsądku, zarządziła wymianę koszul pamiętających czasy liceum, zakup nowych butów na obcasie i choć jednych spodni, które nie będą jeansami. Tak wyposażona ruszyłam do odległej dotąd krainy marynarek i krawatów skrywanych pod pomarańczową kamizelką odblaskową.

W firmie niewątpliwie obowiązuje dress code. Zauważyłam, że jest on przez niemal każdą jednostkę modyfikowany wedle własnych, aktualnych potrzeb :P. Na co dzień nikt nie spotyka się z klientami czy z innymi ludźmi z zewnątrz, nie ma więc potrzeby paradowania w garniturach i garsonkach, jednak biurowy charakter pozostaje. Co za tym idzie, większość mężczyzn zakłada  eleganckie spodnie i koszule, często (acz nie zawsze) wyprasowane, z czego przeważają te z długimi rękawami. Niektórzy noszą krawaty, ale na pewno ich założenie nie wiąże się z zajmowanym stanowiskiem. Jeśli chodzi o strój kobiecy (uwaga!, wraz ze mną w firmie jest tylko 6 kobiet, w różnym wieku), ograniczyłabym się do słów 'elegancki' i 'bez jeansów'.

Tu bowiem zaczyna się temat - panie przychodzą do biura ubrane w sposób bardzo urozmaicony. Nie widziałam chyba ani razu kobiety w spodniach 'w kantkę', tak samo jak nie widziałam żadnej we wspomnianych już jeansach. W większości nosi się do owych nieokreślonych spodni po prostu bluzkę z krótkim rękawem - może nie do końca ordynarny T-shirt, ale ja z moimi kołnierzykowymi nieśmiertelnymi strojami wychodzę przed szereg. Alternatywą do tego jest spódnica lub sukienka (bywa, że letnia), kolorowa albo krótka.

Tak utworzone zestawy ubraniowe napotykają różne przeszkody, przykładowo w postaci upałów, do których naród tysiąca bawarek nie jest przyzwyczajony. Panowie próbowali wdziewać koszule z krótkim rękawem, porzucono krawaty i (co ciekawe :P), objawili się prekursorzy podwiniętych nogawek w spodniach. W tym samym czasie, stojąca o niebo lepiej ładniejsza część firmy zakładała letnie sukienki, których za mało było albo na dole, albo na górze. Moją odpowiedzią było stworzenie zestawu - bluzka na ramiączkach i na to rozpinana koszula z kołnierzykiem (muszę przyznać, że było gorąco, a każdy kto mnie zna, wie, że bluzka na ramiączkach to moja ulubiona część garderoby) - co pozwalało w razie potrzeby szybko wyglądać w miarę profesjonalnie, a zostawiało swobodę, zwłaszcza w przerwie na lunch. Kilka dni po rozpoczęciu ankiety stwierdziłam, że mam dosyć (gorąca i przejmowania się) i spędziłam cały dzień w bluzce opisanej ankiecie.


Pomimo faktu, że wspomniane bluzki są raczej akceptowane u mnie (zwłaszcza w upały), cała sprawa zahacza o istotę dress codu. O ile przed podjęciem pracy myślałam o nim w kontekście profesjonalizmu 'na zewnątrz', gdy to firma chce się pokazać z jak najlepszej strony klientom, tak teraz zaczęłam dostrzegać jego wewnętrzny sens. Wiem, że do wielu ten argument nie przemawia, ale jest bardzo 'mój' - ubierając się elegancko do pracy, nadajemy jej znaczenia, pokazujemy, że jest dla nas ważna, a przy tym tworzymy związek: wyglądamy dobrze - pracujemy dobrze (a przynajmniej się staramy :P). Napisane wygląda to strasznie głupio :P, jednak czuję, że ma to sens. Przykładowo nałożenie butów na obcasie i czerwonej szminki niesamowicie dodaje pewności siebie, jakby po prostu szminka nie szła w parze z byciem szarą myszką.

Drugim ważnym aspektem jest szacunek dla kolegów z pracy. Pomijając sam fakt wspólnej pracy kobiet i mężczyzn i powstające w związku z tym kwestie natury obyczajowej, ubieramy się ładnie dla siebie nawzajem. Staramy się dla innych, poświęcamy im nieco swojego komfortu, a otrzymujemy schludne otoczenie i kolejną rzecz, która jednoczy ludzi.

Nie wiem, czy tym tematem nie dzielę za bardzo włosa na czworo, po prostu mi się luźno pisało :P. Nie jestem zbytnio za restrykcyjnym sposobem ubierania się do pracy, zwłaszcza, jeżeli nie stosowanie się do niego (przypadkowe lub nieco celowe) powoduje niechęć otoczenia. Wiadomo - ubranie powinno być czyste i wyprasowane, ale kolor, długość (w granicach zdrowego rozsądku) czy obecność krawata nie wpływają na mój odbiór bliźniego.

Żadna dziewczyna nie nakłada rajstop do spódnicy, a mężczyźni pracujący w biurach, ale odpowiedzialni za fabrykę przychodzą w zwykłych koszulkach. Żyj i daj żyć innym ;).

Nadal zapraszam do ankiety.

czwartek, 1 sierpnia 2013

półmetek

To zabrzmi jak narzekanie, ale naprawdę czuję się zmęczona ostatnio. Może to niedobór magnezu, może tutejsza woda, może za mało ń, ś, ż i ą słyszę dookoła, a może po prostu coś mnie przerasta, więc organizm, zamiast pchać się przez mechaniczne chaszcze woli utorować drogę do łóżka. Przejdzie mi, to pewne, ale zabieranie się za budynek jest ponad moje siły - dosłownie. Okrąglutkie (otyłe bądź opuchnięte) neurony nie chcą gromadzić się przy problemie bardziej skomplikowanym niż gotowanie, a tu i praca i dom nastręcza im strawy.

W pracy mamy z Samem ciekawie - John jest na urlopie, i wiele osób nie ma do kogo zgłaszać swoich budowlanych bolączek. Formalnie 'zastępcą' jest Sam, którego doświadczenia zawodowe są jeszcze w czasie przyszłym, i zwracanie się do niego (czyli do nas nota bene) w sprawach problemowych (zwłaszcza przez osoby pracujące w firmie kilka lat) jest nieco śmieszne. Podejrzewamy, że drugi oddział firmy (zgłaszający problemy) robi sobie z nas żarty wysyłając zapytania o momenty w belce wolnopodpartej od siły skupionej, albo o zbrojenie 13-centymetrowego wspornika - nad czym siedzimy z pół godziny szukając podstępu albo przypadku szczególnego :P.

W domu natomiast modne stały sie tematy religijne i polityczne. Na te drugie pojęcia nie zielonego mam (zwłaszcza w kontekście Wielkiej Brytanii występującej z UE, i Chorwacji doń wstępującej), a okazuje się, że i pierwsze nie są do końca przyjemnymi. Najwięcej czasu spędzam z Zameerem i Stewartem, co czyni z nas niezastąpiony zestaw dyskusyjny - pytającego o podstawę wiary, mało gorliwego muzułmanina, który zdaje się dobrze znać biblię, ateistę, który ma wszystko religijne gdzieś, choć idea potwora spaghetti do niego nie przemawia, i katolicką panienkę, postrzeganą jako ultrareligijną z powodu latania co niedzielę do tutejszego kościoła, a która chyba nie zna podstaw swojej religii.

Jest w niej bowiem wiele rzeczy, o które nikt się woli nie pytać - może by nie otrzymać odpowiedzi, która jeszcze bardziej wzburzy człowiekiem? Obojętne, czy będzie to 'nie wiem, tego nie da się poznać', czy czymś sprzecznym ze zdrowym rozsądkiem, czy wypowiedzią nakazującą ślepe oddanie się wierze. Jeśli by ktoś miał gotową, przemyślaną odpowiedź na pytanie 'dlaczego Bóg pozwala na głód w Afryce?', 'dlaczego pozwala na to, by 2-letnie dzieci umierały na wirusa HIV?' i podobne proszę, podzielcie się. Bo daję słowo, że ja nie wiem.

Zapraszam do nowej ankiety :).

PS Jeszcze jako post scriptum - coś, co mnie bardzo zdziwiło. Ludzie z którymi tu przebywam (niekoniecznie ci z domu) traktują darwinizm i teorię ewolucji jako jedno z hmm, jedno z wierzeń? Nie uważają, że to prawda objawiona nauką i statystyką, tylko alternatywa Adama i Ewy.

poniedziałek, 29 lipca 2013

nie taki przegub prosty

Post na temat bliżej nieokreślony - cały weekend (i parenaście wcześniejszych dni) spędziłam na nauce Mojego Ulubionego Programu Komputerowego Do Magisterki (MUPKDM mi wyszło, ma się dosyć już po przeczytaniu nazwy :P), który po tym czasie jest mi w stanie służyć obliczeniami ugięć ramy. Od ramy jeszcze daleko do budynku całego (zwłaszcza, że przepust, który jest po drodze mi nie wyszedł), jednak w trakcie dokonałam pewnych odkryć (jak na przykład plik tekstowy, który informuje w którym miejscu w modelu zrobiło się błąd, i na czym on polega), i mam nadzieję, że jutro będzie się pracowało znacznie lepiej. W końcu im bliżej ostatecznego terminu tym lepiej wszystko wychodzi :P.

(obecnie wyświetlany error to 'TOO MANY ATTEMPTS MADE FOR THIS INCREMENT' i trochę nie wiem, co z nim zrobić. Uparłam się jednak dojść do modelowania połączeń ścian dzisiaj :P).

Nie mam w związku z tym kontaktów z brytyjską częścią otoczenia, ani też czasu, by porządnie opisać dotychczasowe spostrzeżenia. Z rzeczy nieprzewidywalnych mogę tylko nadmienić, że z okazji royal baby nie było tutaj niestety żadnych parad, wygrywania hymnu brytyjskiego o każdej pełnej godzinie, dnia wolnego w pracy, ani poruszenia innego niż na dziale prasowym w Sainsbury's (telewizji nie oglądam). Trochę mnie to zdziwiło, bo jestem przyzwyczajona do stereotypowego obrazu Anglika z flagą, zmierzającego świętować do pubu i otrzymującego kilka lat później list od Królowej z okazji 100 urodzin - ale potęga monarchii nie sięga widać aż tak daleko, by mackami złapać na raz nowego dziedzica, przemysł pamiątkarski i wymieszanych z imigrantami roześmianych, miłujących obywateli. Chyba robię się śpiąca i cyniczna :P.

(właśnie mi wyszło - wygląda na to, że po prostu kazałam programowi liczyć konstrukcję chwiejną :P. Próbowałam przejść od węzła sztywnego do przegubu, ale coś robię źle. Lewa strona może działać i przegubowo i w utwierdzeniu, natomiast prawa współpracować nie chce. Przyjemnej nocy wszystkim, którzy tu nocną porą zaglądną :) ).


piątek, 26 lipca 2013

Jak to jest zrobione?

Poza czysto edukacyjnymi walorami mojej pracy (nikomu chyba nie śniło się, że zaraz po studiach pierwszym zawodowym wyzwaniem stanie się kontur zamknięty na podłożu sprężystym? :P), jest także dużo walorów bonusowych. Jestem zatrudniona w czymś, co niektórzy nazywają 'Departamentem konstrukcji', w którego skład wchodzą obecnie 3 osoby. Jedna (John) jest zatrudniona także w drugim oddziale firmy (w związku z tym jest u nas zbiorczo jakieś 2,5 dnia), druga jest praktykantką bez większego doświadczenia, za to władająca biegle niszowym językiem obcym, a pozostała jednostka (Sam), pomimo kariery dwumiesięcznej ledwie, dzielnie stara się radzić sobie w przepustowym świecie.

Codziennie zatem mijają nam godziny na liczeniu i piciu bawarek. Zdarzają się jednak wspomniane w pierwszym zdaniu atrakcje dodatkowe ;). Jako że i ja i Sam jesteśmy w firmie nowi, jesteśmy zapraszani do jej poznawania - szczególnie, że poznajemy to, co dzień w dzień widujemy na ekranach monitorów i próbujemy zapisywać równaniami.

Pierwsza wycieczka odbyła się w moim pierwszym tygodniu pracy - oglądaliśmy produkcję w Somercotes, czyli nasze przepusty, ściany oporowe i bariery betonowe. Podczas jakichś dwóch godzin zwiedzania John pokazywał nam zbrojenie, układanie prętów, betonowanie przepustów i ścian oporowych o najróżniejszych wymiarach (przepust wysoki na 4m, z dziurami po bokach?), cierpliwie odpowiadał na nasze pytania i opowiadał ciekawostki.

We wtorek John zabrał mnie do innej siedziby firmy (oddalonej o ponad 20 mil), bym zobaczyła tam biura a także obejrzała produkcję schodów prefabrykowanych, płyt kanałowych i sprężonych belek stropowych. Wiele z tych rzeczy znałam 'z nazwy', wiedziałam jak wyglądają i jaką funkcję powinny spełniać, jednak pierwszy raz miałam okazję zobaczyć je na żywo. Także pierwszy raz zdałam sobie sprawę z ogromu całych przedsięwzięć produkcji budowlanej, gdzie hałdy poszczególnych rodzajów kruszywa oddzielane są przez płyty kanałowe nie spełniające kryteriów jakościowych, gdzie ludzie przez kilka lat wylewają beton na naprężone druty stalowe (odmiana po ludziach, którzy przez kilka lat zbierają ogórki), gdzie stoi maszyna wytrzymałościowa badająca kilkanaście próbek dziennie. Bardzo mi się podobało ;).


Mojemu entuzjazmowi dziwili się współlokatorzy (wynikła w związku z tym ciekawa sytuacja, opowiem przy najbliższej okazji :P), którzy nie podzielają miłości do belek betonowych. Nie jestem osobą, która się przesadnie interesuje budownictwem, która jest budowlańcem z krwi, kości i powołania, ale chyba zawsze tak jest, że człowieka ciekawi to, co robi. Jestem na początku procesu (z orężem w postaci myszki komputerowej), produkcja elementów prefabrykowanych jest tylko kawałeczek dalej - ale jest urzeczywistnieniem naszej pracy, mechaniką stającą się belką o określonych wymiarach. Pisząc bez zbędnego dramatyzmu, po prostu widzimy co robimy, jak każda cyferka w wynikach odbija się w kształcie i cechach elementu. Nawet jeśli to tylko płyta kanałowa :P.



Wracając do Somercotes John (korzystając z ładnej pogody) przewiózł mnie dłuższą drogą - przez Nottingham :)). Mam już cel na wolny weekend (o ile taki się pojawi :P). Jeden z oddziałów firmy produkuje elementy ceramiczne (potocznie cegłami zwane), może uda się nam i tam pojechać :). Miłego dnia wszystkim :), i przepraszam za niewyraźny rysunek - jestem już śpiąca, nie mam siły robić nowych zdjęć (to coś z kołami to płyta kanałowa :P).

niedziela, 21 lipca 2013

Bday

Urodziny są zawsze dla kogoś dniem szczególnym. Nigdy chyba nie zdarzyło mi się na nie nie czekać, albo traktować je jako całkiem normalny dzień - pomimo tego, że często wypadały w zwykły dzień roboczy (cukierki do pracy :) ). Generalnie moje 'urodziny' polegały na otrzymywaniu smsów od znajomych, potem na czytaniu maili od bliskich osób albo odpowiadaniu tymże na facebookowe wiadomości. Wieczorem organizował jakiś, hmmm, poczęstunek, dla ludzi, z którymi w danym momencie mieszkałam. Jestem przekonana, że moje święto prawie nie różniło się od Waszych ;). W tym roku jednak miałam o wiele bardziej brytyjskie urodziny.

Zaczęły się o 23 tutejszego czasu, odśpiewaniem mi 'happy birthday' przez współlokatorów (chyba kiedyś przygotuję o nich osobnego posta), oraz stwierdzeniem, że jestem 'birthday girl', i nie muszę myć po sobie naczyń. Owo 'birthday girl' ciągnęło się za mną (albo może przede mną?) przez dzień cały, zwłaszcza, gdy wieść o ptasim mleczku w kuchni rozeszła się po fabryce. Spowodowało to wizyty osób mi zupełnie nieznanych, szukających skonfundowanej urodzinowej panienki wskazywanej ochoczo przez rozradowanych współpracowników. W tym dziwnym kraju bycie 'birthday' wiąże się ze szczególną sympatia otoczenia i licznymi względami. Dostałam zatem 7 kartek urodzinowych, z czego 3 od moich współlokatorów (co bardzo odbiega od akademikowej idei - wszyscy na jednym 'czymś' :P), a także 3 pudełka czekoladek (co mnie naprawdę zaskoczyło, zapomniałam, że na urodziny dostaje się czekoladki). Co rusz ktoś dostarczał nowej bawarki :).



Wszystko, czego doświadczyłam, było niezmiernie miłe - i wydaje mi się, że czasem tego brakuje w świętowaniu urodzin. Oczekiwania wobec życia biegną szybciej niż lata, i o ile w wieku 8 lat wystarczała ładnie zapakowana kolejka, tak na 20któreś urodziny dajemy sobie garść refleksji na temat starzenia się i tego 'co powinniśmy robić' w tym wieku (chociaż mi się jakoś w tym roku udało bez :P). Zgodnie z filozofią życiową by cieszyć się z małych rzeczy i nadawać im znaczenie, apeluję! - cieszcie się z urodzin :)- i swoich i bliskich Wam osób. Niech to nie będzie zwykły dzień (bo takich mamy z 300 w roku), ale coś przyjemnego i wyjątkowego :)! 

(Nie wiem, co mnie wzięło na takie truizmy :P. Warto się w życiu starać ;) ). Dziękuję wszystkim tutaj za życzenia i za inne prezenty - niespodzianki ;). Jesteście kochani ;). 

wtorek, 16 lipca 2013

The Great Britain

Cały post miał dotyczyć 'większej' sprawy - określenia Great Britain jako 'great'. Jakoś ostatnio jednak nie mam czasu usiąść do blogowych rzeczy (a wciąż dochodzą nowe), więc wysyłam to, co napisałam w wolnych chwilach - kilka spostrzeżeń z codziennego życia :). Chyba pierwszy raz w trakcie moich pobytów w UK jestem aż tak zasypywana wszystkim co angielskie. Przywykłam już powoli do akcentu z Derbyshire, robię notatki po angielsku i patrzę najpierw w prawo przechodząc przez ulicę. Wiele rzeczy jednak uderza mnie po raz pierwszy - Tubylcy atakują :P.

Festiwal muzyki w Ripley - tłumy Anglików na ichniejszych błoniach, scena. Anglicy, w absolutnie każdym wieku, przynieśli sobie krzesełka turystyczne, stoliki, wałówkę i alkohol. Słuchamy najpierw rockowej kapeli śpiewającej przeboje z lat '60, potem na scenę wchodzi orkiestra górnicza z muzyką filmową. Imprezę kończy pokaz sztucznych ogni (imponujący jak na wielkość miasteczka) , po którym odśpiewano kilka pieśni patriotycznych i hymn brytyjski. Machano przy tym flagami. Zobaczyłam - uwierzyłam :P.

Piją tu straszne ilości napoju narodowego, domyślnie zabielanego. Jeżeli odpowiem twierdząco na pytanie 'czy chcę herbatę?' na 90% dostanę z mlekiem. W stołówce mamy wspólne: kawę rozpuszczalną, herbatę, cukier i galony mleka ;).

Nie jestem przyzwyczajona do wstawania na 9 i przesypiania ponad 7 godzin przez kilka nocy pod rząd. Od tygodnia, kładąc się spać przed 00:15, za każdym razem budziłam się w okolicach 6:30 :P.

Karen zaprosiła mnie na lunch do siebie. Zrobiła crumpets - takie małe, płaskie walce z ciasta (do kupienia w sklepie, wielkość krążka hokejowego). Wsadza się je do tostera, by były ciepłe, po czym smaruje masłem. Coś, co przez 4 ostatnie lata jadłam jako postną przekąskę, nagle nabrało nowego smaku ;).

Oglądaliśmy przepusty z Johnem i Samem. Rządowe zamówienie, betonowa 'klatka' z kwadratowymi otworami na każdej ścianie - imitacja łodzi podwodnej do ćwiczeń dla marynarki. John, opisując nam nietypowe cudo kilka razy wspominał królową jako 'our Lady'.

- Sam, what's that 'ft' here?
- Oh, that's a feet. It's american sheet, they use the the stuff like inches and feets everywhere...
- And you don't?
- No, we use milimeters and kilograms.
...(trochę później w stołówce)
- Joanna, can you give me the mug?
- Which one?
- The one 5 inches from your left hand.

W pokoju gdzie sobie liczę urzęduje też pan o skomplikowanym imieniu na G, pełniący jakieś funkcje nadzorcze. Często przychodzą do niego ludzie ze sprawunkami - jednym z nich jest Ron. Z nieznanych powodów myśli on, że jestem Belgijką, za każdym zatem razem wita mnie wesołym 'bonjour madame', zaciągając z angielska jak tylko się da. Nauczono mnie na to odpowiadać 'EI UP MI DUCK', co podobno oznacza (tłumaczenie z różnych źródeł) po prostu 'hello' na stopie koleżeńskiej - ale nie wiedzieć czemu nasza wymiana pozdrowień wywołuje wielką radość w kilku najbliższych pokojach.

Nadużywam słów 'quite' i 'crazy'. Wiele rzeczy jest quite: nice, big, good, interesting, enough, a także crazy: happy, mad, dysponuję także crazy stuffem. Wiele osób zauważa, że gdy nie znam jakiegoś słowa, opisuję je w śmieszny sposób, np. houses put in array. Zameer (jeden z moich współlokatorów) nadużywa 'bloody', trochę czasu minie, i wszystko będzie 'quite bloody'.

Na koniec - by pozostać w konwencji - facebookowe tło zmyślnej dziewczyny :)). Miłego dnia wszystkim :).


czwartek, 11 lipca 2013

Początki w pracy

Od 4 dni jestem szczęśliwą pracownicą firmy projektującej... prefabrykaty betonowe ;). Naprawdę robię przepusty :D, które póki co są w formie belki albo ramy. Do zbrojenia jeszcze daleka droga (bo czymże jest przepust jak nie konturem zamkniętym?), więc póki co umilę Wam czas opowiadaniem o początkach praktyki.

W sumie do końca (albo raczej do początku właśnie ;) - czyli do poniedziałku) nie wiedziałam, czy czasem nie idę na coś w stylu rozmowy kwalifikacyjnej, nie byłam też pewna na czym będzie polegała moja praca. Co ciekawe, nie wiedziała tego nawet Karen, która zabrała mnie półprzytomną ze zdenerwowania do Somercotes, gdzie mieści się zakład produkcyjny i biura. Przedstawiono mnie kilku osobom, z których nie zapamiętałam chyba żadnej, po czym stwierdzono, że powinnam zająć miejsce w ekipie Johna i Sama, właśnie przy projektowaniu obrosłych legendą przepustów betonowych. Dla niezorientowanych, rysunek poniżej ;). 
Jednym z pierwszych moich zadań była rozmowa telefoniczna z działem informatycznym, w celu utworzenia  konta firmowego (dostałam do pracy laptopa, dzisiaj przyszły buty i kamizelka odblaskowa :) ) i ogarnięcia drukarek firmowych. W międzyczasie John - doświadczony pracownik i, hmmm, lider zespołu :) - poszedł po przybory biurowe dla mnie, zostawiając drżącą mą osobę pod opieką Sama. Sam jest również świeżo po studiach i pracuje od niecałych dwóch miesięcy. Ochoczo i z niepokojąco mocnym akcentem zajął się zapoznawaniem mnie z podkładką excelowską, właśnie pod przepusty przygotowywaną. Gdy z różnych załatwień wrócił John, ja już siedziałam i... klepałam ręcznie belkę obustronnie utwierdzoną metodą sił ;) (niewtajemniczonych przepraszam, ale przez jakiś czas będzie dość fachowo). Belka ta oczywiście mi nie wyszła przez cały dzień :P, nerwy i ograniczenia językowe nie pozwalały sklecić zdania, a prawie wszyscy pracownicy przychodzili do biura pouśmiechać się do niebogi z obcego kraju ;). Tak minął mi dzień pierwszy.


Potem już było o wiele przyjemniej ;) - przede wszystkim dlatego, że atmosfera w firmie jest naprawdę dobra i swobodna, wszyscy żyją na przyjacielskiej stopie oraz (jak prawie wszystkim pisałam) ludzie są ekstremalnie mili i bardzo dbają o moje dobre samopoczucie. Kolejne trzy dni minęły mi na obchodzeniu w kółko firmy, uczeniu się mechaniki z angielskich książek, a następnie na próbach jej aplikacji do przepustów, które stanęły na mojej drodze. Dzisiaj wyszła nam naprawdę ważna część wszystkiego - program liczy sam momenty w statycznie niewyznaczalnej ramie. Generalnie chyba tym się będę zajmować - projektowaniem, ustalaniem momentów, obciążeń i zbrojenia. Z resztą - czas pokaże - jutro zamykamy kontur i ogarniamy obciążenia na ściany. Przyjemnego dnia wszystkim :).

PS Post miał być wczoraj, ale internet odmówił posłuszeństwa i zostałam sam na sam z książką. Mam już tutejszą kartę z biblioteki :).

PPS Jeszcze coś - jeden z moich współlokatorów - Rod - powiedział mi bardzo ładną rzecz, świetnie podsumowującą mój cały wyjazd na praktyki. Polecam do serca każdemu:

Nurture your mind with great thoughts because you will never get higher than you think

niedziela, 7 lipca 2013

Pierwszy dzień w Ripley

Jeśli ktoś wierzy w 'znaki' dawane nam z wysoka, chyba nie mogłam sobie wyobrazić nic lepiej zapowiadającego moje wakacje, niż piękna pogoda w Derbyshire. Dziwne zjawisko w postaci ciągłego słońca ma trwać nad wyspami brytyjskimi ponoć do przyszłego tygodnia - całkiem nieźle :).

Tak więc przywitała mnie na lotnisku nieangielska pogoda i moja przyszła współpracowniczka - Karen. Okazała się być miłą starszą (hmm, po 40stce?) panią, która bardzo wierzy we mnie i w mój angielski. Zawiozła mnie do Ripley, i zostawiła do jutra, do 8:30 - gdy to spotkamy się w drodze do pracy. Ripley jest małym miasteczkiem, jednym z 4 położonych w Amber Valley - dolinie rzeki Amber. Po krótkim zwiedzaniu, potrafię sama dojść do kościoła i z powrotem, co obejmuje także dojście do znajdującego się w 3/4 drogi Lidla :). Na wszystko inne przyjdzie czas w tygodniu :).



Zanim jednak zaczęłam ochoczo zwiedzać okolicę, musiałam się rozpakować :). Mam osobny pokoik, ale dzielę mieszkanie z 3 mężczyznami - Stuartem, Roderickiem i Zamirem, z czego w moim wieku jest tylko nie poznany jeszcze Zamir. Właścicielką mieszkania jest Betty - żywiołowa starsza pani, która mówi milion rzeczy na minutę i zdążyła mnie już dzisiaj zaprosić na obiad. Wszyscy poznani do tej pory ludzie są bardzo sympatyczni i serdecznie mnie przyjmują - co również dobrze wróży jutrzejszemu pierwszemu dniowi w pracy. Nie zmienia to mojego cokolwiek lękliwego nastawienia i pragnienia powtórzenia ostatnich 3 lat konstrukcji betonowych - ale chyba tak już musi być. Proszę, trzymajcie za mnie kciuki jutro - pierwsze dni nie należą do najłatwiejszych ;).

A na koniec zdjęcie - czegoś bardzo brytyjskiego :P - i nie chodzi o pastę do zębów.




czwartek, 4 lipca 2013

Praktyki wakacyjne

Jak pewnie niektórzy zauważyli, nie pisałam jeszcze, co robię na wakacjach w tym roku. Mogło to być spowodowane brakiem jakichkolwiek planów, albo planami wymagającymi specjalnego posta ;). Nie umniejszając pozytywnych stron pierwszej opcji, w tym roku trafiła się druga ;). Opiszę w miarę dokładnie niektóre etapy tego, co mi się przytrafiło - wydaje mi się, że działania mogłyby zainspirować kilka osób ;).

Generalnie jest to ostatni pewnie czas, który mogę nazwać 'wakacjami'. Na dróżce, którą sobie kiedyś obmyśliłam (a może jednak nie do końca?) został mi formalnie tylko 1 semestr studiów na AGH - po czym powinnam bronić tytułu inżyniera. Uczelnia moja wymaga ode mnie do tego czasu odbycia 6 tygodni praktyk, związanych mniej lub bardziej z chemią, jednak zahaczających o dowolny proces technologiczny.

Pragnąc połączyć przyjemne z pożytecznym wymyśliłam sobie opcję, która by mnie najbardziej satysfakcjonowała pod wszystkimi względami - mianowicie praktyki (potrzeba na AGH) przy produkcji cementu/betonu (pożyteczne i związane z budownictwem) w Anglii (przyjemne) ;). CV i list motywacyjny po angielsku miałam gotowe 'z wcześniej' (dzięki Mira!), cała trudność polegała na znalezieniu odpowiednich przedsiębiorstw i powysyłaniu dokumentów. Po różnych perturbacjach z nieodpisującymi firmami (do których powtórnie pisałam z prośbą o odpowiedź) odezwała się do mnie pani z jednej firmy z tajemniczym pytaniem 'kiedy bym mogła ewentualnie przyjechać'. Jakiś tydzień później (czyli 2 tygodnie od teraz), gdy zaczęłam już myśleć o organizacji praktyk na Nowej Hucie, pani wyskoczyła ze zdaniem 'mamy dla ciebie propozycję' :D. Po wymianie kolejnych kilku pisanych drżącymi rękami maili, było już pewne, że jadę do Anglii na praktyki wakacyjne ;). Trochę nie w takim charakterze jak chciałam, ale JADĘ (a właściwie lecę :) )!


Tak więc mam przed sobą piękne 7 tygodni, hmm, obliczania przepustów :P? Będę mieszkać w miejscowości Ripley (zakwaterowanie i transport załatwiała firma), jutro (tzn dzisiaj :P) jadę do domu, a 6 lipca lecę z Warszawy do East Midlands ;). I poza przerażającym wrażeniem, że sobie nie poradzę (językowo, budowlanie, ...) jestem chyba najszczęśliwszym prawie-praktykantem ;). Proszę, trzymajcie za mnie kciuki, bo przede mną naprawdę wymagające 2 miesiące (będę tam na dokładkę pisała pracę magisterską :) ). I dziękuję wszystkim osobom, które mi dobrze życzyły, pomagały, sprawdzały angielskie pisania, były wsparciem i inspiracją - jesteście wspaniali ;).

Teraz jeszcze krótki morał całej historyjki - udała mi się rzecz troszkę niecodzienna - bo miałam cel (obrany w śmieszny sposób, ale zawsze :P) i do niego dążyłam. Pomijając to, że był on niezbyt realny, to jednak działanie i wola (plus jakaś Boska interwencja ;) ) zaprowadziły mnie do sukcesu. Stąd moje przekonanie, że warto próbować, i warto chcieć dużo w życiu ;). Ściskam wszystkich, przyjemnych wakacji, i następne wieści pewnie z Derbyshire :).

poniedziałek, 17 września 2012

Prywatne życie kolegi z pracy

Post miał być dopiero jutro, ale muszę jakoś wyjaśnić sobie, czemu się tak mało uczyłam.


Chciałam napisać jeszcze o jednym człowieku, i tym samym skończyć temat Anglii 2012 (chyba, że wydarzy się coś niesamowitego, albo przypomni mi się coś interesującego). Rozmawialiśmy na bardzo prywatny i dość trudny temat. Z jednej strony bardzo chciałam napisać o tej rozmowie, a z drugiej strony internet jest internetem – nie chciałabym, by ktokolwiek, kiedykolwiek połączył wydarzenia z osobą (której nikt z czytelników póki co nie ma szans znać). W związku z tym, nie podaję imienia kolegi ani jego córki, a także prostuję rzeczy, które wtedy były dla mnie niejasne.

(Tak na marginesie – jeśli zamieszczam na blogu jakąś rozmowę w formie dialogu, naprawdę ją przeprowadziłam, i przepisałam tak dobrze, jak tylko pamięć pozwalała. )



Na spacerze, możliwe, że wracając z Lidla. (Uspołeczniłam się, i oprócz samotnych spacerów przystawałam także na propozycje wspólnych wyjść, gdy ktoś mieszkał blisko i nie znudziłam mu się w pracy).

- Mogę Ci zdać osobiste pytanie? - nie znam kogoś, kto by z czystej ciekawości nie odpowiedział ‘jasne, pytaj’, co najwyżej dodając bezpieczne ‘najwyżej nie odpowiem’. Kurtuazja jednak nakazuje (mi przynajmniej) męczyć otoczenie takimi zwrotami. - Jak to było z waszymi dziećmi? Jeszcze rozumiem, że pierwsze mogło być przypadkiem, ale wasz synek? - kolega w tym roku skończył 22 lata.

- Niee, to było zupełnie inaczej, to Marcin był przypadkiem, a córkę chcieliśmy. To znaczy niekoniecznie córkę, ale dziecko.

- Naprawdę? Ale przecież byliście strasznie młodzi, właściwie sami byliście jeszcze dziećmi, no a za dziecko trzeba być odpowiedzialnym, trzeba mu dać jeść, zapewnić dach nad głową, opiekę…

- To wszystko było. Ja pracowałem, moja dziewczyna siedziała w domu. Dobrze zarabiałem, od 16 roku życia pracowałem. Po budowach, po różnych takich... Pieniędzy mieliśmy na wszystko, mogliśmy sobie ot tak kupować co chcieliśmy. Ona chodziła na zakupy, ja dawałem pieniądze, a ona jeszcze mi za to coś kupowała, jakieś swetry, skarpetki.. . No i postanowiliśmy, że chcemy mieć dziecko.

- A co na to wasi rodzice?

- Co oni mogli mówić, myśmy już razem mieszkali. To znaczy ona się do mnie wprowadziła, jak była w 3 miesiącu ciąży. Przyszła raz na noc i już została. Sami decydowaliśmy o sobie, no i zdecydowaliśmy, oni nie mieli nic do gadania.

- Poczekaj, to ile lat mieliście wtedy?

- Ja… czekaj, nie pamiętam. Córa ma teraz 3 lata, to pewnie miałem jakieś 18-19. A Maria jest młodsza, nie wiem, ile mogła mieć. 16-17 chyba…
- Sprawdziłam. Maria, o ile nie kłamie na facebooku, jest z rocznika ’94. Daje jej to w chwili NARODZIN córki jakieś 15 lat, może wczesne 16. Widziałam córkę, naprawdę ma te 3 lata.

- I mając 16-17 lat zdecydowała się, że chce mieć już dziecko? To znaczy wy zdecydowaliście, że świadomie chcecie mieć dziecko?

- No tak, co w tym dziwnego. Kochaliśmy się, żyć bez siebie nie mogliśmy. Bardzo chcieliśmy mieć dziecko. Jak się okazało, że Maria jest w ciąży, byliśmy bardzo szczęśliwi.

- Urodziła się córka, i co dalej?

- No jak Maria już była w szpitalu, ja musiałem pracować. I przez 3 dni nie spałem prawie, na noc chodziłem do pracy, po pracy tylko do domu się przebrać, umyć, i do szpitala. I na 3 dzień urodziła małą, wróciliśmy do domu. I wszystko było jak dawniej prawie.

- Jejku, trochę mnie zdziwiłeś. Generalnie ludzie nie decydują się na dzieci tak szybko, chcą sobie jakoś życie ułożyć, skorzystać z młodości…

- A myśmy chcieli mieć dziecko. Jak ktoś ma niepoukładane w życiu, to będzie miał niepoukładane cały czas, czy jest dziecko, czy go nie ma. Naszej córze niczego nie brakowało przecież, zabawki miała, ubrania miała, a myśmy spędzali z nią tyle czasu, ile potrzebowała.

- No a chłopiec?

- On był przypadkiem, nie planowaliśmy jeszcze drugiego dziecka.

- No ale jak już było…

- Chcieliśmy jechać na zabieg. Byliśmy umówieni, Maria miała wszystkie badania. Było tak, że wsiedliśmy do samochodu, mieliśmy jechać do lekarza, ale popatrzyłem na nią, ona popatrzyła na mnie, i bez słowa pojechaliśmy na pizzę. Nie było potem żadnego gadania na ten temat. Urodził się chłopak, w marcu, to daliśmy mu na imię Marcin. Ma teraz trochę ponad rok.

sobota, 15 września 2012

Brighton



Do przyjemnych chwil i wspomnień lubi się wracać. Zwłaszcza, gdy sesja wrześniowa w pełni, a za oknem słońce cały dzień ogląda jak lato zmienia się w jesień. Dzisiaj opowiem Wam o wycieczce do Brighton :). Miasto chciałam odwiedzić przede wszystkim dlatego, że było rozsądnie daleko od Harlow (nie za blisko, przy czym da się dojechać pociągiem) i znajduje się nad morzem ;). Poza tym mieściło się dość wysoko w przypadkowo znalezionym rankingu 20 miast w Wielkiej Brytanii, które warto odwiedzić. Prócz tego, zapraszam do obejrzenia zdjęć :).

12 sierpnia (lekko po 10 rano) wysiadłszy z pociągu spotkałam pana, który rozdawał mapki miasta turystom. Był ubrany w barwy olimpijskie (bluza i detale stroju w kolorze różowym), i na pytanie ‘Czy tutaj też się odbywają jakieś zawody?’ odpowiedział, że miasto spodziewa się natłoku turystów, którzy zmęczeni olimpiadą w Londynie, zechcą przyjechać nad morze. Nie ma to jak zapobiegliwość:). Ruszyłam zatem trasą wyrecytowaną mi przez pana – prowadziła przez The Lanes – sieć wąskich, pełnych klimatu uliczek, w miarę regularnych i przecinających się pod kątem prostym, pełnych miejsc dla turystów. Owe ‘miejsca’ nie były jednak Zarami, H&M-ami, Tescami w wersji mini, ale sklepami bez nazwy, bez marki, sprzedającymi ubrania: od tych bardzo drogich po zastanawiająco tanie, sklepami z koralikami, bibelotami, starymi rzeczami… Plus ogromną ilością kawiarni, cukierni, restauracji - a wszystko to utrzymane jest w normalnym, nieprzytłaczającym i niemasowym stylu ;). Przeleciawszy tą część miasta wstąpiłam do biblioteki po kartę biblioteczną z East Sussex ;), po czym ruszyłam w stronę miejskiej atrakcji.

Jest nią Pavillion – pałac wybudowany dla potrzeb Jerzego IV, który jest ewenementem architektonicznym na skalę całej wielkiej Brytanii (mam kilka zdjęć, naprawdę bardzo charakterystyczny budynek). Miejsce otaczają zadbane ogrody pełne zwierza, w szczególności wiewiórek. Wychodząc stamtąd rusza się w prawdziwy turystyczny świat, gdzie są sklepy (już wszystkie znane człowiekowi), jeszcze więcej restauracji i jeszcze więcej turystów. Uderzające w Brighton (przynajmniej ja na to zwróciłam uwagę) jest to, że w całym mieście słychać muzykę. Graną przez ulicznych grajków, śpiewaną przez ulicznych śpiewaków, wydobywającą się zewsząd i zmieniającą się co skrzyżowanie ;).

Najładniejsze jednak w Brighton jest morze ;). Właściwie na całej długości miasta rozciąga się użytkowa, kamienista plaża, która pełni rolę miejskiego centrum życia. Spotykają się tam miejscowi, turyści (miejscowi z turystami również), odbywają się zabawy, dyskoteki, handluje się kapeluszami i japonkami, a także masowo spożywa się rybę z frytkami. Do głównych atrakcji należy zabudowane molo, o którym więcej w zdjęciach. Najwięcej czasu w mieście (z którego musiałam wyjechać po 18, by być w domu koło 22) spędziłam właśnie tam - nad morzem – siedząc, słuchając, czując zapachy, układając sobie całą moją Anglię w głowie ;). Pomimo tego, że nie miałam ręcznika, przenośnej przechowalni bagażu i woda była zimniutka, poszłam chwilę pływać ;). Mogłabym kiedyś mieszkać nad morzem ;).




Zamieszczam jeszcze jedno zdjęcie tutaj – na plaży był jeden pan, który w ciekawym stroju czytał książkę. Zapragnęłam mu zrobić zdjęcie, i to był pierwszy mężczyzna z Wysp Brytyjskich, do którego zwróciłam się per ‘Sir’ :P.

piątek, 31 sierpnia 2012

Stansted airport

[dopisane koło północy, 30 sierpnia] Poniższy kawałek jest trochę dziwny, ale sobie postanowiłam, że zostawię :P. W końcu to i tak blog dla mnie (już wkrótce użyję tego argumentu ponownie).


Post jest pisany na szybko – na lotnisku w Stansted. Pomyliliśmy się z wujkiem, dzięki czemu mam 3 godziny czekania na samolot – przynajmniej zdążę bez nerwów, mam złe wspomnienia z mojego ostatniego lotu z Londynu. Więc (słowo, którym się nie zaczyna zdań, ale zawsze tak ładnie pasuje) wracam do Polski. Z tym wracaniem nie do końca wiem, jak jest.


Wracam, na pewno wracam, bo mam gdzie, mam do kogo i mam do czego. Jednak (pisałam już o tym wiele razy) gdziekolwiek człowiek by nie był przez część swojego życia, zostawia tam kawałek siebie, 'bom wszędzie cząstkę swej duszy zostawił'. Może być to i krew na niebieskim plastrze naklejonym na pakowalni, może to być włos na białym dywanie u Francoise, może być też postać w czerwonej bluzce na zdjęciach z park party. Kiedyś jeszcze na pewno odwiedzę Anglię, albo świat robi się coraz mniejszy, albo ręce ludzie coraz dłuższe mają, i łatwiej nimi sięgnąć realnych celów. UK Salad (dyplomacja) wysyła mi smsy, z których przebija żal z powodu utraty źródła przepysznych cukierków z Sainsbury’ego, oraz kogoś, kto uśmiecha się idiotycznie zza papryki. Miłe ;).


Lotnisko w Stansted jest dość duże, przestrzenne, jasne. Idę na samolot (ubrana w adidasy, polar i płaszcz, poza tym przepełniona nadzieją, że jednak bagażu nie będą mi ważyć), może później jeszcze dodam ze dwa słowa ;). Tę noc spędzam u Paci i Grzesia, wyjadą po mnie samochodem ;). Gdyby ktoś kiedykolwiek potrzebował przenośnego domu, służę pomocą ;).


[PS, pisane w autobusie do Sanoka, następnego dnia, koło południa - by wyjaśnić wątpliwości niektórych] Część czytających może była za granicą w pracy, część pewnie słyszała o tym, jak jest w takich miejscach – zakładach pełnych emigrantów z Polski, w różnym wieku i z różnym stażem za granicą. Często nie jest lekko z tymi ludźmi, normą jest obgadywanie, brak życzliwości, złośliwość i chamstwo. Przez 2 miesiące da się 'być przyjacielem każdego', o ile się ma dobre podejście – często pobłażliwe, pełne zrozumienia, ale zdecydowanie nie uległe. Polubiłam dziwnych ludzi na UK Salad, oni odpłacali się godziwym traktowaniem, szacunkiem (zarówno wobec mnie, jak i moich próśb i decyzji) i zaufaniem. Ja nie miałam źle, i naprawdę ciężko było mi wszystkich i wszystko zostawiać. Myślicie, że po długości, po czasie trwania uczuć, odczuć, smutku, tęsknoty, można poznać ile coś dla nas znaczyło? To były dobre wakacje, dziękuję ;).


A teraz prośba - trzymajcie za mnie kciuki przez cały wrzesień najlepiej, bo mam dłuuuuugą sesję :P. Powodzenia wszystkim, uśmiech ode mnie ;).

wtorek, 28 sierpnia 2012

London 2012

Przexz ostatnie dni w Anglii zwiedzam Londyn - troche sama, troche z kuzynkami.

Ok, przyznaje, ze kobiety co innego mowia, co innego robia, a co innego mysla. Same maja przez to problemy. Traktujcie to jako cud wielofunkcyjnosci...

sobota, 25 sierpnia 2012

bye uk salad!

Wczoraj pakowałam paprykę z Kamilem. Znaleźliśmy w trejsie folię z kalafiora (w trejsach można wszystko znaleźć, parę dni temu znaleźli okulary. Normą są owoce i warzywa, zwłaszcza ziemniaki). Nadrukowany był na niej kraj pochodzenia - Poland. (Okazuje się, że Polska może być eksporterem kalafiorów.) Zaczęliśmy się śmiać, folia przechodziła z rąk do rąk, większość uśmiechała się ciepło. Rzadko się trafia. Polski się nie kocha tylko będąc w Polsce.



-Pani Gosiu?
-Noo, co tam, dziecko?
- pani Gosia może uczyć w nauczaniu początkowym, jest też katechetką. Nigdy nie pracowała, zajmowała się dziećmi w domu. Ja wkładałam paprykę na maszynie Hamzy - large vine, a pani Gosia stała na sześciopaku i obserwowała lecące pomidory. Dzieliło nas może półtora metra.
-Ja wiem, że tutaj większości osób nie obchodzę jakoś szczególnie, że oni mnie też pewnie mało obchodzą, że tylko pracujemy razem, że się lubię z większością, ale przecież zapomnimy siebie niedługo. To znaczy, będę was wszystkich pamiętała, wy mnie też, jak przyjadę za rok, to się raczej będą wszyscy cieszyć że jestem, ale przecież nikt tutaj się nie przywiązuje do ludzi, nikomu nie brakuje innych, zwłaszcza jak pracują dwa miesiące...
-No, masz rację, tak jest, ludzie przychodzą, odchodzą, zwłaszcza w takiej pracy.
-Wiem, że to jest normalne, wiem, że chcę wrócić na studia, że przez 90% czasu człowiek się zastanawia, co tutaj robi... Ale mam takie ciężkie serce, jak muszę wszystko i wszystkich dzisiaj zostawić. Jestem smutna i wiem, że to smutek tylko na chwilę. Ale jestem, strasznie, i mnie to denerwuje, bo nie wiem czemu tak.
-Asia, ciesz się, że uciekasz stąd, widzisz jacy tu są ludzie, po co cię tu? Nie myśl za dużo, idź wkładać paprykę. To normalne, że jesteś smutna, jak cię poznałam, wiedziałam, że będziesz.
- pomimo lecących pomidorów pani Gosia mnie przytuliła.



Dwa lata temu byłam przekonana, że żegnam się ze wszystkimi - na zawsze. W tym roku nic nie myślę.



-Eeee, Asia, chyba nie będziesz płakać. No, chyba, że za mną :P.
-Niee, no co ty, ja nie płaczę przecież
. - ja nie płaczę z definicji.



Jamal i Joe zaprosili mnie do pracy na sezon w przyszłym roku. Miło.



Nienawidzę końców. W niedzielę rano Londyn, w środę o 18 mam samolot do Polski. Bardzo dużo osób mi zazdrości. Dalej nienawidzę końców.

czwartek, 23 sierpnia 2012

it's raining cats and dogs i pani Grażyna

Pracuje ze mną pani Grażyna. Ma 51 lat, jest niska, szczupła, krewka i bardzo przeklina. Niesamowicie przeklina. Krzycząc i używając słów na 'k', które bywają też określeniem kobiety (myślałby ktoś, że na pakowalni takie pracują, ale nie wydaje mi się (cokolwiek bym czasem o ludzuach z pakowalni nie mówiła :P)).

Panią Grażynę poznałam w pierwszy dzień mojej pracy w tym roku - pakowałam z nią porcje. Przez 2 godziny nie odezwała się do mnie niemal ani słowem - to dość dziwne jak na nią i jak na typowe zainteresowanie świeżymi twarzami. Teraz wydaje mi się, że nie wiedziała jak mnie ugryźć - byłam niewątpliwie nowa, ale zaznajomiona z firmą i częścią osób. Po owych dwóch godzinach, poszliśmy na grejdę ogórkową. Wtedy usłyszałam pierwsze zdanie w moją stronę 'Hej, k***a, powedz temu, k***a, Jimmiemu, że ja nie stawiałam tu tego bina, tylko on już tu był, k***a, jak przyszliśmy'.

Panią Grażynę lubię (wydaje mi się, że z wzajemnością), mam do niej 'sentyment'. Opinie o niej na packhousie są różne. Dzisiaj (jak co dzień) pani Grażyna, absolutnie niczym nie sprowokowana (chyba chciała boxy, a kolega rozmawiał w tym czasie z kimś innym) rzuciła 'Hej, k***a, Stefan (kolega ma na imię Grzesiu), zaraz cię tak strzelę w tą zakutą pałę, że k***a mózg ci się po całym packhousie rozwali! K***a, o ile ty masz jakiś mózg!' Po czym uśmiechnęła się zadowolona z salw śmiechu - mojego, Grzesiowego i innych. Grunt to mieć dobre podejście do życia i do pań Grażyn :).



Poszłam wczoraj do sklepu - do ciapka (napiszę innym razem, albo dodam jakiś odnośnik. Oczywiście padało. Przed sklepem stała moja znajoma pani (lubię mieć znajome potrierki, sprzątaczki, ekspedientki etc.), która sobie ze mna pogadała. (Sorki za angielski, piszę szybko, bo muszę spać, i na pewno pomylę czasy).

'What a terrible weather, it's raining again, you dunno what to do..' - pani się też deszcze nie podobają.
'Yes, in the UK it's raining almost everyday. How do you say, 'it's raining cats and dogs'?' - chciałam zabłysnąć..
'oh, it's raining cats and dogs, yes, exactly, yes' - pani się zainteresowała i popatrzyła przed siebie
'?'
'oh, we don't really use this one. It's very old one, you know. I heard it for the last time at school, really. But it's good you know it. It's raining cats and dogs...' - po czym zaczęłyśmy rozmawiać nieco o wymowie, właściwie o tym, że Anglicy mówią strasznie niedbale, i nawet ludzie z innego rejonu kraju mają problemy z akcentem. I czym ja się przejmuję, wystarczy może 'pepper', 'cucumber', 'take off' i 'go home' :P.


Robię krzywdę. Sobie i innym, nieustannie. Nie wiem... .


Ledwo wytrzymuję na papryce. Dwa dni w pracy :(. :((.