Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ankiety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ankiety. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 marca 2014

głupia ankieta

Mogłabym jakoś to ładniej ubrać, w szatki wyjęte wprost ze słownika języka polskiego, dorzucić kokardę metafory i obsypać epitetowym brokatem - ale chyba nie mam nastroju. Zostaje niemal goła sytuacja, która - choć jest dokładnie tym, czym się wydaje - wcale nie ma wytatuowanej na plecach mapy z rozwiązaniem. Sytuację tą zna niemal każda osoba, z którą mam kontakt; pewnie łatwo ją także odgadnąć po samym czytaniu bloga.

Zatem - zapraszam do ankiety ;). Proszę tylko o prawdziwe, w miarę przemyślane odpowiedzi (wszystkie pasujące), a nie dyktowane chwilą, oparte na mędrkowaniu na tematy, o których się nie ma pojęcia. (nawiasem pisząc, nie będzie miała na nic wpływu, po prostu jestem ciekawa ;) ).

Gdyby ktoś miał mi coś do powiedzenia - ucieszą mnie komentarze, albo dowolna inna forma kontaktu.

niedziela, 9 marca 2014

Efektywna praca

Próbowałam od kilku dni napisać nowego posta, ale wychodziły mi zawsze straszne smęty, nadające się tylko pod klawisz 'delete'. Podsumuję za to ankietę o pracowitości w zależności od pory dnia.


Na 3 roku (o zgrozo - pamiętam rok po projektach, jakie wtedy robiłam!), w trakcie sesji zimowej stwierdziłam, że o wiele lepiej pracuje mi się w nocy niż bezpośrednio po powrocie z uczelni (który często również nocą wypadał. Zima.). Siadając jednak do projektu o 22 (po całym dniu na uczelniach), nie dało się być produktywnym dłużej niż do 1:30, zakładając ponadto wstawanie o 7 ileśtam, nawet ta godzina była mało logiczna. Wypracowałam zatem system zasypiania koło 18, budzenia się w okolicach 21, załatwiania herbatek towarzyskich i pracy do nocy (lub do rana, z przerwą 3 godzinną koło 2, na spanie). System może nie był idealny :P, jednak pozwolił mi zaliczyć 5 sesję. Co więc ma w sobie ta magiczna noc?
Wydaje mi się, że są to 3 rzeczy. Przede wszystkim nocą człowiek zdążył odpocząć od wrażeń dnia, myślenia uczlenianego, organizacyjnego, i każdego następnego. Jest spokojny, najedzony, w sam raz gotowy do kolejnego wysiłku umysłowo-manualnego (eee, klikanie myszką :P?). Drugim ważnym elementem jest względny spokój - gdy nie słychać sąsiadów śpieszących z obiadem, gdy już nie wpada się na niezapowiedziane, a uwielbiane herbatki (chyba, że do Energy 1008, ale to było przynajmniej rok później), gdy nikt nie zawraca głowy, a ciemność i cisza oblepiają, dociskając myśli do problemu. Po ostatnie - noc ma to do siebie, że po niej następuje poranek, który wiąże się często z oddaniem projektu, albo pisaniem czegoś. Nic tak dobrze nie motywuje jak deadline :P.
Takie są podejrzewam także motywacje osób, które opowiedziały się za nauką nocą - a zrobiło tak 5 z 8 osób biorących udział w ankiecie. Ku mojej radości, 3 osoby (dwie oprócz mnie ;) ), również z ochotą pracują między 5 a 8 rano. To okres, w którym jestem w stanie zrobić najwięcej - tylko trzeba wstać i być w miarę wyspanym (z czym, jak wiadomo, jest problem :P). To w ogóle klucz do efektywnej pracy i nauki - wyspanie się, równowaga i brak pochłaniających myśli problemów.


(Też macie wrażenie, że to post bez sensu?)

poniedziałek, 17 lutego 2014

Bożonarodzeniowa ankieta

Przydałoby się podsumować ankietę związaną ze Świętami Bożego Narodzenia. Nie ma to większego sensu teraz, gdy do grudnia daleko i gdy wszystkie świąteczne odczucia dawno zostały zastąpione czymś nowym. Myślę, że część osób zastanawia się, dlaczego zrobiłam w ogóle taką ankietę :P. I wybaczcie - post będzie pełen oczywistości, ale skoro już zostały spisane, to niech zostaną :).

Pytanie wiązało się z nastawianiem się ludzi na różne okazje. Odkryłam kilkanaście dni temu nagranie ze skoku Felixa Baumgartnera - na spadochronie ze stratosfery :). Jako jednostka nieco wrażliwa, oglądałam je trzęsąc się niemal (eee, nie wiem z czego - ze strachu, z podziwu dla odwagi i dążenia ludzi do pokonywania granic?), jednak moją postawę skontrował kolega. Wyjaśnił mi, że tego typu dokonania/filmiki nie robią na ludziach takiego wrażenia, jak powinny, bo każdy często spotkał się z podobnymi, choć nierealnymi obrazami. Jako siewców mocnych bodźców podał kino i internet - miejsca, gdzie można odnaleźć wszystko, właściwie bez ruszania się z miejsca, które dostarczają wrażeń, emocji, wiedzy i widoków. Przez co właśnie te realne rzeczy tracą na znaczeniu, stają się bezbarwne, zwyczajne - nawet jak w obiektywnej skali są Wielkie. (tak w nawiasie - czyż nie o tym poniekąd mówi religia katolicka, zakazując seksu przed ślubem?)

Dzieje się tak z wieloma rzeczami, które nam się przytrafiają - mają swoje idealne, wspaniałe odpowiedniki, pokazane i dostępne z najlepszych stron. Nie odkrywam tu Ameryki, to temat często ostatnio poruszany. Problem zaczyna się w momencie, gdy to wystarcza - gdy świat obok staje się banalny, bez dostatecznego wyrazu, nie taki, jak oczekujemy. Powoduje to złość, smutek i rozczarowanie - no i brak ochoty, by cokolwiek zmieniać (bo, swoją drogą, jest to jedna z ostatnich rzeczy, jakie ludzie narzekający chcą robić :P). Cóż poradzić, świat koło nas jest wyposażony w nieidealnych ludzi, w nieidealne chmury, w nieciekawą pracę, przyćmione kolory (za to w całkiem ładny smog).

Z drugiej strony tylko od nas zależy, jak będziemy postrzegać rzeczywistość. 'Nieidealne' na pewno nie jest synonimem słowa 'złe', jest raczej czymś, co ma kilka wad. Te wady zostawiają jednak nam także pewien margines błędu, pozwalają nam nie być idealnymi. Ten nieidealny świat jest pełen piękna w każdej postaci (pięknych widoków, pięknych ludzi, pięknych gestów, pięknych wspomnień) - dzięki temu jest różnorodny (popatrzcie - zwykło się mówić, że bryłą idealną jest kula. Jest też bryłą niesamowicie nudną, bo określa ją jedynie promień. Mamy za to nieskończenie wiele brył nieidealnych, charakteryzowanych różnymi parametrami, długościami, kształtami.). Jeśli ktoś oczekuje perfekcji na każdym kroku, nigdy jej nie dostanie.

Wracając do Świąt Bożego Narodzenia - jest to czas bliski sercu większości ludzi, z powodów przede wszystkim religijnych i kulturowych. Także jest to okres, w którym oczekujemy miłych doznań, rodzinnej atmosfery, odpoczynku, obiecywanych nam przez filmy familijne i reklamy kaw. A wychodzi jak zwykle :P, i właśnie ta zwykłość (ganianie, gotowanie, złość, ostatnie chwile i odśnieżanie z uśmiechem na ustach w stronę nieznanej familii) przygnębia. Święta męczą, tym bardziej, im bardziej oczekujemy odpoczynku i magii. U mnie w domu zdecydowanie nie jest idealnie, ale zdaję sobie sprawę, że jest wiele domów gorszych. Rzecz w tym, by nie mówić wszystkim, że święta są do bani, nie iść z kwaśną miną na Wigilię, czekając tylko, aż ta się skończy. Zaakceptować.

Tak ogólnie, dwa rozwiązania przychodzą mi do głowy - po pierwsze, trzeba nazywać rzeczy po imieniu. Od razu oczekiwać tego, co znamy z doświadczeń, a nie przyjemnego obrazka, który chcielibyśmy powiesić na ścianie wspomnień. Po drugie - nie jesteśmy drewienkami wrzuconymi do rzeczki, a kowalami swego losu. Coś nam się nie podoba - trzeba to zmienić, przynajmniej w tym małym zakresie, który zależy od nas.




Tak w ogóle, jeśli ktoś ma wrażenie, że post jest na 5 różnych tematów, z których nie skończyłam żadnego - macie 100% racji. Następny będzie lepszy, postaram się ;). Nie wiem, czemu ankieta jest nieco szara - ale mój komputer tyle ze mną wytrzymuje, że czasem mogę mu wybaczyć fanaberie ;). 


PS Słowem rządzącym tym postem jest 'idealny' :P.
PPS Mam coś, co nazywa się 'przechodzone zapalenie oskrzeli', cokolwiek to jest.

sobota, 7 grudnia 2013

Słowa i słówka, czyli ankieta pojęciowa

Jedną z oznak zmian, które następują w ludziach jest zmiana języka, jakim się posługują. Rozpoczyna się od zmian prostych, oczywistych dla każdego - dziecięce gaworzenie przechodzi w proste słowa, początki władania językiem narodowym. Z kolei ów język narodowy szybko wzbogaca się w elementy slangu podwórkowego, czy nowe, tajne hasła, wymieniane przez rodzeństwo, a obce rodzicom. Dorastając, tak drastycznych przejść jak pomiędzy 'mama daaa ciu?' a 'mama, daj mi cukierka!' jest coraz mniej, za to systematycznie dochodzą nowe słowa i pojęcia. Po epitet, stawonogi, monsun i stożek wystarczy lekko wyciągnąć rękę, za to na egzotyczną wycieczkę zabieramy weltshmerz, RNA, nihil novi i granicę szeregu. Im dalej posuwamy się w doświadczeniach, tym więcej jest słów, których używać na co dzień nie potrzebujemy. Zazwyczaj nazywają po prostu pojęcia abstrakcyjne (o które ciężko się potknąć  gnając rano na tramwaj), poza tym naturalnym jest, że im bardziej niszowego słowa użyjemy, tym mniej osób ma szansę je znać. Nadchodzi dzień, gdy zaczynamy swobodnie i świadomie używać wulgaryzmów. 

Dochodzi się także do momentu, w którym idzie się na studia. Droga do magisterium usiana jest słowami dziwnymi, które na początku stanowią przeszkody, a przy końcu pewne i solidne stopnie, po których trzeba stąpać do celu. Poznaje się masę słówek, które nagle zaczynają jeszcze lepiej opisywać fragment rzeczywistości, która dla całej reszty świata jest złożona z kilku raptem rzeczowników. Zaczyna się zauważać podciągi i pylony, podobieństwa życia do funkcji matematycznych, zjawiska chemiczne czy fizyczne w relacjach międzyludzkich - i dwa języki powoli mieszają się i uzupełniają.

Zwrócono mi kiedyś uwagę (i myślę, że w zdaniu 'za mało Cię teraz znam żeby rozumieć o czym tam piszesz' jednak o to nie chodziło), że w niektórych postach używam za dużo słów i analogii (hmm, naukowych?), których nikt nie jest w stanie do końca zrozumieć (przyznam, że i mi się to zdarza po jakimś czasie :P). Zwłaszcza wypomina mi się aproksymację i interpolację, które są niezrównane w wielu opisach :P. Jestem mieszanką dość szczególną, chciałam zatem sprawdzić, na ile czytelnicy (czyli Wy :) ) znają zwroty, których mogłabym użyć przy jakiejś okazji. 

W zestawach mogliście się przyznawać do ogólnej znajomości:
A. Ściskania mimośrodowego albo krzyżulca  - budownictwo
B. Miareczkowania lub acetylenu  - chemia
C. Operatora nabla lub aproksymacji  - matematyka


Wyniki ankiety trochę mnie zaskoczyły, ale wszystkim trzynastu osobom dziękuję za udział ;). Pierwszym nasuwającym się wnioskiem jest to, że bardzo dużo (bo aż 9!) osób zna się na chemii. Myślę, że albo słowa były łatwe (bo w sumie było i o acetylenie i o miareczkowaniu mówione już w gimnazjum (jestem na bieżąco :) ), ale kto pamiętałby te definicje do tej pory :P), albo mam bardzo mądrych czytelników :P. Chemików się nie spodziewam wielu, niestety. Gratuluję tym, co znają coś z każdej działki ;), poza tym ciekawi mnie osoba orientująca się w budownictwie a nie znająca aproksymacji :P. Z kolei ktoś, kto zaznaczył 'żaden' jest po prostu człowiekiem, który nie studiuje ścisłych kierunków - uśmiech dla tej osoby, jesteś jak najbardziej mile widziana ;).

Z ankiety generalnie nie wypłyną żadne zmiany - nie zmienię na pewno mojego sposobu pisania ani wypowiadania się (w gruncie rzeczy bardzo go lubię), a po wynikach widzę, że nawet bardzo to nikomu nie powinno przeszkadzać. Mili mi są wszyscy, którzy czytają to, co sobie czasem piszę, mam nadzieję, że pomimo pewnych trudności da się je czytać z przyjemnością ;).


Nie odpowiadam na maile, nie mam czasu na większość rzeczy - weekend pod znakiem wykresów.

poniedziałek, 25 listopada 2013

ankieta po prawej

Zapraszam do głosowania w nowej ankiecie po prawej ;). Jest zbyt skomplikowana, by opisywać ją w malutkim okienku po lewej, zatem instrukcja poniżej.

Dostępne są trzy zestawy, po dwa wyrażenia. Jeżeli znasz choć jedno z dwóch wyrażeń w zestawie, i jesteś w stanie cokolwiek powiedzieć na jego temat (np. co to jest?), zaznacz tą opcję (lub jej mix). Nie patrz przy tym do wikipedii, nie używaj internetu ani współlokatora :P.

1. Ściskanie mimośrodowe, lub krzyżulec
2. Miareczkowanie, lub acetylen
3. Operator nabla, lub aproksymacja

Przyjemnego odpowiadania :P

PS 'Miareczkowanie' to nie jest odmierzanie czegoś za pomocą miarki, a acetylen to nie to samo co aceton w zmywaczu do paznokci :P.

PPS Jeśli znasz choć jedno wyrażenie z każdego zestawu, zaznacz odpowiedź 'wszystkie' :).

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Bye Ripley!

Długo nie pisałam - albo raczej dużo się wydarzyło, od ostatniego posta. Byłam trochę zajęta czymś, co można nazwać 'kończeniem Anglii i zaczynaniem Polski' (chociaż w tym momencie uświadomiłam sobie, że nie dostałam P45 z pracy..), ale chyba bardziej chodzi o to, że nie miałam nastroju na pisanie.

Jak już wszyscy pewnie wiedzą - jestem od wczoraj w Polsce. Ryanair się postarał i samolot na płycie lotniska był 20 minut przed planowanym przylotem, co pozwoliło mi bez problemu dostać się dziennymi autobusami do docelowego miejsca noclegowego. 20 minut wcześniej mogłam przerwać nieco bezcelowe i przygnębiające zajęcie - wspominanie ostatnich 7 tygodni pobytu w kraju rządzonym rzez królową, deszcz i bawarki...

...Zanim dotarłam na lotnisko w East Midlands, odwiedziłam po raz ostatni Belper River Gardens. Nie wypożyczyłam tam łódki, nie zapozowałam do zdjęcia, za to zjadłam angielskiego loda z kawałkiem czekolady. Potem zostałam zaproszona po raz ostatni na fish and chips z czymś, bez czego podobno nie ma prawdziwych frytek - mushy peas. Spakowałam mój o 3 kg za ciężki bagaż podręczny, wylałam przypadkiem bawarkę na ścianę i pełna łatwych do odgadnięcia uczyć dałam się odwieźć na lotnisko.

Wcześniej miałam ostatni dzień w pracy, spędzony na porządkowaniu biurka i przepustowej podkładki. Dostałam kartkę z życzeniami od wszystkich, a John podarował mi chyba najbardziej niespodziewany prezent w życiu - serwetę z Nottingham :P. Następnie była kolacja, na którą zaprosiła nas Betty, powrót do domu wśród brytyjskiej nocy.


Przechodząc do czwartku, piekłam ciasteczka, by poczęstować wszystkich w pracy....


Można tak cofać się w nieskończoność, a raczej w 24 lata życia. Codziennie trafiają się nowe rzeczy, zwykłe, znamienne, zwykłe, które są znamiennymi, codziennie przychodzą nowe miejsca i nowi ludzie, których się oswaja. O oswajaniu dość się już Exupery nawypisywał, zmieniłabym tylko 'ryzyko łez' na 'pewność łez'. I poczucie odpowiedzialności za łzy innych, za wyciąganie ich na środek jeziora i zostawianie tam, bo przecież nauczyli się pływać w drodze 'tam'.

Ostatnia ankieta była zrobiona na moje własne potrzeby. Będąc w Anglii zorientowałam się, że mam za sobą mieszkanie w kilku miastach. Sanok, Waltham Cross, Kraków, Harlow, Compiegne i Ripley, wszędzie minimum 7 tygodni. To nie jest pewnie dużo w skali migrującego świata, równocześnie żadna z siedmiu pozostałych ankietowanych osób mi nie dorównała. To także wystarczająco - wystarczająco by nie gubić się w mieście, ale też wystarczająco, by poznać ludzi z którymi się mieszka, by przyzwyczaić ich do siebie, i przy odrobinie woli wystarczająco, by ich poprowadzić.


 Sześc początków, w tym kilka wyposażonych w koniec. I w głowie miliony obrazów, ulic, domów, parków, 'których już nie wiem, gdzie leży mieszkanie'. Podróż (a chyba tak powinnam nazwać wszystkie wyjazdy z 'domu') to silne i nowe przeżycie, które coś zmienia w człowieku, pokazuje mu nowe możliwości, otwiera, pozwala nabrać dystansu. Daje nowy początek. Zwłaszcza, jak się ma dokąd wrócić, chociaż po jakimś czasie nie wie się jednak, gdzie jest miejsce, które najbardziej pasuje do definicji 'domu'. 'Bom wszędzie cząstkę me duszy zostawił', zamieniając ją na cząstki dusz innych.





Przepraszam, post strasznie chaotyczny i nie napisałam wszystkiego, co chciałam. Powroty robią swoje. Miłej nocy wszystkim :)

poniedziałek, 25 marca 2013

Stała Plancka

Sesja pozostała za nami daleko w tyle, a studenci (5 roku politechniki przykładowo) pogrążają się w błogim nicnierobieniu (jak to się pisze, z pauzami?), tak znajomemu ich rówieśnikom na innych kierunkach (no dobra, przesadzam trochę, ale na budownictwie czas (czyli 5 przedmiotów zamiast 11, coby niektórych wyobraźnia nie poniosła :P) ma się tylko na 2 semestrach, 7 i 10 :P). Gramy w gry, oglądamy filmy po nocach, jeździmy na głupie wycieczki (mój pomysł wyjazdu na kebaba na prokocim został zbojkotowany niestety) - jest to naprawdę taki dobry, jeszcze w miarę spokojny czas (chociaż magisterka już się czai za plecami i każdy zastanawia się, gdzie będzie za rok o tej porze).

Jeszcze w sesji, ucząc się na jakiś chemiczny egzamin, zahaczyłam o stałą Plancka (co wybitnie trudne nie jest, chyba tylko pi i e częściej się trafiają :P). Używa się jej przede wszystkim w chemii i fizyce kwantowej, towarzyszy światłu, metodzie XPS, równaniu schroedingera, funkcjom falowym, i wszystkiemu, gdzie się tylko kwanty przewijają. Nie jest obca, nie jest jakoś przesadnie egzotyczna, ale wystarczająco odległa, by nawet studiujący kierunki ścisłe mieli o niej nikłe pojęcie.

Tu dochodzę do sedna problemu. Istnieje pewna grupa pojęć, wiadomości, które powinien znać każdy dorosły człek, a już zwłaszcza ten po studiach. Teraz, przez nadmiar testów, przez szał sprawdzania wszystkiego co się da, przez ogrom teorii do opanowania, często się zapomina, że dziecię po jakimś etapie edukacji winno mieć konkretną wiedzę. Niekoniecznie powinna być zaawansowana i dotycząca jakiejś określonej dziedziny, ale powinna obejmować 'zasady życia na świecie'. Przykładowo budowa tasiemca albo mRNA (:P) jest niewątpliwie kluczowa w skali rozwoju cywilizacji, ale lepiej bym się czuła umiejąc nazwać w parku drzewo, które nie jest wierzbą albo brzozą. Przykład jest cokolwiek źle skonstruowany (bo drzewa kojarzą się z podstawówką, a RNA to już liceum), ale nie umiałam się oprzeć biologicznym kosmosom ;). Przeładowanie ilości materiału do przyswojenia nie utrwala wiedzy ani nie zwraca uwagi na ważne jej fragmenty. W efekcie umie się rzeczy z przypadku (bo 'akurat był sprawdzian z tego', ewentualnie 'pani się uparła'), albo nie umie się ich wcale.



Czuję to dotkliwie na studiach - gdzie to właśnie pani od 'metod matematycznych w mechanice' upiera się przy wyprowadzaniu dowodów czegoś, czego przeciętny student nawet nie jest w stanie wymówić, a obsługa wytłumaczonej łopatologicznie na AGH transformaty Laplace'a zdaje się wymagać co najmniej doktoratu z matematyki. W siedmiolatka nie rzuca się trygonometrią (choć daję słowo, że z niektórych przedmiotów próbują), a w studenta 10 książkami naraz. Może kiedyś ktoś wpływowy dojdzie do wniosku, że posługiwanie się nauką jest jak posługiwanie się mapą. Jeśli chcemy gdzieś dojść, najpierw trzeba obejrzeć dobrze całą okolicę, w małej skali, bez wszystkich szczegółów. Dopiero potem wchodzić głębiej, w detale, w uliczki, w dużą skalę.

Odbiegłam trochę od mojej ankiety - chodziło w niej o to, czy za często spotykanym kawałkiem wiedzy idzie zrozumienie, pewność, wiedza, czy po prostu sobie jakoś przemykamy bokiem :P. Moja odpowiedź to [cytuję]: '6,cośtam razy 10 do jakiejś potęgi', ale szczegóły owiane są nieciekawą tajemnicą. Uważam, że to i tak nieźle :P, chociaż przykładowo stałej Boltzmana nawet bym do działu nie potrafiła przypisać. Ciekawe, czy to jedna z tych rzeczy, które powinnam wiedzieć?



Skupiając się jednak na wynikach - mam dość mocne podstawy, by twierdzić, że w ankiecie odpowiadali ludzie wykształceni - i pewnie nie tylko w kierunkach ścisłych. Moje '6 z kawałkiem...' nie wypada na tym tle najgorzej - żadna z 14 innych osób nie znała dokładniejszej wartości stałej, a 3 wykazały się wiedzą podobną do mojej. 8 słyszało o tym pomniku planckowym, z czego 2 chciałyby zgłębić jego sekrety. Ściskam (na ile internet pozwala) 3 osoby, które o najważniejszym h w fizyce nie mają zielonego pojęcia, ale wykazują dobrą wolę i zainteresowanie ;). Cóż, przecież i tak nikt by jej nigdy w celach użytkowych z pamięci nie pisał... :).




U mnie latanie, przede wszystkim po paniach z AGHowego sjo, które nie wierzą w moje umiejętności językowe i nakazują mi chodzić na niebotyczną ilość zaległych semestrów języka obcego (na które oczywiście w planie zajęć miejsca już nie ma). Panie z politechniki z kolei muszę przekonać, że wil nie od macochy i certyfikowany egzamin B2 z angielskiego powinniśmy móc zdawać. Wyjaśni się koło środy, mam nadzieję. Postaram się przed świętami dodać kolejną ankietę, może ktoś ma pomysł? Miłego dnia wszystkim :).

PS Miałam system przeinstalowany w ten weekend i chyba jeszcze nie dograłam wszystkiego, do czego się przyzwyczaiłam. Brakuje chyba jakichś wtyczek w chrome, bo nie mogę zrobić większych i wyśrodkowanych zdjęć. Będę nad tym pracować, póki co musi Wam wystarczyć powyższe.

środa, 6 marca 2013

too much

By zacząć jakoś ładnie tego posta, zastanawiałam się przez chwilkę, czy sformułowanie 'too much' można  zinterpretować pozytywnie. Nie poświęcałam może temu szczególnie dużo uwagi, ale wyszło mi, że czego by się nie miało 'za dużo', zawsze będzie źle (to chyba najmniej odkrywcze zdanie w całej historii bloga :P). Za dużo czekolady - ból brzucha. Za dużo snu - paradoksalnie zmęczenie i rozleniwienie. Za dużo witamin - hiperwitaminoza. Za dużo miłości?

'Too much love will kill you' - to tytuł popularnej piosenki zespołu Queen (miałam na nią fazę w tamtym roku, kto przebywa blisko, ten wie :P). Jest bardzo ładna; nawet można napisać, że bardzo mocna ze względu na wrażenia jakie zostawia i przekazywane emocje. Kiedyś, jednego wieczoru, w pokoju powstał pomysł na ankietę - 'Czy uważasz, że zbyt dużo miłości cię zabije?'

Piosenka (jak można przeczytać w internecie) powstała, gdy rozwodzący się Brian May postanowił hmmm, opisać swoje uczucia? Fakt, że tekst poniekąd opowiada o wyborze pomiędzy kochanką a ukochaną pozostawioną za sobą, ale w bardziej ogólnym kontekście opisuje człowieka w depresji, którego przerosła sytuacja, której sam jest autorem. Przyznam, że ten podstawowy sens piosenki 'odkryłam' dopiero na potrzeby pisania posta :P. Jakieś 'lover' się co prawda przewijało, ale ogólna złość, smutek, pain i victim w refrenie przykrywają dość skutecznie osobową kochankę.

Gdy pierwszy raz słuchałam piosenki w charakterze innym niż tło, uderzył mnie refren 'too much love will kill you' i wszystko, co następuje. Za dużo miłości - odbierałam jako za dużo pasji, za dużo siebie, za dużo mocnych emocjonalnie uczuć. Piosenka woła umiaru!, UMIARU! - bo będzie źle, bo za wszystko trzeba zapłacić - najczęściej sobą. Nie ginie się z miłości jak książę w walce ze smokiem, jak ckliwe niewiasty z książek, jak kochankowie po zażyciu trucizny. Z miłości ginie się, bo ona wysysa, bo zaczyna panować nad człowiekiem, przejmować jego myśli, podsuwać nowe cele, podawać pragnienia, bo nie pozwala się skupić na niczym innym prócz siebie - nie dając w zamian spełnienia (w końcu jest too much :P). Za dużo miłości, za dużo pasji, uczucia, gorączki - może zabić człowieka, albo przynajmniej jego dużą część.




Tak to sobie myślałam na temat śmiercionośnej miłości. Jak widać z wyników ankiety, 72% osób sobie coś a propos niej pomyślało, bo uznało, że słowa są prawdziwe. Jedna zgadza się ze stwierdzeniem bezwarunkowo, a dwie odwołują się do autora. Dziwne, że nikt nie zaznaczył odpowiedzi na nie, chyba too much jednak działa na wyobraźnię ;).

niedziela, 10 lutego 2013

Ankieta imprezowa

Dzisiejszy  post powstał z okazji pierwszej 'wolniejszej' soboty, a także korzystając z czasu, gdy to robot przeliczał mój projekt z modelowania komputerowego (ładny domek mi wyszedł, muszę przyznać :), chociaż za wykresy sił przekrojowych w krokwiach nie dałabym złamanego gorsza. Jutro mechbud). W końcu podsumuję ankietę :)!



Dotyczyła ona imprez i motywów ludzi chcących się w towarzystwie rozerwać. Wprowadzając w temat mogę powiedzieć, że młodość (która osiąga swoje apogeum na studiach) sprzyja zabawom, tańcom, niczym nie skrępowanym hulankom, które na ogół są przyczyną radości i odpoczynku jednego dnia, a bywa, że udręki dnia następnego. Wydaje mi się, że jeśli ktoś nie lubi chodzić na imprezy, to dlatego, że po prostu nigdy nie trafił albo na swoje towarzystwo, albo na swój rodzaj zabawy. Zdarzają się bowiem różne - od akademikowego grania w grę, które przeradza się w karaoke i skakanie po łóżkach, przez domówki aż do wyjść do klubów, nawet bardzo oddalonych (ENERGY przykładowo). Nie każdy musi lubić dzikie pląsy na parkiecie pełnym obcych, ale spokojnie imprezą nazwałabym także 6-osobową zabawę w gronie dobrych znajomych, gdzie wszyscy się dobrze czują i wesoło spędzają czas. W tym kontekście 'nie lubienie imprez' wydaje mi się celowym nie wyciąganiem ręki do świata, który daje nam cukierka :P.

Zatem, skoro już ustaliłam (:P), że imprezy są raczej pożądane (jedna Osobo!, poszukaj sobie proszę jakiegoś fajnego towarzystwa, bo dużo tracisz), czas zobaczyć, dlaczego tak się dzieje. Wyniki są cokolwiek zaskakujące, bo okazało się, że najwięcej głosów przypadło wódce, piwu i kompanom :P.

Zastanawiałam się kiedyś chwilę, jak to zinterpretować, bo na pierwszy rzut oka wygląda, że ludzie chadzają na imprezy tylko po to, żeby się napić/upić - a chyba tak do końca to nie jest prawda. Alkohol stał się co prawda niemal integralną częścią takich spotkań (łatwiej się rozmawia, człowiek czuje się trochę inaczej niż zazwyczaj, ma często lepszy humor, jest bardziej odważny, gotowy robić rzeczy, nad którymi by się za długo zastanawiał normalnie, ...), ale jednak wciąż można bawić się bez niego (cokolwiek by niektórzy nie myśleli - nie piją kierowcy i inny, którzy po prostu nie chcą. To normalne i akceptowalne :) ). Poza tym, jeśli przyjmiemy, że ludzie normalnie nie piją, a robią to tylko podczas spotkań towarzyskich, wcale to tak źle nie wygląda, i może być 1/3 powodów, dla których na imprezę się wybieramy. Chociaż, jak wiadomo, przesadzać nie można :P.

Dalej uplasowały się inne przyjemne aktywności - taniec, zabawa, spędzanie czasu z ludźmi, których znamy, a z którymi pewnie czasem nie ma kiedy porozmawiać albo pobyć. O ile pogadać jeszcze sobie można w dowolnych okolicznościach, to taniec jednak ma pewne wymagania, i dla niego na imprezy chodzi co najmniej 1/3 dobrowolnie ankietowanych. Wyjście na imprezę ponadto odstresowuje, i jest aktem woli osoby idącej (ja chyba tak to rozumiem - że ktoś czuje kontrolę nad własnym życiem, sam decyduje, co robi wieczorem, czy się upije, z kim będzie tańczył, wybiera sobie aktywności-przyjemności). Mało osób za to czuje się niejako siłowo zobowiązanych towarzysko do uczestniczenia w zabawie.

Pisząc teraz podsumowanie ankiety, wydaje mi się, że jednak najważniejsze jest bycie razem ze znajomymi, bliskimi osobami, przeżywanie radości, poczucie bycia na miejscu - dostosowanym do naszego wieku, zdrowia, chęci i potrzeb. Nie ma co demonizować bawiącej się młodzieży, o ile ta nie robi sobie nawzajem i innym krzywdy ;).

Tak poza tym (o dziwo pasuje to do tematyki posta) dowiedziałam się dzisiaj, że melina na akademikach (Mordor) ma swój fanpage na facebooku :P. Bądźcie czujni, wkrótce nowa ankieta ;).

Powodzenia wszystkim, którzy mają jeszcze sesję :).

środa, 10 października 2012

Make a wish

Powoli robię porządek z zaległymi ankietami. Na pierwszy ogień niech pójdzie ta najłatwiejsza - o życzeniach urodzinowych :) (wymyślona tak w ogóle przy okazji urodzin M. w czerwcu :P). Chyba chciałam napisać jakoś inaczej to wszystko, ale wyszło tak :P. Cieszcie się! (hmm, to takie tłumaczenie 'enjoy' :) ).

Jak wszyscy wiemy, życzenia człowieka wiele mówią o nim samym. Poza nielicznymi przypadkami, jednak wcale nie różnimy się w tym, czego sobie życzymy. Zdrowie, szczęście, miłość, przyjaźń, pieniądze... - w końcu jesteśmy jednym gatunkiem. Im jednak idziemy głębiej, myślimy o szczegółach, opisujemy, okazuje się, że niektórzy chcą wygrać w totolotka, inni chcieliby znaleźć w parku walizkę pełną pieniędzy, kolejni pragną pracy pozwalającej im wpaść co najmniej w drugi próg podatkowy, a w końcu są tacy, którzy chcą móc zapłacić rachunki i nie jeść codziennie zupy jarzynowej w charakterze obiadu.

Inne są życzenia dzieci - gdzie często nie ma spraw niemożliwych (kiedyś naczelnym życzeniem było zostać księżniczką, teraz dostać tableta. Przypatrzcie się, moim zdaniem oba są takie same, co najwyżej odpowiadają innym czasom). Możemy na tej podstawie stwierdzić, jak bardzo posunęliśmy się w naszej dorosłości, na ile nasze marzenia wypowiadane przy tej szczególnej okazji, są realne i związane z naszym obecnym życiem. Czy w ogóle myślimy o czymkolwiek - bo nie zdziwiłabym się, gdyby dużo osób nie myślało o niczym :P.


Nie wiem, czy marzenia się spełniają. Albo inaczej - mając te 23 lata nie jestem w stanie wierzyć, że mają większą szansę się spełnić, bo pomysłowi towarzyszyło zdmuchiwanie świeczek powtykanych w domowej roboty placek. Jest to jednak szansa, żeby pomyśleć o czymś konkretnym - a pomysł to pierwszy krok do działania i realizacji.

Na 18 urodziny pomyślałam sobie 'chcę być dobrym, mądrym i szczęśliwym człowiekiem' (tak w ogóle zastanawiałam się jakiś czas wcześniej, co sobie wymyślić na taką 'wyjątkową' okazję, i to było zdaje się najlepszym pomysłem) - chyba za 60 lat będę mogła powiedzieć, czy mi się spełniło :). Tak jak większość z Was o swoich życzeniach :). Tak w ogóle wszystkim (zwłaszcza ostatnio świętującym :) ) życzę spełnienia wszystkich marzeń :P. I może świeczki jednak mają jakąś moc?

czwartek, 10 maja 2012

Antykoncepcja

Oczekując na zdjęcia z wycieczki, i darując sobie wykład z prawa energetycznego (który prowadzi w przenudny sposób skądinąd kochany dziekan) napisałam podsumowanie starej ankiety - na temat zapobiegania niechcianemu przeludnieniu naszej planety. Póki co, zostawiam jedno zdjęcie z Chorwacji - było prześlicznie ;).


Po pierwsze - dziękuję za wspaniałą frekwencję - przyjemnie się pisze mając różnorodne opinie tych 15 osób :). W charakterze standardowego, banalnego wstępu do tematu mogę napisać, że pewnie większość z nas kiedyś by dziecko mieć chciała. Z tym nierozerwalnie łączą się dwa pojęcia - odpowiedzialność za nowe, patrzące niebieskimi oczętami Życie, oraz seks, który jest tego Życia bezpośrednią przyczyną. W tym kontekście seks i odpowiedzialność automatycznie świat łączy w jedno słowo - antykoncepcja. 15 ankietowanych dobrowolnie osób zgadza się, że trzeba w jakiś sposób zapobiegać ciąży (szkoda, że Grawciu nie głosował :P) - na pewno nie każdej, ale tej z wielu powodów 'nieplanowanej'. (I niech mi się nikt nie obrusza na 'nieplanowość' - 7 dni w towarzystwie dziewczyny z położnictwa utwierdziło mnie w przekonaniu, że kwas foliowy powinien być lepszym przyjacielem kobiety niż magnez musujący i ibuprom :P - do ciąży trzeba się przygotowywać i dbać o siebie zarówno przed nią, jak i w trakcie. Bez sensu niepotrzebnie ryzykować zdrowie owego rozwrzeszczanego Życia. Ale to obszerny temat, na kiedyś na porozmawianie).


W ankiecie dało się wybrać kilka odpowiedzi, więc spokojnie mogę napisać, że czytelnicy preferują zapobieganie ciążom w sposób cokolwiek doraźny - młodzi jesteśmy :P. 3 osoby nie chciałyby używać prezerwatyw, z czego jedna pewnie z powodów 'religijnych' (nie wchodzę specjalnie w religię, światopoglądy i bardziej 'filozoficzną' stronę tematu, bo już bym z nich nie wyszła :P). 1/3 osób popiera chyba najwygodniejsze dla kobiet stosowanie tabletek antykoncepcyjncyh, tyleż samo nie ma nic przeciwko prowadzeniu kalendarzyka (są nawet specjalne programy komputerowe, stworzone do tych celów). Wstrzemięźliwość jako metoda zapobiegania ciążom jest zdecydowanie najpewniejsza (ludzi wiatropylnych na Ziemi nie uświadczy), jednak generalnie w życiu chyba nie o wstrzemięźliwość chodzi.

A tak naprawdę cokolwiek bym tu nie napisała, i tak wybór metody antykoncepcji zależy od decyzji podjętej przez parę, ewentualnie od możliwości w danym momencie ;). Chciałam tylko zauważyć, że 'kalendarzyk' w stosunku do innych metod jest dość zawodny, podobnie z resztą jak 'stosunek przerywany'. Kończąc, wszystkim życzę kiedyś w przyszłości samych zdrowych i oczekiwanych dzieciaczków ;).

Zmieniając jeszcze temat - miałam już 2 jazdy z kursu na prawo jazdy :), a jutro idę na koleją. Pierwszy raz był pod znakiem zatrzymywania się 2 metry przed linią, a za drugim silnik mi gasł przy co trzecim ruszaniu, co nie zmienia faktu, że mi się bardzo prowadzenie samochodu podoba :). Nigdy wcześniej nie powiedziałabym, że jeżdżenie autem będzie mi sprawiało tyle frajdy, pomijając zastanawiającą miłość do sprzęgła, brak odruchów i generalnie słaby progres. Uważajcie na mnie jutro od 10 do 12 ;).

Poza tym mam nowy, szatański plan: 'jeśli chcesz coś zrobić będąc pijaną, zapisz to na kartce, i sprawdź, czy następnego dnia też byś to zrobiła' :P. Wesołe rodzaje mojego upijania się polegają na tym, że robię się niezwykle opiekuńcza wobec przypadkowych osób, i pragnę je odprowadzać do domu/pokoju, lub bardzo dużo rozmawiam z również przypadkowymi i znajomymi osobami. Odmianą tej drugiej wersji jest pisanie o dziwnych rzeczach do znajomych (przykładowo maili, post zdarzył mi się jeden). Stwierdziłam, że dosyć, i więcej niestandardowej aktywności po imprezie być nie powinno :P, gdyż pomogłoby mi to uniknąć wielu głupich sytuacji dzień później. Może się uda :P. Na koniec piosenka Madzi.

PS. Wszystkie ankiety i zdjęcia można powiększać klikając na nie. Jak w jakiejś ankiecie mam dużo tekstu, będzie normalnie nieczytelna, blogger nie chce jej wstawiać większej, i naprawdę trzeba sobie kliknąć.

środa, 11 kwietnia 2012

Seks przedmałżeński part 2

Zaczęłam pisać posta w busie, wracając do Krakowa - zdarza mi się to bardzo rzadko (wyciąganie laptopa w dowolnym pojeździe, zwłaszcza przepełnionym ludźmi), jednak dzisiaj stwierdziłam, że bardzo mi to zaoszczędzi czas w akademiku, a i może dojdę do jakichś odkrywczych wniosków. Z pisania wyszło mi opowiadanie o tym, co widać za oknem (pan kierowca chciał bardzo uniknąć korków (albo może zbrzydła mu obwodnica tarnowska) i wymyślił trasę, jakiej chyba nikt prócz niego nie widział). Był też spory fragment o ciężkiej torbie (daję słowo, do samolotu by mi jej nie wzięli), i o busach, które potrafią zaskoczyć swoją wielkością. Dojechałam po lekko ponad 4 godzinach, czas w normie ;).

Tak czy inaczej, wstępu (2 strony worda; potem oczy mi się zaczęły zamykać, i nawet książka nic na to nie zdołała poradzić) nijak nie mogę dopasować do tematyki seksu przedmałżeńskiego. Może więc zgodnie z obietnicą napiszę, skąd mi się wzięło takie pytanie (pewnie dość nietypowe w skali moich ankiet). Otóż mam od niedawna kolegę - Grawcia, którego reszta akademika znała od października, a ja od momentu przyjazdu z Francji. Grawciu jest osobą bardzo bezpośrednią, o mocnych i szeroko głoszonych poglądach, poza tym szybko się przystosował do naszego towarzystwa, a i ja nie miałam problemu z jego polubieniem. Podczas jednej z marcowych imprez (urodzin Kózki, o ile dobrze pamiętam), Grawciu stwierdził, że mnie zna. Może nie jakoś szczególnie dobrze, ale chyba porównywalnie do reszty znajomych z akademika. Trzeba dodać, że wiele czasu nie miał, uwzględniając to, że byłam zaaferowana własną obroną, mieszkałam w akademiku od lutego i miałam w międzyczasie dwutygodniowe ferie zimowe :P (no i nie poświęcałam każdej wolnej chwili na zapoznawanie się z jego osobą). Jego podejście nie spodobało mi się szczególnie, więc wywołałam temat, w którym (byłam tego pewna) mamy odmienne zdania - seks przedmałżeński. W międzyczasie zarioło się wokół nas od innych osób, z których każda dostała pytanie 'co myślisz na temat seksu przedmałżeńskiego?'.






Wydaje mi się, że już podczas tej imprezy zdania były podzielone, a dużo osób wolało nie odpowiadać. Temat jest chyba dość aktualny - mamy te 20parę lat (przynajmniej większość), ślub pewnie wzięli nieliczni, za to gro osób ma chłopaka/dziewczynę. Jeśli się kogoś kocha, jeśli się planuje z tym kimś przyszłość, jeśli się komuś ufa, czy zmienia coś poczekanie do momentu ślubowania przed Bogiem? Można na to patrzeć z wielu stron, jest bardzo dużo argumentów i za i przeciw. Nie wiem, czy hamuje nas sam Bóg, same powody religijne, kulturowe, czy jest w nas jakaś obawa przed oddaniem siebie, zawierzeniem jakiejś innej osobie, która będzie nas mogła zranić, wykorzystać. To przecież bardzo ważna chwila w życiu dorosłego człowieka, i powinna być we właściwym miejscu, czasie i towarzystwie :). (Cały czas piszę do osób 20kilku letnich, które pewnie jakichś szalonych doświadczeń w tej kwestii nie mają, i żyją w trochę dziwnym świecie ;) ). Seks to także coś łączącego ludzi, niekoniecznie 'narzędzie' do robienia dzieci, a już na pewno nie 'dowód miłości' (hej, czy ktokolwiek się spotkał z takim traktowaniem seksu? Ja chyba tylko w przestrogach dorosłych i w serialach babci), niekoniecznie niszczące i spłycające ich dotychczasowe więzi.


Co zatem wyszło w ankiecie? Połowa zdecydowanych na tak, połowa na nie, plus dużo niewiedzących :P. Spodziewałam się takiego podziału (równego); cieszy mnie jedna osoba, która wybrała złożoną odpowiedź. Prócz tego, to już druga ankieta pokazująca, że nie czytają mnie religijni fanatycy (nie pamiętam tej pierwszej, może potem znajdę). Mnie jednak bardziej zainteresowała odpowiedź 'nie wiem, to jednak sprawa bardzo indywidualna'. Wybrało ją 50% głosujących, często zmieniając swoje wcześniejsze zdanie. Tak właściwie nie wiem, co ona dokładnie oznacza czy to nie jest czasem taki bezpieczny i jednocześnie złoty melanż 'nie jestem ani na tak, ani na nie, nie wiem'. To 'indywidualna sprawa', czyli z Gerwazym nie, a z Anatolem już tak?, teraz nie, ale po 30stce tak?, albo po 3 latach znajomości nie, a po 3,5 tak? Czy może dochodzi zdanie tej drugiej osoby, jej nastawienie, argumenty? Sama nie wiem, chyba zbyt wszystko upraszczam. Wydaje mi się, że sprawy które dotyczą przede wszystkim nas, w których jest wybór tak/nie, w których nie musimy się decydować w przeciągu 15 minut - że to trochę łatwiejsze niż zwykłe, złożone decyzje.

Naturalnym :P następstwem ankiety o seksie jest ankieta, która pojawi się za chwil kilka - serdecznie zapraszam (wraz z pomysłodawczyniami ;) ) do głosowania ;). Jeśli nie znasz do końca wszystkich słów w niej występujących - jesteś jak najbardziej normalną osobą, mnie podczas tworzenia wspierała wygodna maszynka o nazwie google. I na zakończenie, pionta zaproponowana przez Kasię (lub Katarinę, jak pewnie woli ;) ):

'Zasłyszane na naukach przed małżeńskich, rozmowa narzeczeństwa z księdzem. Kobieta skończyła omawiać sprawy 'naturalnej antykoncepcji' - badania swego śluzu 2 razy dziennie (aktualnie zalecana przez Kościół metoda). Następnie ksiądz zabiera się za podsumowanie:
-Wiecie, zawsze możecie dać dzieciom na imię Dona, Mietek czy Wincenty - Dona z pękniętego kondoma, Mietek z przeterminowanych tabletek czy Wincenty za późno wyjęty. Ale pamiętajcie że na to Kościół się nie zgadza."

piątek, 30 marca 2012

Co myślisz o seksie przedmałżeńskim - part1

Jak w temacie :P. Będzie (a raczej już jest) kolejna ankieta, którą lepiej dokładnie opisać, by każdy wiedział o co chodzi. Cała historyjka o tym, co skłoniło mnie do takiego pytania będzie (jak chyba zawsze) w podsumowaniu, tymczasem głosujcie ;).

A w kwestii doprecyzowania: 'seks przedmałżeński' dotyczy sytuacji, gdy dwoje ludzi się kocha, jest ze sobą, zna się dobrze i planuje kiedyś w przyszłości stanąć pod deszczem ryżu i drobniaków ;). Odpadają sytuacje z prostytutkami, osobami spotkanymi przypadkowo na imprezach/w pociągach, na wyjazdach, i wszystkie inne, gdzie miałoby dojść do zbliżenia się osób nie znających się dostatecznie, nie ufających sobie, traktujących siebie przedmiotowo lub doraźnie. Z kolei temat seksu przygodnego też jest nęcący, ale czuję się trochę mało zorientowana, by cokolwiek o tym pisać.

Dodatkowo rozumiem (lekka sugestia :P), że to, co zaznaczycie dotyczy nie tylko Was, ale też wszystkich dookoła. Czyli jeśli jakaś Kunegunda zaznaczy, że jest za seksem przedmałżeńskim, nie poczuje się zbulwersowana swoją koleżanką Ryszardą, która jej się przyzna do czegoś takiego. Nie ma pewnie odpowiedzi reprezentujących wszystkie poglądy, mogło mi się o czymś ważnym zapomnieć, jednak ufam, że sobie poradzicie ;).


A u mnie busy w życiu, chociaż takie inne niż przy sesji i inne niż we Francji. Mam dużo zajęć - chyba muszę faktycznie iść do spowiedzi, coby zacząć skutecznie walczyć z grzechem lenistwa wobec uczelni :P. Niektóre przedmioty są zupełnie kosmiczne, przykładowo 'teoria niezawodności' (albo jakoś podobnie) (a 'teoria sprężystości i plastyczności' okazała się całkiem w porządku - łatwa nie jest, ale wykłady i ćwiczenia mamy porządnie prowadzone ;) ). Konstrukcje metalowesą za to okropne jak zawsze. Pana mamy nastawionego na opowiadanie, i same zajęcia nie są takie złe. Nie wyobrażam sobie natomiast zrobienia dwóch dużych projektów O_o mając stal w 40 osób, raz na dwa tygodnie. Na AGH zrobiłam zamieszanie z laborkami, ale jak się robi zamieszanie z pewnością siebie, wszyscy zdają się być bardziej zadowoleni i twórczy w sprawie jego skończenia. Prócz tego zapisałam się z 2 koleżankami na kurs prawa jazdy ;).

wtorek, 20 marca 2012

Powoli

Dawno nic nie pisałam naprawdę wesołego. Obecni wykładowcy nie dorównują humorem panu od wibromechaniki, a już bez wykładów z wytrzymałości (czas laboratoriów z surowców stałych) jestem pozbawiona żartów pana G. (które jednak można znaleźć na specjalnych stronach internetowych). Ostatnio brak też dowcipów na gg, wysyłanych, by się rozerwać ;). Nie robię jakichś większych głupot, które warte by były opisania; mniejszych chyba też nie (co wygląda na ciszę przed burzą). Mojego życia nie wyznaczają jeszcze projekty i ich terminy oddania, ale dno kubka z herbatą i ćwiczenia o 7:30. To dobry marzec, po ciężkim styczniu i przed intensywnym majem ;). Mam pewien pomysł, trzymajcie kciuki ;).



A tymczasem chciałam napisać 2 słowa do ankiety. Małą, włochatą, ale miłą w dotyku zmorą bloga są moje długie posty. Pisałam wiele razy, że te już napisane usiłuję skracać (co zazwyczaj nie wychodzi nikomu na dobre), poza tym, w miarę czasu, staram się zachować równowagę pomiędzy notkami krótkimi, a długimi. Dzięki wszystkim za głosy ;), zwłaszcza, że dają mi nadzieję, że ktoś naprawdę czyta te moje kosmiczne wywody ;). Zdaję sobie sprawę, że często są ciężkie (czasem, gdy patrzę na jakieś starsze posty widzę miejsca, gdzie sama nie wiem, o co mi chodziło :P), tym bardziej doceniam (wyobraźcie sobie, że za tym 'doceniam' nie stoi żadna stylistyczna formułka, a moja uradowana osoba ;) ) wszystkich zainteresowanych. Tak naprawdę ankieta (niezależnie od wyniku) nie miała nic zmieniać - co najwyżej powiedzieć mi, czy piszę tylko dla siebie. Co nie jest samo w sobie głupie, ale jeśli już umieszczam swoje pisanie w internecie (nie na skrzynce mailowej), to miło, gdy ktoś jeszcze rzuci na to okiem. I to tyle, póki mi starczy sił i ochoty będę robiła na moim podwórku, co mi się podoba. I jeśli ktoś się chce ze mną bawić, zapraszam ;).

(a jednak będzie jedna wesoła historia, przypomniało mi się po drodze ;). Tydzień temu (chyba w czwartek) chłopcy ze specjalności 'drogi szynowe' postanowili nie pójść na piwo pomiędzy zajęciami, a spędzić czas bardziej kreatywnie. Przed instytutem L-1 zaczęli grać w klasy. Zasad gry musieli szukać w internecie, jednak dali radę sporządzić fachową, hmm, planszę, i świetnie się przy tym bawili. Reakcja kadry politechnikowej była różna (tzn. jeden pan kazał nie hałasować sobie pod oknami, natomiast kolejny zaczął grać z nimi), ale generalnie spotkali się z ciepłym przyjęciem ;). Byli przeszczęśliwi opowiadając o tym ;). (Wniosek - dzieciom na dzień dziecka trzeba kupić kredę ;) ) ).

środa, 7 marca 2012

Jakiego koloru jest twój świat?

(post wyszedł mi znowu długi, nastawcie się psychicznie ;) ).

Jakiego koloru jest Twój świat? Może to być kolor, który widzisz na kilka sekund przed przebudzeniem, kolor kredki, którą łapiesz by coś narysować (zakładając, że coś rysujemy jeszcze), kolor, który dominuje w twoim pokoju. Taki po prostu Twój ;). (większość, która odpowiadała na mój opis z gg opowiadała się za niebieskim. Jedna osoba ładnie uargumentowała wybór morzem i niebem – dwoma nieskończonymi przestrzeniami. )

Świat poznajemy przede wszystkim przy pomocy zmysłów. Dotyk (chropowata zimna cegła, żabina nutria), smak (słodko-gęsta czekolada, sól zlizana z ręki nad morzem), słuch (poznasz kto przyszedł po sposobie pukania, z tonu głosu odczytujesz emocje rozmówcy), zapach (rozmówcy z poprzedniego nawiasu, wiosny, placka z jabłkami); jednak wydaje się, że najważniejszy (choć generalnie naukowcy się z tym nie do końca zgadzają) jest wzrok. Każdy widzi dlaczego ;). Patrząc – widzimy otoczenie takim, jakim jest, takim, jakim je chcemy widzieć, albo najczęściej jeden wielki melanż, któremu jednak jesteśmy w stanie przypisać jakiś kolor.





Ankietę wymyśliłam przyglądając się swojej Szwesti (jedna odpowiedź specjalnie dla niej ;) ). Pytanie, ogólnie pisząc, miało dotyczyć sposobu postrzegania świata, sposobu reagowania na to co nam w koszyku przyniesie, i trochę opisywać nasz aktualny stan psychiczny ;). Problem polegał na tym, że poruszało chyba zbyt dużo rzeczy na raz i prawie każdą odpowiedź można zinterpretować na kilka sposobów. W związku z tym dość możliwe, że część z Was poczuje się zaskoczona swoim wyborem ;).

Zaczynając od początku – życie ‘czarne’ to życie smutne, pełne przygnębienia, depresji, pewnie złości, pesymizmu. ‘Białe’ umieściłam dla porządku, ale jeden amator się znalazł ;). Świat biały…, może to świat pełen niewinności, samych dobrych intencji, czysty (mam nadzieję, że ta jedna osoba nie sugerowała się padającym śniegiem :P)? ‘Czarno-biały’ ma już zgoła inną wymowę – wprowadzającą jasny i kategoryczny podział na dobro i zło, zakładający udział sytuacji skrajnych z bardzo dużym prawdopodobieństwem. ‘Czarno-biały z odcieniami szarości’ już można tłumaczyć na dwa sposoby. Albo to dopuszczenie pomiędzy dobro i zło ogromu sytuacji szarych, niemożliwych do jednoznacznego ocenienia, spraw, które są nie w całości dobre ani do końca złe. Chociaż równocześnie świat z odcieniami szarości to świat smutny, monotonny, pozbawiony ruchu, kolorów. Świat osoby, którą mało ostatnio cieszy, która jest zmęczona. Mam nadzieję, że jedna osoba z tej opcji jednak kierowała się pierwszą ‘definicją’ (jak nie, to uśmiech ode mnie, i przejdź do ostatniego akapitu ;) ).

Inna osoba pokazała mi jeszcze jedną sytuację. Świat jest kolorowy, ale chwilowo został przesłonięty przez jakiś cień, dlatego wydaje się czarny (coś tak, jak w zaćmieniu słońca). Chyba jedyne, co mogę powiedzieć, to to, że zaćmienie prędzej czy później przejdzie, nawet jak czas podczas niego znacznie spowalnia ;).

Dalej mamy świat kolorowy – czyli pełen wszystkiego ;). Miałam w odpowiedzi pisać ‘podstawowe kolory’ (żółty, niebieski i czerwony), ale to było strasznie ograniczające, stąd te kredki. Świat często jest kolorowy, pełen życia, znaczeń, odcieni, a stawianie sztywnych granic pomiędzy tymi kolorami jest wersją ‘light’ opcji ‘czarno-biały’. Jeśli zaś chodzi o wersję z nachodzącymi na siebie kolorami – chciałam jakoś uchwycić to, że zależnie z której strony się patrzy, sytuacje, życie, czy też wszystko co komu przychodzi do głowy, wygląda zupełnie inaczej. Zdarzenia nachodzą na siebie, w wieku dwudziestu kilku lat nie da się oceniać niczego nie uwzględniając swoich doświadczeń, wiedzy, zdarzeń pobocznych. A z połączenia kolorów wychodzą nowe wrażenia. To świat kreatywny. Najwięcej osób wybrało odpowiedź z brakującą kredką. Mam na ten temat historyjkę wyjaśniającą ;).

Każdy ma swoje kredki, którymi rysuje obrazek (może być ‘obrazek życia’, ale to zbyt patetycznie brzmi, czyż nie :P?). W zestawie brakuje jednak jednej istotnej kredki – żółtej (bez jakichś nadmiernych interpretacji koloru żółtego, to tylko przykład ;) ). Rysujemy nie zastanawiając się nad tym, pierwszy raz mamy w ręce kredki, i do głowy nam nie przyjdzie, że istnieją inne kolory. Rysunek wygląda całkiem w porządku, jest ładny, zawiera wszystko, co powinien. I potem nagle ktoś nam objawia żółtą kredkę – cieszymy się i zaraz okazuje się, że dużo możemy sobie domalować albo zmienić. Rysunek jest pełniejszy, ładniejszy – już za żadne skarby świata nie oddalibyśmy tej kredki. Jeśli to do Was nie przemawia, dam banalny i niebazujący na emocjach przykład. Pomyślcie o jakichś plemionach zamieszkujących Amazonię, które były pewnie całkiem szczęśliwie, zanim dotarła do nich ‘cywilizacja’. Mieszkańcy dostali noże i ubrania, i nie wydaje mi się, by ktokolwiek chciał z nich łatwo zrezygnować ;).

Pozostałe opcje chyba nie wymagają komentarza (i tak znowu wyszedł mi długi post), zielony i różowy standardowo, czerwono-pomarańczowo-żółty utożsamiałabym z energią, w ogóle, z radością, z kolorem (nie mam pojęcia, kim jesteś, osobo od tej opcji, chyba, że masz nasze wspólne zdjęcie w pomarańczowej ramce :P). Z całej ankiety najbardziej szczęśliwe zdają się być osoby ze światem nie tylko kolorowym, ale też zawierającym iskierki złota: wydarzenia, osoby, miejsca, które zdają się być wspaniałe, nadprogramowe, które sprawiają, że chce się żyć. Co dziwne, każdy z nas ma takie właśnie kawałki brokatu w życiu, tylko pewnie ich nie widać, albo nie zwraca się na nie uwagi. Może czasem trzeba włączyć światło (jakby to było takie łatwe :P), by coś mogło je odbijać i świecić?

czwartek, 16 lutego 2012

Ankiety

Na feriach w domu zdecydowanie zmienia się tryb pracy genialnego urządzenia o nazwie Człowiek. Życie zwalnia i toczy się zupełnie w innych godzinach (co boli wieczorem, ale jednak o wiele bardziej rano). Zawartość głowy (która już doszła do siebie po ostatnich 'przejawach radości') zajmuje się problemami śliskich chodników w kontekście babci spragnionej super expresu i wyższością suchego drewna bukowego nad mokrym jaworowym, wyrzucając w niebyt przekroje podwójnie zbrojone i metodę sił. W tym wszystkim, postanowiłam podsumować w końcu zaległe ankiety ;).



Zacznę od najdawniejszej - 'Co najbardziej poprawia humor?'. Mam wrażenie, że to już któraś kolejna ankieta z tej serii, co tylko dowodzi tego, że poprawianie humoru jest nieustannie potrzebne (i chyba nie tylko mi ;) ). Przewagę w działaniu dobroczynnym zyskują wszelkie aktywności fizyczne, a także zajęcie się czymś innym (poprzez rozmowę, siedzenie na internecie, oglądanie filmu (ale niekoniecznie 'Pingwinów z Madagaskaru' :P), lub coś niesprecyzowanego). Duży uśmiech w stronę Kasi (a także w stronę jednej osoby, która jest zawsze w dobrym humorze ;) ), która każe mi 'nie myśleć tyle'. Większa część ludzkości popiera ten plan (który nie jest przecież łatwy), chociaż niektórzy polecają też rozmowę o problemach lub dość depresjogenny samotny spacer (pewnie dużo zależy od rodzaju problemu). Tak czy inaczej, w skrajnych sytuacjach najlepiej pójść spać (oczywiście w ramach możliwości, to jest gdy się nie można wyrobić z projektem, może jednak nutella?). I tak zupełnie btw nie lubię Johnego Bravo :P.



Kolejna ankieta, została zrobiona po przyjeździe do Francji po świętach, i miała być podsumowana w pierwszych dwóch tygodniach stycznia. Trochę jak widać się nie udało, ale jeśli ktoś miał powziąć jakieś postanowienie noworoczne - zrobił to dawno, a jeśli ktoś chciałby to zrobić teraz (i to w dodatku sugerując się moją ankietą :P), nie ma przecież żadnych przeciwwskazań - robimy to dla siebie. Najpopularniejsze są postanowienia dotyczące wyjazdu za granicę i nauki języka obcego - chyba się im nie dziwię, sama głosowałam na jedno z nich ;). Chciałabym, żeby te udało się zrealizować ;). Mam nadzieję, że osoba która była dawcą pomysłu, postanowiła coś i twardo trwa w swym postanowieniu ;).



Ostatnie moje dzieło, dość aktualne, dotyczyło wyboru specjalizacji na studiach II stopnia. O dziwo ;), nie miałam z tym większych problemów - rozważałam tylko dwie gałęzie budownictwa, mechanikę i KBI. Poświęciwszy lutowe noce na o wiele przyjemniejsze rzeczy niż dylematy z cyklu 'która literka ładniejsza, S czy Z?', wybrałam moją mechanikę (chyba przyczyniły się do tego pozytywne wrażenia z obrony pracy inż. ;) ). Tak czy inaczej, dzięki za głosy (jeśli nagle wszyscy by byli za KBI, byłoby to mało pokrzepiające).



Mam jeszcze dwie sprawy do poruszenia. Po pierwsze (i tu tradycyjny, 'długi' wstęp), istnieją wydarzenia, które nie są bezpośrednio związane z niczym ważnym w naszym życiu, występują jako 'bonusy', urozmaicenia. Problem w tym, że się o nich bardzo szybko zapomina, a chyba tak nie do końca by się chciało. Jeśli ktoś nie wie, o co mi chodzi, niech sobie otworzy folder ze zdjęciami na swoim komputerze i z ręką na sercu powie, że pamiętał o wszystkich sytuacjach, w których te zdjęcia były robione. Albo niech sobie spróbuje przypomnieć jakąś śmieszną sytuację z ostatniego miesiąca - wcale nie jest łatwo, choć życie (miejmy nadzieję :P) bardziej przypomina komedię romantyczną niż dramat obyczajowy :P. W każdym razie - cały ten akapit piszę po to, by nie zapomnieć o wizycie Meksykanów w Krakowie - o czymś, co było dla mnie poerasmusowym, wspaniałym prezentem, i pozwoliło mi na powrót być wesołą Żoaną ;). Jutro Karina, Maritza, David, Rodrigo, Cesar i Jaime wracają do Compiegne (z Bratysławy), i nadal twierdzą, że Polska jest najlepszym i najbardziej podobnym do Meksyku krajem ;).



Poza tym chciałam zapowiedzieć kolejną ankietę. Odpowiedzi specjalnie pomieszałam (w 'wersji roboczej' były poukładane w, hmm, rosnącej kolejności), bo dzięki temu żadna z nich nie wydaje się lepsza od innej (albo wydaje się w stopniu znacznie mniejszym niż wcześniej). Można wybrać jedną odpowiedź (po dłuuugim zastanowieniu, moim zdaniem 95% głosujących wystarczy ta jedna, chociaż ja sama nie wiem, którą ostatecznie wybrać ;) ). I prośba - nie traktujcie jej jako pytania o ulubiony kolor :).

czwartek, 29 grudnia 2011

Przed plebiscytem

Przed nami bardzo huczne, gwarne, oczekiwane i zdecydowanie zdarzające się raz w życiu wydarzenie: za kilka dni będziemy witać (znany nam przede wszystkim z nagłówków gazet) rok 2012 ;)! Będzie to rok olimpiady w UK, polsko-ukraińskiego EURO, wyborów prezydenckich we Francji, a także rok, w którym ogromna większość czytających pragnęłaby otrzymać (mam wielką ochotę zmienić na 'otrzyma') wymarzony tytuł naukowy (by jakoś 'zwieńczyć' studia przed końcem świata :P).

Okazuje się, że są wśród nas osoby, które chciałyby zrobić jakieś postanowienie noworoczne. Nigdy jakoś nie udawało mi się wymyślić nic sensownego, ani przestrzegać pilnie tego bezsensownego, niemniej jednak warto spróbować w tym roku! W związku z tym, przy najbliższej okazji ogłoszę Plebiscyt Na Najlepsze Postanowienie Noworoczne. Każdy posługujący się jedną przeglądarką będzie mógł oddać jeden głos. Na propozycje postanowień czekam do piątku, a gdy tylko znajdę internet, postaram się zrobić stosowną ankietę - tak, by przed 10 stycznia znać już wyniki i móc coś postanowić ;).



Tak w ogóle zamieszczam starą ankietę - bez mojego komentarza, choć dobrze wiedzieć, że nikt nie ma niepokojących pomysłów na najbliższą wiosnę ;).










I nie jestem pewna, czy wszyscy wiedzą, ale jutro (tj dzisiaj, myślałam, że się wyrobię przed północą) o 17:55 mam samolot do Beauvais. Przy braku prostych możliwości dojazdu do Compiègne po 18:30 zaczyna się robić ciekawie, ale jest wielu przyjaznych ludzi na świecie ;). Poza tym nie wiem, jak spędzę Sylwestra, ale trochę czasu na pomysły jeszcze mam (znajome Brazylijki jadą do Londynu ;) ). Na rok 2012 życzę wszystkim zrealizowania choć jednego szalonego (a raczej nietuzinkowego) planu lub marzenia!

sobota, 17 grudnia 2011

Nieodpowiedzialność

Mając do przygotowania exposé na poniedziałkowy francuski (temat - francuskie musicale :), zamieszczę później jak nie zapomnę), egzamin z BA06 w środę, i brak internetu w niedzielę (poza schodami na uczelni), postanowiłam podsumować ankietę (bo chyba jestem troszkę podziębiona, i już nie mam siły do francuskiego).

(Jednak biorąc pod uwagę to, że muszę bardzo dużo przetłumaczyć (w pół godziny, które zostało do zamknięcia biblioteki), będzie krócej niż zwykle (daruję sobie cały subtelny wstęp o tym, co uważam za odpowiedzialność itp.))

Dlaczego zrobiłam tą ankietę? Byłam pod wrażeniem nieodpowiedzialności, albo raczej egoizmu (to mocne słowo, nie lubię go używać w odniesieniu do innych) dwóch mężczyzn, którzy co gorsze lata chłopięce mają już za sobą. Owo wrażenie jest co jakiś czas (przykładowo 20 min temu) potęgowane, co każe mi naciskać o wiele za mocno ołówek, ewentualnie energicznie stukać w klawisze. Ale do rzeczy ;):




Nie ma osoby, której zdaniem jest więcej nieodpowiedzialnych kobiet niż mężczyzn. W wersji 'light' uważacie, że jest nas po równo, ale większość potwierdza jednak tę przypadłość brzydszej części społeczeństwa. Dziękuję bardzo jednej osobie, która zaznaczyła magiczną liczbę 200000:1 - poprawiłaś/eś mi humor ;). Prywatnie (dzisiaj, i chyba już przez całe życie) uważam, że każdy mężczyzna jest mniej odpowiedzialny niż dowolna kobieta (no dobrze, nie jest, ale wyciągając jakąś średnią), poza tym zdecydowanie nie wolno tak generalizować ludzi (tutaj sobie przeczę, prawda?). Tak w ogóle poza mną tylko jedna osoba wybrała dwie odpowiedzi (chciałam poznać Wasze zdanie, i zostawić możliwość 'niegeneralizowania').

Jaki z tego wniosek - dziewczyny, pamiętajcie, żeby liczyć na siebie przede wszystkim!

PS. Akurat o chłopcach, którzy mogliby tu zaglądać mam jak najlepsze zdanie - nie przejmujcie się ;).

piątek, 9 grudnia 2011

Kościoły

Dziś (zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią) opowiem Wam o budynkach, jakie można znaleźć obecnie pod każdą szerokością geograficzną, i to z częstotliwością występowania zawartą pomiędzy sklepem spożywczym a strażą pożarną. Mowa o przybytkach skupienia, modlitwy i pocieszenia – kościółkach ;). (tak w ogóle sorki, że piszę ostatnio o sobie (głównie w kontekście ankiet) skąpiąc Wam informacji o Francji, której przecież nie mieliście jak dobrze poznać (nie licząc pana od wibromechaniki). Stąd dzisiejszy temat). Od razu napiszę, że cały ten post opiera się tylko na moich obserwacjach (ewentualnie na ulotkach), więc odzwierciedla sytuację przede wszystkim w jednym kościółku w Compiègne (w okresie od października do grudnia), a nie w całej Francji.

(A jednak zaczynam od siebie :P) Znalezienie kościoła odpowiedniego wyznania przyszło mi łatwo (w przeciwieństwie do sytuacji z Anglii, tam najbliżej był kościół baptystów. Jeśli ktoś nie słyszał historii z Armią Zbawienia, koniecznie niech mi przypomni przy najbliższej okazji ;) ) – miasto jest stare, a co za tym idzie bogate w dużo małych świątyni. W samym Compiègne, korzystając z dostępnej ulotki ‘Guide des paroisses catholiques de Compiègne 2011-2012 (naprawdę tu wydają coś takiego!), naliczyłam 10 kościołów katolickich, oferujących w niedzielę łącznie 7 mszy, w tym jedną w całości po łacinie. Świątynie, w większości bardzo stare, są naprawdę niewielkie (myślę, że jakaś 1/3 z krakowskich dominikanów) – jednak te 7 mszy wystarcza (na tej o 18:30 są jeszcze miejsca siedzące). Nie uwzględniłam kościołów znajdujących się w przylegających do Compiègne ‘odrębnych’ miasteczek (to tak, jakbym oddzieliła Nową Hutę od Krakowa) – ich ulotka nie obejmowała.

W centrum miasta znajduje się ‘mój’ kościół – Saint Jacques. Był drugim kościołem (po nieustannie zamkniętym Saint Germain)wzniesionym w Compiègne, budowa ruszyła w 1235r. Do roku 2011 kościół nie był świadkiem żadnych mega interesujących wydarzeń poza jednym – w maju 1430 roku zakradła się tam przez małe drzwi Joanna d’Arc, by się pomodlić, po czym w tym samym dniu została aresztowana (aż się prosi, żeby napisać ‘Bóg tak chciał’ :P). Mogę chyba na własne ryzyko dodać, że w każdym kościele w którym miałam okazję się porozglądać, jest jakiś element poświęcony tej skądinąd bliskiej mi postaci ;). Poza tym Saint Jacques pełni funkcję naczelnego kościoła miejskiego. Tutejsi księża zajmują się religijną oprawą wszelkich zauważone przeze mnie (głównie przypadkiem) uroczystości państwowych, poza tym przyjmują dostojników barwy fenoloftaleiny z wodorotlenkiem.

Obok Saint Jacques, znajduje się drugi ważny kościół – Saint Antoine. Powstał w tym samym czasie (biskup pisząc w 1198r do papieża zażyczył sobie aż dwóch nowych parafii na region ;) ). Saint Antoine ‘jest najpiękniejszym przykładem architektury gotyckiej w Compiègne’, i poza modlitwami Joanny d’Arc może się poszczycić zabytkową chrzcielnicą i licznymi innymi zabytkami (nad którymi nie ma sensu się rozpisywać, bo są takie same, jak we wszystkich kościołach). To ładna świątynia, dużo jaśniejsza niż Saint Jacques. Prócz tego można w mieście znaleźć nowsze parafie, wielkością zbliżone do swoich starszych kolegów. Dwa powyższe kościoły możecie obejrzeć na zdjęciach (mało ich, ale zawsze coś ;) ).


Jednak wszyscy, których katechetka dopuściła do pierwszej komunii wiedzą, że Kościół to nie budynek, ale ludzie gromadzący się w nim. Zwykłam śmiać się, że gdyby polskich chrześcijan przesiać przez sito, na którym zostaliby tylko ci naprawdę wierzący, wypełniliby kościoły we Francji ;). To oczywiście gruuuba przesada ;), ale patrząc po ilości osób przystępujących do komunii można przyjąć, że nie chodzą do kościoła tylko z braku innych zajęć. Msze są oczywiście w 98% podobne do tych znanych z Polski; klęka się w innych momentach (a raczej się nie klęka. Chyba każdy region świata ma swój własny system ‘baczność – spocznij’), na tacę daje się dwa razy (podchodzi dwóch panów z woreczkami, jeden po drugim), pierwszy raz chyba tak normalnie, natomiast druga kwesta jest przeznaczona ja jakąś konkretną potrzebę kościoła (prymicje, ogrzewanie itp.). Czytania czytają wierni, którzy się zgłoszą przed mszą (jest taki jeden aktywny pan, który co niedzielę zgłasza się do wszystkiego możliwego), a kazania wydają mi się ciekawe. Myślę, że mają na to wpływ dwie rzeczy – po pierwsze, żeby coś zrozumieć, muszę być cały czas skupiona i nastawiona na odbiór – nie ma kiedy zacząć się nudzić, po drugie księża, jak wszyscy Francuzi, bardzo dużo gestykulują i zaznaczają intonacją. Szczytem energii popisał się niedawno przyjezdny biskup, który mówił z niebywałym zapałem i wywoływał żywe reakcje (przeważnie śmiech, ale zawsze coś ;) ) wśród wpatrzonych w niego owieczek. Niedziela jego wizyty była pierwszym od bardzo dawna dniem, w którym naprawdę Modliłam się na mszy (tak w ogóle, nie sądzicie, że trochę zapomnieliśmy, że na mszy powinno się Modlić?). Daj nam Panie więcej takich biskupów ;)!

Co się tyczy śpiewu – bardzo pomocne są cotygodniowe karteczki z oprawą muzyczną mszy, rozdawane przy wejściu do kościoła (w Polsce bardzo rzadko takie się spotyka, chociaż może brak mi odpowiedniej różnorodności w wyborze kościoła). Zawsze na mszy jest osoba odpowiedzialna za śpiew; taki solista stojący przy pulpicie (który pewnie ma jakąś swoją nazwę :P) z mikrofonem, prowadzący wokalnie wiernych. Wszystko wychodzi zadziwiająco dobrze ;). Śpiewanie jest ciekawe z punktu widzenia obcokrajowca, gdyż w pieśniach (przede wszystkim kościelnych) wymawia się o wiele więcej głosek niż normalnie, często tworząc na siłę nowe sylaby. Żadne nieme ‘e’ na końcu odmienionego czasownika nie zostanie zapomniane :). Przykładowo ‘il donne’ (‘on daje’) czyta się jak ‘il-don’, a śpiewa w ekstremalnej wersji j ‘i-ly-don-ny’. Po miesiącu zaczęło mi jakoś wychodzić ;). A tak już w ramach ciekawostek – Francuzi śpiewają (i czytają) łacińskie teksty zgodnie z ich zasadami wymowy, więc ‘agnus’ został zamieniony na ‘anius’, a ‘pacem’ można usłyszeć jako ‘pacziem’. Obrazek powyżej przedstawia przerysowany z niedzielnej karteczki zapis śpiewu (podejrzewam, że wcale nie taki trudny, jak się laikowi wydaje :P). Tylko raz miałam (i to krótko) okazję spróbować swoich sił ‘śpiewając z nut’, tutaj w przeciąganiu ‘a’ dał radę tylko Pan Śpiewak Mszalny.





Ostatnia ankieta (ta, której minął termin ważności) miała służyć celom prawie wyłącznie rozrywkowym i być może skłonić do refleksji – nie znamy dnia ani godziny, gdy bliska osoba, ni z tego ni z owego, najpoważniej w świecie zapyta nas, czy wolimy domek na wsi, czy w mieście :D! Gdy patrzę na rezultaty, widzę dwie grupy osób (właściwie na wiele więcej nie pozwoliły odpowiedzi ;) ): pierwszą, która pragnie normalnego małżeństwa i dzieciaczków, i drugą, która czeka na księcia lub księżniczkę ze swojej bajki. Poza tym jednej osobie nie podobały się możliwości i, zgodnie z opisem ankiety, zaznaczyła starość bez kotów (dziękuję tej osobie za wyrozumiałość , tak samo jak komuś innemu za głos ‘eee, gorzej ci?’ ;) ). Prywatnie jeszcze się nad tym nie zastanawiałam, pewnie przydałoby się najpierw kogoś poznać, ale generalnie wszystko jest dla ludzi :P.

Jutro jedziemy z ESPERANTO na wycieczkę ;). W planie na dwa dni mamy zapisane 4 miasta: Reims, Epernay, Troyes i Provins, do tego lodowisko :D! Proszę, myślcie o mnie ciepło w ten weekend.




PS Nie umiem zrobić, żeby ankieta była większa (jakbym nie wstawiała, to są jej maksymalne rozmiary, pewnie źle zapisałam rysunek). Jeśli chcecie się bardzo przypatrywać wynikom, powiększcie sobie stronę, albo otwórzcie obrazek w nowym oknie.

czwartek, 1 grudnia 2011

Kłamstewka

Przypomina mi się sytuacja, której tło stanowiła lekcja religii (właśnie tego nie jestem do końca pewna, ale niech już będzie), wraz z księdzem (?) pytającym się tłumu licealistów z klasy ‘a’:
‘Co musi mieć kłamca?’
Na to (po kilku nieudanych próbach z długim nosem) odzywa się Zagatka:
‘Kłamca musi mieć dobrą pamięć, by zapamiętać, co komu nakłamał’.
W baaardzo dużym skrócie byłoby to podsumowanie całego mojego pytania ankietowego – nie za głębokie motywy miało :P.

Daję słowo, nie wiem, jak napisać cokolwiek o kłamstwie. Przymierzałam się kilka dni do posta, ale ostateczny rezultat i tak przypomina wejście do cukierni, polizanie połowy ciastek jakie tam mają i ostatecznie nie kupienie niczego. Po prostu nie sposób wypowiedzieć się całościowo na temat kłamstwa, które, jak mi wyszło, dotyka nas niemal tak często jak neutrina, i ma tyle tożsamości ile najlepszy agent specjalny w popularnej powieści. Może to nie będzie piękny, literacki styl, ale mam przeraźliwą ochotę napisać ‘hej, masakra!, przecież my non stop kłamiemy :P’, z powodu, bez niego, świadomie, nieświadomie, ... . Może dlatego tyle osób w ankiecie uznało, że można kłamać?

Mam już problemy, jeśli chodzi o jego definicję. W skrajnej formie można by powiedzieć ‘to, co nie jest prawdą (i tu pojawia się gorsze pytanie ‘a co to ‘prawda’?’ ;) ) jest kłamstwem, ale chyba każdy czuje, że coś tu nie jest w porządku (po sięgnięciu do przeklinanej przez wykładowców Wikipedii, okazało się, że w powyższy sposób definiuje się ‘fałsz’). Z tejże Wikipedii definicja kłamstwa wydaje mi się bardzo uproszczona – i choć pewnie jest dobra, to jednak stanowczo zbyt wąska dla nazwania tego, co normalny człowiek ma za 'kłamstwo'. Jest to ogromne morze, do którego wpływają z dwóch przeciwnych stron rzeki oszustwa i zmyślania, oraz wiele potoczków mijania się z różnych przyczyn z prawdą. Zostawiam na inny czas rozkoszny temat półprawd, kłamstw, które nie są kłamstwami, gier i zabaw opartych na niepewności. Zostawiam też kwestię (już tu kiedyś pośrednio ruszaną ;) ), ile zostaje z człowieka, gdy odejmie się wszystkie nieprawdziwe informacje na jego temat (czyli również nasze wrażenia i domysły). Po prostu czuję się za głupia, żeby porządnie podjąć temat, podsumuję więc ankietę i napiszę, co mi w duszy gra na tę melodię.

Więc zaczynam jeszcze raz ;), próbując się trochę usystematyzować. Kłamstwo jest nierozerwalnie związane z naszym życiem, i nie mówię tu wcale o tym, że każdy na siłę każdego oszukuje. Poznając nową osobę widzimy jej kawałek, często bardzo mało reprezentatywny, znamy kłamstwo o niej, a raczej nie znamy całej prawdy. Idąc do teściowej na obiad mówimy jej, że był wyborny, nie dlatego, że taki był, ale chcemy być uprzejmi, trochę ją oszukujemy. Albo jeszcze inaczej – dwie osoby piszą skrajnie różne recenzje tej samej książki. Albo obie kłamią, albo po prostu subiektywne postrzeganie świata nierozerwalnie łączy się z jego niedokładnym, ‘nieprawdziwym’ opisem. Co za tym idzie, szukanie fałszu czy kłamstwa w powyższych sytuacjach, wydaje mi się trochę bez sensu.

Dalej mamy już sytuacje, gdy kłamiemy dla dobra drugiej lub trzeciej osoby (liczby pojedynczej lub mnogiej), by jej (ich) nie denerwować, oszczędzić często niepotrzebnych zmartwień. Potem kłamie się w sprawach niewielkich, ale już dla własnych korzyści (chociaż z sytuacji wyżej też najczęściej jakieś korzyści dla osoby wynikają, ale nie one one wpływają na naszą decyzję). W codziennych zdarzeniach możemy się zachować na dwa sposoby: nic nie powiedzieć (przykładowo na temat sukienki koleżanki), albo posunąć się mały kroczek dalej, do niewinnego kłamstewka (Filomeno, jak ładnie Ci w różowym!). Zazwyczaj lepiej wychodzi się na pierwszej wersji ;), ale wybujała fantazja oraz pragnienie bycia miłym (lub rozmownym ;) ) pcha nas do drugiego rozwiązania. I w kolejnym kroku już kłamiemy, by zyskać coś większego, celowo, z ulubionego mojego powodu – bo wydaje nam się, że ‘tak będzie łatwiej i lepiej’. I często faktycznie, gdy trzeba odpowiedzieć na pytanie, łatwiej jest ‘skłamać prawdę’ niż brnąć w nią na siłę ze wszelkimi zakrętami (jeśli ktoś nie wie, o co mi chodzi, to niech napisze - podam przykład). Kłamie się ze strachu przed karą, chcąc się usprawiedliwić, podnieść poczucie własnej wartości – to chyba najczęściej podawane przez wszystkich (ale nie w ankiecie) powody. Na koniec zostają jeszcze kłamstwa potężne, jak oszustwa typowo dla zysku, z pobudek, eee, nieczystych (nie wiem, jak je nazwać).

Każdy wie, że kłamstwo może mieć dobre skutki, jednak częściej myślimy o nim jako o złej rzeczy. Co ciekawe, ‘kłamstwo’ nie figuruje na liście 7 grzechów głównych, może myśli się o nim jako o ich efekcie? Kiedyś (chyba na początku studiów) wymyśliłam sobie taki algorytm ‘Rozmawiam z człowiekiem XYZ i mówię kłamstwo. Jeśli XYZ wie, że go kłamię, i jednocześnie zna prawdę lub może się jej w oczywisty sposób domyślać, to wtedy kłamstwa nie ma'. Funkcjonuje to całkiem nieźle na prostych przykładach, np. z tymi obiadami u teściowej i innymi komplementami, jednak co do ważniejszych kwestii - lepsza jest prawda. Albo szczerość. W całej grze życia z innymi ludźmi chodzi o to, żeby się dobrze bawić, ‘żyć i dać żyć innym’, ale jednocześnie móc ufać, cieszyć się zaufaniem innych i przede wszystkim – nie okłamywać samego siebie (to już chyba byłaby patologia :P). I chciałam jeszcze dodać, że kłamstwo wiąże się jednak z wyrzutami sumienia i choć czasami jest najprostszym rozwiązaniem, w ważnych dla nas sprawach raczej rzadko po nie sięgamy (przykładowo – ile da się okłamywać najlepszego przyjaciela, no i po co w ogóle, skoro to przyjaciel? ;) ).




Skupiając się jednak na podsumowaniu ankiety: Zdecydowana większość dopuszcza użycie kłamstwa w szczególnych (pewnie definiowanych każdorazowo ;) ) okolicznościach. Powody, czy też usprawiedliwienia bywają różne, jednak 4 osoby stwierdziły, że kłamać (w stosownej sytuacji), można bezwarunkowo – i to wydaje mi się uczciwym podejściem ;). Zdaniem jednej persony w ogóle nie ma co się przejmować okresowym mijaniem się z prawdą ;). Jeśli chodzi o odpowiedzi ‘na nie’ (co najmniej dwie osoby) przodował argument logiczny i znany pewnie wszystkim – kłamstwo zdecydowanie prowadzi do kłamstw kolejnych, trochę usprawiedliwiających to pierwsze, dbających, by się w nowych okolicznościach nie ujawniło. Co dziwne, nikt nie zaznaczył, że nie powinno się kłamać, bo to coś złego :P. Czyli albo po prostu się złego nie boimy, albo ciężko jednoznacznie zakwalifikować kłamstwo do tej grupy. Trzy osoby wymyśliły jeszcze inny powód (ale żadna się nim nie podzieliła), i również trzy uzależniają swoją opinię od konkretnej sytuacji.

W mojej sprawie, jak już pisałam zainteresowanym, wybrałam kłamstwo ‘najbardziej white z możliwych’, i póki co efektów ubocznych nie widzę ;). Wiem, że post jest bardzo słaby (mało mi się podoba), ale po kilku dniach zastanawiania, nie jestem w stanie sklecić nic lepszego, a ankieta już się upominała.


Tak w ogóle:
Kto wymyślił termin składania prac do 27 stycznia :( ?

Compiègne szykuje się na zimę: miasto zastawiono choinkami i można spotkać ludzi wyglądających jak ghostbusters, którzy opryskują je białym tworzywem śniegopodobnym. 10 grudnia jadę na wycieczkę erasmusową do Szampanii, cieeeeszę się ;).

Wypowiedź dnia pana od wibromechaniki: ‘I can teach you how to see matrices, not only on the blackboard, today you will dream about my matrices’ – zaczęliśmy układy o wielu stopniach swobody dynamicznej ;).

Jest nowa ankieta, w której aż dziw bierze, że ktoś się potrafi znaleźć :P (poza jedną dziewczynką, dla której owa ankieta powstała ;) ). Możemy się umówić, że jak dla kogoś brakło odpowiedzi, niech wybierze ostatnią – nie wyobrażam sobie kogoś kto w staropanieństwie nie chciał by mieć pociechy w postaci kotów.

Wejdźcie na wikipediową definicję kłamstwa - jest tam opisany 'test D'. Po przeczytaniu pierwszego zdania, przezwyciężcie ochotę dalszego czytania i wykonajcie polecenie ;).