W miniony czwartek doprowadziłam do końca coś, co rozpoczęłam niemal 5,5 roku temu :). Wtedy to, jako dwie nieznające świata ni życia istoty, postanowiłyśmy z Mireczką wybrać się na drugie studia - Mirka wybrała matematykę, natomiast ja poszłam na Technologię Chemiczną, z której kilka dni temu obroniłam tytuł inżyniera.
Powtarzałam już wiele razy, że gdyby moje przyszłe dziecko chciało iść na drugi kierunek strzeliłabym je w głowę, i kazała zapisać się na jakieś koło naukowe, względnie wolontariat. Nie stoi to w sprzeczności z tym, że zdecydowanie nie żałuję podjętej na pierwszym roku decyzji :P.
Studiowanie chemii nieco wzbogaciło mój sposób rozumienia świata - w wiedzę z zakresu termodynamiki i adsorpcji dajmy na to (próbowało też w wiedzę o surowcach energetycznych ciekłych, ale się nie udało) - ale przede wszystkim nauczyło mnie życia. Dbania o swoje interesy i starania się o to, na czym mi zależy, wyrobiło odwagę w kontaktach z ludźmi, jeszcze raz pokazało, że jeśli się jest fair wobec kogoś, to ten ktoś również będzie się zachowywał w porządku wobec nas. Poznałam sposób nauczania na drugiej uczelni (plus zorientowałam się, że studenci mają przeogromne problemy z matematyką), poznałam też wspaniałych ludzi, którzy mi wielokrotnie pomagali (pozdro dla Pani Dziekan, Pani Promo i paru innych Pań i Panów :) ) i pozwalali na wiele rzeczy tylko dlatego, że widzieli, że tego naprawdę potrzebowałam.
Każdy, kto kiedykolwiek próbował studiować dwa kierunki na dwóch różnych uczelniach wie, ile to kosztuje. Cena dwóch tytułów składa się z czasu i emocji, jakie musiało się współdzielić (oddać?) nauce i ludziom tej nauce towarzyszącym. Milion uśmiechów przewyższał liczbę łez, próśb, szaleńczej gimnastyki ciała i szarych komórek, które usiłowały dopasować się do tempa życia i do planu zajęć. Nieprzespane noce i przespane wykłady. Imprezy, z których się wychodziło - bo nauka, i imprezy tą samą nauką wywołane. Wszystko, co pozwoliło mi dobrze zapamiętać i miło wspominać te lata ;).
Dziękuję tutaj jeszcze raz wszystkim, którzy mieli dla mnie wiele zrozumienia w tym czasie, którzy mi pomagali (także bez mojej prośby, czy nawet Spojrzenia), którzy mi towarzyszyli w drodze. To naprawdę nie tylko mój sukces :).
I standardowo - dla ciekawych świata zamieszczam wstęp do mojej pracy inżynierskiej :P.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 1 lutego 2015
niedziela, 29 czerwca 2014
Czytelnia
Wczoraj wyprowadziłam się z akademika - po raz ostatni. Wzbudziło to tak mało emocji, jak wzbudza po prostu zostawianie jednego miejsca, i przeniesienie się do nowego - a poza małym pokoikiem i widokami na Piknik Lotnictwa na tle Krakowa, niczego (ani nikogo) wczoraj nie zostawiałam. Korzystając jednak z okazji, chciałam napisać dwa słowa na temat, który chodził za mną od dawna - o polskich czytelniach. Przepraszam przy okazji, bo wyszło mi bardzo długo - mam nadzieję, że znajdą się tacy, którzy doczytają do końca.
Każdy użytkownik książki wie, że w bliskim otoczeniu biblioteki istnieje takie egzotyczne miejsce o nazwie 'Czytelnia'. Może i kiedyś służyło atmosferą i wyposażeniem do czytania czasopism, powieści, do spędzania czasu. Ja jednak znam je bardziej jako miejsce przeznaczone do nauki, przy pomocy środków, które nie są dostępne w domu. Drogie, rzadkie lub zagraniczne (lub wszystko razem) książki naukowe, elektroniczne bazy danych (i personel potrafiący wskazać w nich ścieżki na skróty), czasopisma branżowe - zasoby na wyciągnięcie ręki, o których nie śniło się Internetowi (zwłaszcza temu w domu). Brakuje trochę czekolady/pizzy i kawy, ale już walory z poprzedniego zdania powinny przekonać większość studentów do choć sporadycznych odwiedzin. Tymczasem, wbrew wszystkiemu, czytelnie na obydwóch moich uczelniach świecą zazwyczaj pustkami, z rzadka poprzecinanymi sylwetkami młodych ludzi, którzy naprawdę musieli z przybytku naukowego skorzystać.
Zostawmy leniwych studentów, którzy książki (każde) traktują jak zło konieczne (albo niekonieczne w sumie), zostawmy wszystkich idących po linii najmniejszego oporu, i skupmy się na duszyczkach, które jednak czasem by sobie poczytały na interesujący temat. Dodam dla porządku, że jestem osobą, która w każdym bibliotekarzu widzi przyjazną duszę, i za takąż jest postrzegana przez nich. Biblioteki lubię.
Problem z czytelniami jest dość nietypowy - po prostu się nie opłaca. Tutaj opowiem Wam historyjkę z wczoraj.
Chciałam bowiem skorzystać z norm. Normy wydaje w Polsce Polski Komitet Normalizacyjny, zawierają szczegółowe standardy i instrukcje dotyczące właściwie wszystkiego, z czym się na co dzień (lub nieco rzadziej) można spotkać. Od normy 'Wymiary kocy do spania', po 'Badania geotechniczne - Badania laboratoryjne gruntów - Część 8: Badanie gruntów nieskonsolidowanych w aparacie trójosiowego ściskania bez odpływu wody'. Problem z normami z kolei polega na tym, że oficjalny dostęp do nich jest płatny (i to nie mało), poza tym często trafia się na teksty: 'żeby zbadać nasiąkliwość, przygotuj próbkę wg normy A, po czym wykonaj badanie z normy B. Wyniki muszą spełniać standardy z normy C. (ad infinitum)'. Te normy można sobie dowolnie przeglądać w czytelniach uczelnianych, prócz tego, na mojej drugiej uczelni można nawet wydrukować tzw. kopię dydaktyczną, czyli do 30% dokumentu (a na pierwszej uczelni pozwalają tylko przepisywać, czym skutecznie zniechęcają i tych nielicznych klientów). Sposoby nieoficjalne przeglądania norm pomijam.
Poszłam sobie zatem na moją drugą uczelnię, by nacieszyć oko i umysł ich bazami. Zapakowałam do plecaka komputer z oprzyrządowaniem, książkę branżową, notatnik, piórnik, kalkulator i inne niezbędne rzeczy, i chciałam udać się do czytelni zbiorów specjalnych, mieszczącej się na drugim piętrze. W tym momencie stanęłam przed rzeczywistym problemem poruszanym w tym poście - mianowicie przed szatnią.
Wchodząc do dowolnej czytelni, nie tylko trzeba koniecznie zostawić wierzchnie odzienie, ale także wszelkie torby, reklamówki i plecaki. Jeśli się chce korzystać z czegoś na miejscu - trzeba to nieść w rękach, co nie jest łatwe w przypadku zestawu wypisanego 2 akapity wyżej. W każdym razie dialog z pochmurną panią szatniarką wyglądał w ten sposób:
- Dzień dobry.
- ... (plus ruch ręki po mój plecak, z którego (znając obowiązujące wzorce zachowań czytelnianych) zaczęłam wyjmować wszystkie niemal rzeczy)
- Jest dzisiaj otwarty dział zbiorów specjalnych, prawda? (wszak sobota)
- Tak, jest, ale do szesnastej tylko.
- W porządku. A mogę prosić o koszyk na moje rzeczy? (panuje tu zwyczaj noszenia rzeczy w koszykach sklepowych, dostępnych w szatni na życzenie. Jak już pozwoliłam sobie zaznaczyć, cały proces polega na przenoszeniu niemal całej zawartości wygodnego plecaka do niewygodnego koszyka, z którego laptop wystaje tak, że nie da się go nieść normalnie, korzystając z rączek (koszykowych :P) )
- Nie dam pani.
- Eee? Dlaczego? (czyżbym obraziła jakieś biblioteczne bóstewka lub duchy? Czym?!?)
- Bo koszyki dajemy tylko do czytelni. Czytelnia za nie płaciła, a wie pani, to jest plastik, i łatwo zniszczyć. (myślałam, że spadnę)
- No to co powinnam zrobić, jeśli chcę wziąć to wszystko do czytelni zbiorów specjalnych? (czysto z przekory, plus wymowne spojrzenie na zebrany na ladzie stosik)
- W rękach ponieść.
- A nie wydaje się to pani trochę nielogiczne? (może i nie powinnam, ale Bóg mi świadkiem, oczekiwałam tylko zrozumienia, potwierdzenia, że to nie ja mam wygórowane oczekiwania wobec czytelni jednej z największych polskich uczelni, tylko system jest lekko wadliwy)
- Nie wiem, takie są przepisy. Jak pani nie chce, niech pani nie korzysta. (olabogarety)
- ...
- No dobrze, dam pani tym razem ten koszyk, ale proszę pamiętać, że tak już nie będzie. (no pewnie, że nie, za każdym następnym razem będę szła po prostu do 'czytelni')
- Dziękuję, postaram się nie zniszczyć. Do widzenia.
- ...
Tak wyglądała sytuacja nie raz i nie dwa (chociaż z odmową wydania koszyka spotkałam się wczoraj po raz pierwszy). W czytelni mojej pierwszej uczelni szatnia znajduje się piętro niżej, a rzeczy pakuje się do specjalnego worka (w domyśle - do worka wszystko drobne, do drugiej ręki laptop). Jasne, że bardzo często z niektórych zabranych rzeczy się nie skorzysta (przykładowo w sobotę okazało się, że nie muszę włączać laptopa, bo szukanie norm skutecznie zajęło mi czas do tej 16), ale jednak mogłoby się. Jeśli już planuję czas w czytelni, chcę go naukowo wykorzystać, korzystając ze wszystkiego, co jest mi potrzebne. A tematy techniczne niestety potrzebują czasem kalkulatora, czy laptopa z czymś innym niż pakiet office (albo po prostu z początkiem wcześniejszej pracy). Dodajmy do tego wysokie ceny za kserowanie i drukowanie (o ile w ogóle jest zgoda na coś takiego), zakaz spożywania czegokolwiek - i już widać, dlaczego każdy raczej stara się unikać tych skarbnic wiedzy i możliwości. Powtórzę zdanie wcześniejsze - po prostu się nie opłaca.
A każde utrudnienie boli - zwłaszcza kogoś, kto ma w pamięci biblioteko-czytelnię z Compiegne, gdzie ciężko było o miejsce siedzące, gwar rozmów plus/minus naukowych o dziwo pozwalał się skupić, a wejść do przybytku mógł każdy z ulicy - z dowolnym plecakiem, kurtką i kanapką. I wiecie co? Ludzie i tak zostawiali kurtki zimą w szatni - bo tak jest przecież wygodniej. Nie planowali posiłków w czytelni, bo przecież czytelnia nie służy do tego (choć nie musieli się kryć z cukierkami). Nie wynosili książek, materiałów bo przecież mogli mieć do nich dostęp w każdej chwili, ewentualnie mogli sobie je dowolnie kserować. Nie zawsze kontrola i ograniczanie wolności są niezbędne - a często wręcz ograniczają rozwój.
Mogłabym jeszcze poruszyć wiele kwestii przy tym temacie. Nie ma przykładowo kultury chodzenia do czytelni, żeby się czegoś dowiedzieć, czy poczytać o 'interesującym' zagadnieniu. Można wspomnieć, że profesorowie zazwyczaj w spisie literatury do przedmiotu podają po prostu podręcznik i autora - nie dbając za bardzo o to, że student zazwyczaj w ogóle nie jest w temacie, więc wszystko jest dla niego trudne i nowe. Pozycja ma min 200 stron (a bywają takie po 600), a studencina nie dość, że z natury niechętny, nie wie, od czego ma zacząć - czytanie książek naukowych 'po kolei' jest na tym poziomie (a może na każdym?) bez sensu, pomijając ilość czasu, jaką by zajęło. W efekcie nie czyta się nic, a wystarczyłoby, gdyby rzeczony profesor podał numer rozdziału, czy nawet zakres stron z konkretnego wydania. Przykłady można mnożyć.
Noo, to sobie ponarzekałam :P. Ważne w całym poście (poza uwagą dotyczącą czytelni) jest to, że nawet jeśli system nie działa zbyt dobrze, istotne jest nastawienie ludzi, którzy stali się jego częścią. Nie mówię o przekraczaniu 'prawa', łamaniu zasad, ale o zwykłej uprzejmości, myśleniu o potrzebach innych, rozumieniu ich sytuacji. Jak profesor dbający o studentów, jak pani szatniarka. Tak w ogóle, przez cały czas naszej rozmowy, usłyszałam tylko jedno 'uprzejme' słowo - 'do widzenia', gdy oddawałam koszyk. Dbajmy o siebie nawzajem :).
Każdy użytkownik książki wie, że w bliskim otoczeniu biblioteki istnieje takie egzotyczne miejsce o nazwie 'Czytelnia'. Może i kiedyś służyło atmosferą i wyposażeniem do czytania czasopism, powieści, do spędzania czasu. Ja jednak znam je bardziej jako miejsce przeznaczone do nauki, przy pomocy środków, które nie są dostępne w domu. Drogie, rzadkie lub zagraniczne (lub wszystko razem) książki naukowe, elektroniczne bazy danych (i personel potrafiący wskazać w nich ścieżki na skróty), czasopisma branżowe - zasoby na wyciągnięcie ręki, o których nie śniło się Internetowi (zwłaszcza temu w domu). Brakuje trochę czekolady/pizzy i kawy, ale już walory z poprzedniego zdania powinny przekonać większość studentów do choć sporadycznych odwiedzin. Tymczasem, wbrew wszystkiemu, czytelnie na obydwóch moich uczelniach świecą zazwyczaj pustkami, z rzadka poprzecinanymi sylwetkami młodych ludzi, którzy naprawdę musieli z przybytku naukowego skorzystać.
Zostawmy leniwych studentów, którzy książki (każde) traktują jak zło konieczne (albo niekonieczne w sumie), zostawmy wszystkich idących po linii najmniejszego oporu, i skupmy się na duszyczkach, które jednak czasem by sobie poczytały na interesujący temat. Dodam dla porządku, że jestem osobą, która w każdym bibliotekarzu widzi przyjazną duszę, i za takąż jest postrzegana przez nich. Biblioteki lubię.
Problem z czytelniami jest dość nietypowy - po prostu się nie opłaca. Tutaj opowiem Wam historyjkę z wczoraj.
Chciałam bowiem skorzystać z norm. Normy wydaje w Polsce Polski Komitet Normalizacyjny, zawierają szczegółowe standardy i instrukcje dotyczące właściwie wszystkiego, z czym się na co dzień (lub nieco rzadziej) można spotkać. Od normy 'Wymiary kocy do spania', po 'Badania geotechniczne - Badania laboratoryjne gruntów - Część 8: Badanie gruntów nieskonsolidowanych w aparacie trójosiowego ściskania bez odpływu wody'. Problem z normami z kolei polega na tym, że oficjalny dostęp do nich jest płatny (i to nie mało), poza tym często trafia się na teksty: 'żeby zbadać nasiąkliwość, przygotuj próbkę wg normy A, po czym wykonaj badanie z normy B. Wyniki muszą spełniać standardy z normy C. (ad infinitum)'. Te normy można sobie dowolnie przeglądać w czytelniach uczelnianych, prócz tego, na mojej drugiej uczelni można nawet wydrukować tzw. kopię dydaktyczną, czyli do 30% dokumentu (a na pierwszej uczelni pozwalają tylko przepisywać, czym skutecznie zniechęcają i tych nielicznych klientów). Sposoby nieoficjalne przeglądania norm pomijam.
Poszłam sobie zatem na moją drugą uczelnię, by nacieszyć oko i umysł ich bazami. Zapakowałam do plecaka komputer z oprzyrządowaniem, książkę branżową, notatnik, piórnik, kalkulator i inne niezbędne rzeczy, i chciałam udać się do czytelni zbiorów specjalnych, mieszczącej się na drugim piętrze. W tym momencie stanęłam przed rzeczywistym problemem poruszanym w tym poście - mianowicie przed szatnią.
Wchodząc do dowolnej czytelni, nie tylko trzeba koniecznie zostawić wierzchnie odzienie, ale także wszelkie torby, reklamówki i plecaki. Jeśli się chce korzystać z czegoś na miejscu - trzeba to nieść w rękach, co nie jest łatwe w przypadku zestawu wypisanego 2 akapity wyżej. W każdym razie dialog z pochmurną panią szatniarką wyglądał w ten sposób:
- Dzień dobry.
- ... (plus ruch ręki po mój plecak, z którego (znając obowiązujące wzorce zachowań czytelnianych) zaczęłam wyjmować wszystkie niemal rzeczy)
- Jest dzisiaj otwarty dział zbiorów specjalnych, prawda? (wszak sobota)
- Tak, jest, ale do szesnastej tylko.
- W porządku. A mogę prosić o koszyk na moje rzeczy? (panuje tu zwyczaj noszenia rzeczy w koszykach sklepowych, dostępnych w szatni na życzenie. Jak już pozwoliłam sobie zaznaczyć, cały proces polega na przenoszeniu niemal całej zawartości wygodnego plecaka do niewygodnego koszyka, z którego laptop wystaje tak, że nie da się go nieść normalnie, korzystając z rączek (koszykowych :P) )
- Nie dam pani.
- Eee? Dlaczego? (czyżbym obraziła jakieś biblioteczne bóstewka lub duchy? Czym?!?)
- Bo koszyki dajemy tylko do czytelni. Czytelnia za nie płaciła, a wie pani, to jest plastik, i łatwo zniszczyć. (myślałam, że spadnę)
- No to co powinnam zrobić, jeśli chcę wziąć to wszystko do czytelni zbiorów specjalnych? (czysto z przekory, plus wymowne spojrzenie na zebrany na ladzie stosik)
- W rękach ponieść.
- A nie wydaje się to pani trochę nielogiczne? (może i nie powinnam, ale Bóg mi świadkiem, oczekiwałam tylko zrozumienia, potwierdzenia, że to nie ja mam wygórowane oczekiwania wobec czytelni jednej z największych polskich uczelni, tylko system jest lekko wadliwy)
- Nie wiem, takie są przepisy. Jak pani nie chce, niech pani nie korzysta. (olabogarety)
- ...
- No dobrze, dam pani tym razem ten koszyk, ale proszę pamiętać, że tak już nie będzie. (no pewnie, że nie, za każdym następnym razem będę szła po prostu do 'czytelni')
- Dziękuję, postaram się nie zniszczyć. Do widzenia.
- ...
Tak wyglądała sytuacja nie raz i nie dwa (chociaż z odmową wydania koszyka spotkałam się wczoraj po raz pierwszy). W czytelni mojej pierwszej uczelni szatnia znajduje się piętro niżej, a rzeczy pakuje się do specjalnego worka (w domyśle - do worka wszystko drobne, do drugiej ręki laptop). Jasne, że bardzo często z niektórych zabranych rzeczy się nie skorzysta (przykładowo w sobotę okazało się, że nie muszę włączać laptopa, bo szukanie norm skutecznie zajęło mi czas do tej 16), ale jednak mogłoby się. Jeśli już planuję czas w czytelni, chcę go naukowo wykorzystać, korzystając ze wszystkiego, co jest mi potrzebne. A tematy techniczne niestety potrzebują czasem kalkulatora, czy laptopa z czymś innym niż pakiet office (albo po prostu z początkiem wcześniejszej pracy). Dodajmy do tego wysokie ceny za kserowanie i drukowanie (o ile w ogóle jest zgoda na coś takiego), zakaz spożywania czegokolwiek - i już widać, dlaczego każdy raczej stara się unikać tych skarbnic wiedzy i możliwości. Powtórzę zdanie wcześniejsze - po prostu się nie opłaca.
A każde utrudnienie boli - zwłaszcza kogoś, kto ma w pamięci biblioteko-czytelnię z Compiegne, gdzie ciężko było o miejsce siedzące, gwar rozmów plus/minus naukowych o dziwo pozwalał się skupić, a wejść do przybytku mógł każdy z ulicy - z dowolnym plecakiem, kurtką i kanapką. I wiecie co? Ludzie i tak zostawiali kurtki zimą w szatni - bo tak jest przecież wygodniej. Nie planowali posiłków w czytelni, bo przecież czytelnia nie służy do tego (choć nie musieli się kryć z cukierkami). Nie wynosili książek, materiałów bo przecież mogli mieć do nich dostęp w każdej chwili, ewentualnie mogli sobie je dowolnie kserować. Nie zawsze kontrola i ograniczanie wolności są niezbędne - a często wręcz ograniczają rozwój.
Mogłabym jeszcze poruszyć wiele kwestii przy tym temacie. Nie ma przykładowo kultury chodzenia do czytelni, żeby się czegoś dowiedzieć, czy poczytać o 'interesującym' zagadnieniu. Można wspomnieć, że profesorowie zazwyczaj w spisie literatury do przedmiotu podają po prostu podręcznik i autora - nie dbając za bardzo o to, że student zazwyczaj w ogóle nie jest w temacie, więc wszystko jest dla niego trudne i nowe. Pozycja ma min 200 stron (a bywają takie po 600), a studencina nie dość, że z natury niechętny, nie wie, od czego ma zacząć - czytanie książek naukowych 'po kolei' jest na tym poziomie (a może na każdym?) bez sensu, pomijając ilość czasu, jaką by zajęło. W efekcie nie czyta się nic, a wystarczyłoby, gdyby rzeczony profesor podał numer rozdziału, czy nawet zakres stron z konkretnego wydania. Przykłady można mnożyć.
Noo, to sobie ponarzekałam :P. Ważne w całym poście (poza uwagą dotyczącą czytelni) jest to, że nawet jeśli system nie działa zbyt dobrze, istotne jest nastawienie ludzi, którzy stali się jego częścią. Nie mówię o przekraczaniu 'prawa', łamaniu zasad, ale o zwykłej uprzejmości, myśleniu o potrzebach innych, rozumieniu ich sytuacji. Jak profesor dbający o studentów, jak pani szatniarka. Tak w ogóle, przez cały czas naszej rozmowy, usłyszałam tylko jedno 'uprzejme' słowo - 'do widzenia', gdy oddawałam koszyk. Dbajmy o siebie nawzajem :).
piątek, 21 lutego 2014
Bajzel naukowy
Przepraszam, dziś post z cyklu narzekających :(. Projekt przytłacza.
Nie wiem, czy już pisałam, ale rzeczą straszną w dowolnej nauce jest bajzel robiony przez ludzi. Żyją sobie oni w różnych zakątkach świata i w różnych zakątkach nauki właśnie, niosąc z sobą lokalne naleciałości i przyzwyczajenia. Bajzel naukowy, ogólnie rzecz biorąc, polega na tym, że jedna literka oznacza wiele rzeczy - w zależności od podręcznika, autora, wąskiej dziedziny, w jaką akurat trafiliśmy i, jak mniemam, od wielu innych rzeczy.
W matematyce i mechanice dobrym przykładem jest nieścisłe oznaczanie liczb, zmiennych, macierzy i wektorów, które sobie często występują razem w równaniu. Mamy do dyspozycji normalną czcionkę, kursywę, pogrubienie, spory wybór podkreśleń i nadkreśleń, a i tak co nauczyciel to inne oznaczenia. I pół biedy jeśli są spójne..
Problemem naczelnym zdaje się być niedostateczna liczba znaków w alfabecie łacińskim i greckim, by pokryć naukowe zapotrzebowania. Zdarza się, że jedna literka w związku z tym występuje kilkukrotnie w danej nauce, i tylko od kontekstu zależy, co dokładnie oznacza. Niewprawny (czyli przykładowo studiujący :P) czytelnik ma zatem czasem problem ze zrozumieniem wzoru i zdarza się, że podstawia zupełnie nie te rzeczy, co potrzeba (pomijam wstawianie temperatury w kelwinach zamiast w stopniach Celsjusza :P). Literki zmieniają także znaczenie w zależności od gałęzi wiedzy - mogę wspomnieć elektrotechnikę, gdzie jednostkę urojoną oznacza się przez 'j', gdyż małe 'i' zarezerwowane jest dla natężenia prądu (zmiennego w czasie, jak mi wyjaśniono niedawno :P). Siły tnące mogą być zarówno 'Q', jak i 'T', ewentualnie 'V', przy czym nie mam pojęcia od czego to zależy. Ciekawostką dla mnie było także francuskie oznaczanie przyśpieszenia nie przez 'a', tylko za pomocą 'gammy'. Robi się ciekawie :P.
Jednak uważam, ze ze wszystkich nauk, jakich kiedykolwiek kosztowałam (bo nie zagłębiałam się zazwyczaj :P), największy rozgardiasz panuje w chemii, gdzie niemal wszystko może być nie tym, co użytkownik uważa. Najłatwiej wspomnieć rozmaite ułamki, stężenia, stosunki, występujące w odmianach: molowe, masowe i objętościowe, cieczy i gazów. Ułamek masowy w fazie ciekłej jest oznaczany przez małe 'x', a duże 'X' pokazuje stosunek masowy (dwie różne rzeczy). Konia z rzędem temu, kto odróżni na tablicy małe 'x' od dużego 'X', małe 'p' od dużego 'P'. W związku z powyższym 'przenoszenie masy - ćwiczenia' było ciężkim przedmiotem :P. Jeśli komuś będzie dana naukowa kariera - proszę, pamiętajcie o tym :).
Chciałam jeszcze opowiedzieć o tym, co bezpośrednio skłoniło mnie do napisania posta - o lepkości dynamicznej (bo jest jeszcze kinematyczna), oznaczanej przez greckie eta, albo mi, zależy co się komu uwidziało. Robiąc dzisiaj projekt, potrzebowałam ją policzyć. Wzoru nie miałam (chyba nie zapisałam), za to dysponowałam podanymi przez panią stałymi dla konkretnych substancji. Nie mając zbyt wielu książek chemicznych w zasięgu ręki, zapytałam googli (może mój błąd?). Nie podały mi rozwiązania, które by mi przypadło do gustu, natomiast znalazłam na dwóch różnych stronach wzory, które mnie zaintrygowały:
Pierwszy:
i drugi:
Nie trzeba jakoś specjalnie znać matematyki, by zauważyć, że z jednego nijak nie da się otrzymać drugiego. Pewnym ratunkiem mogłyby być różne stałe A i B (żadna ze stron ich nie podaje), ale jakoś mi się nie wydaje, by panowie Arrhenius i G... (ciężko powiedzieć, patrząc na wycinki :P) opracowali dwa zestawy stałych (choć mogę się mylić, i każdy z nich mógł podać osobny wzór, który został niefortunnie podpisany). I nigdy nie wiem, co mam w takiej sytuacji robić (poza przewertowaniem kolejnych stron/książek). Mogę dodać, że żaden nie daje dobrych rezultatów dla moich A i B. Ehh.
PS (godzinę po napisaniu posta) Na wiki odkryłam wzór, który uzależnia gęstość (zmieniłam obiekt zainteresowania) od cosinusa temperatury. Nic mnie nie zdziwi już chyba. (wzór na samym dole) :).
Nie wiem, czy już pisałam, ale rzeczą straszną w dowolnej nauce jest bajzel robiony przez ludzi. Żyją sobie oni w różnych zakątkach świata i w różnych zakątkach nauki właśnie, niosąc z sobą lokalne naleciałości i przyzwyczajenia. Bajzel naukowy, ogólnie rzecz biorąc, polega na tym, że jedna literka oznacza wiele rzeczy - w zależności od podręcznika, autora, wąskiej dziedziny, w jaką akurat trafiliśmy i, jak mniemam, od wielu innych rzeczy.
W matematyce i mechanice dobrym przykładem jest nieścisłe oznaczanie liczb, zmiennych, macierzy i wektorów, które sobie często występują razem w równaniu. Mamy do dyspozycji normalną czcionkę, kursywę, pogrubienie, spory wybór podkreśleń i nadkreśleń, a i tak co nauczyciel to inne oznaczenia. I pół biedy jeśli są spójne..
Problemem naczelnym zdaje się być niedostateczna liczba znaków w alfabecie łacińskim i greckim, by pokryć naukowe zapotrzebowania. Zdarza się, że jedna literka w związku z tym występuje kilkukrotnie w danej nauce, i tylko od kontekstu zależy, co dokładnie oznacza. Niewprawny (czyli przykładowo studiujący :P) czytelnik ma zatem czasem problem ze zrozumieniem wzoru i zdarza się, że podstawia zupełnie nie te rzeczy, co potrzeba (pomijam wstawianie temperatury w kelwinach zamiast w stopniach Celsjusza :P). Literki zmieniają także znaczenie w zależności od gałęzi wiedzy - mogę wspomnieć elektrotechnikę, gdzie jednostkę urojoną oznacza się przez 'j', gdyż małe 'i' zarezerwowane jest dla natężenia prądu (zmiennego w czasie, jak mi wyjaśniono niedawno :P). Siły tnące mogą być zarówno 'Q', jak i 'T', ewentualnie 'V', przy czym nie mam pojęcia od czego to zależy. Ciekawostką dla mnie było także francuskie oznaczanie przyśpieszenia nie przez 'a', tylko za pomocą 'gammy'. Robi się ciekawie :P.
Jednak uważam, ze ze wszystkich nauk, jakich kiedykolwiek kosztowałam (bo nie zagłębiałam się zazwyczaj :P), największy rozgardiasz panuje w chemii, gdzie niemal wszystko może być nie tym, co użytkownik uważa. Najłatwiej wspomnieć rozmaite ułamki, stężenia, stosunki, występujące w odmianach: molowe, masowe i objętościowe, cieczy i gazów. Ułamek masowy w fazie ciekłej jest oznaczany przez małe 'x', a duże 'X' pokazuje stosunek masowy (dwie różne rzeczy). Konia z rzędem temu, kto odróżni na tablicy małe 'x' od dużego 'X', małe 'p' od dużego 'P'. W związku z powyższym 'przenoszenie masy - ćwiczenia' było ciężkim przedmiotem :P. Jeśli komuś będzie dana naukowa kariera - proszę, pamiętajcie o tym :).
Chciałam jeszcze opowiedzieć o tym, co bezpośrednio skłoniło mnie do napisania posta - o lepkości dynamicznej (bo jest jeszcze kinematyczna), oznaczanej przez greckie eta, albo mi, zależy co się komu uwidziało. Robiąc dzisiaj projekt, potrzebowałam ją policzyć. Wzoru nie miałam (chyba nie zapisałam), za to dysponowałam podanymi przez panią stałymi dla konkretnych substancji. Nie mając zbyt wielu książek chemicznych w zasięgu ręki, zapytałam googli (może mój błąd?). Nie podały mi rozwiązania, które by mi przypadło do gustu, natomiast znalazłam na dwóch różnych stronach wzory, które mnie zaintrygowały:
Pierwszy:
i drugi:
Nie trzeba jakoś specjalnie znać matematyki, by zauważyć, że z jednego nijak nie da się otrzymać drugiego. Pewnym ratunkiem mogłyby być różne stałe A i B (żadna ze stron ich nie podaje), ale jakoś mi się nie wydaje, by panowie Arrhenius i G... (ciężko powiedzieć, patrząc na wycinki :P) opracowali dwa zestawy stałych (choć mogę się mylić, i każdy z nich mógł podać osobny wzór, który został niefortunnie podpisany). I nigdy nie wiem, co mam w takiej sytuacji robić (poza przewertowaniem kolejnych stron/książek). Mogę dodać, że żaden nie daje dobrych rezultatów dla moich A i B. Ehh.
PS (godzinę po napisaniu posta) Na wiki odkryłam wzór, który uzależnia gęstość (zmieniłam obiekt zainteresowania) od cosinusa temperatury. Nic mnie nie zdziwi już chyba. (wzór na samym dole) :).
sobota, 25 stycznia 2014
Magisterium
No i doczekałam się kropki ;).
Plus minus pięć i pół roku temu rozpoczęłam studia budowlane. Rozpoczęłam je wykładem z mechaniki teoretycznej, biletem miesięcznym, nadzieją i ciekawością, jednak (czemu się teraz dziwię) przede wszystkim przerażeniem. Przerażało mnie miasto, przerażali nowi ludzie, przerażały całki i różniczki, przerażał przedmiot o nazwie 'konstrukcje sprężone i prefabrykowane', który majaczył gdzieś na dole rozpiski toku studiów. O trzech literkach przed nazwiskiem i bezpośrednio je poprzedzających trudach jeszcze nie myślałam - dość było potworów wcześniej.
Życie pokazało, jak naprawdę wyglądało studiowanie. Abstrahując od miliona ludzi, chwil, przeżyć, wspomnień (które gdzieś sobie chowam, także na tym blogu), studia nauczyły mnie wiele. Pokazały mi przede wszystkim jak patrzeć na świat pod kątem mechaniki i fizyki, jak dostrzegać zjawiska i czuć potrzebę ich wyjaśnienia. To jest właśnie humanizm studiów inżynierskich.
Poznałam wiele osób, które historia nazwie dobrymi pedagogami i prawdziwymi naukowcami. Poznałam także ludzi, którzy nigdy na uczelnię nie powinni trafić. Przesiedziałam wiele godzin (które rozciągały się na noce nieraz) nad projektami/rysunkami/zwierzeniami, złościłam się, cieszyłam, płakałam i śmiałam się. Dochodziłam do granic - by zobaczyć nowy horyzont (w rejonach granicy plastyczności).
Plus minus pięć i pół roku temu rozpoczęłam studia budowlane. Rozpoczęłam je wykładem z mechaniki teoretycznej, biletem miesięcznym, nadzieją i ciekawością, jednak (czemu się teraz dziwię) przede wszystkim przerażeniem. Przerażało mnie miasto, przerażali nowi ludzie, przerażały całki i różniczki, przerażał przedmiot o nazwie 'konstrukcje sprężone i prefabrykowane', który majaczył gdzieś na dole rozpiski toku studiów. O trzech literkach przed nazwiskiem i bezpośrednio je poprzedzających trudach jeszcze nie myślałam - dość było potworów wcześniej.
Życie pokazało, jak naprawdę wyglądało studiowanie. Abstrahując od miliona ludzi, chwil, przeżyć, wspomnień (które gdzieś sobie chowam, także na tym blogu), studia nauczyły mnie wiele. Pokazały mi przede wszystkim jak patrzeć na świat pod kątem mechaniki i fizyki, jak dostrzegać zjawiska i czuć potrzebę ich wyjaśnienia. To jest właśnie humanizm studiów inżynierskich.
Poznałam wiele osób, które historia nazwie dobrymi pedagogami i prawdziwymi naukowcami. Poznałam także ludzi, którzy nigdy na uczelnię nie powinni trafić. Przesiedziałam wiele godzin (które rozciągały się na noce nieraz) nad projektami/rysunkami/zwierzeniami, złościłam się, cieszyłam, płakałam i śmiałam się. Dochodziłam do granic - by zobaczyć nowy horyzont (w rejonach granicy plastyczności).
23 stycznia opowiedziałam (z uśmiechem na ustach, bo jeden slajd jakieś dyslokacje uskuteczniał :P) ośmioosobowej komisji o moim drgającym budynku, na co ta odwdzięczyła się prostymi pytaniami. Potem trzech przemiłych panów pytało mnie o dachy ciesielskie, a następnie poprosiło o przegląd wszystkiego, co im do głowy przyszło z zakresu dynamiki i o kryterium wytężeniowe w mechanice pękania (!?!). A na koniec, wspominany tu kilka razy pan od wytrzymałości, mechaniki kompozytów, mechaniki pękania i kilku innych hobbystycznych mechanik, uścisnął mi mocno rękę i powiedział, że od tej pory jestem panią magister inżynier.
Po kilku nieziemsko stresujących dniach, po kilkunastu nerwowych tygodniach, po paru miesiącach intensywnego myślenia, po tych pięciu latach nauki, niespania, poznawania, położono nam na naszym naukowym torcie wisienkę z łacińską etymologią. Tym słodszą, czerwieńszą i bardziej soczystą, im więcej czasu, pracy i siebie włożyliśmy w proces studiowania. Patrzy się na ten tort, który jest najpiękniejszy na świecie, (i który z marszu umieszcza się w atmosferze azotu, by nie daj czego się nie utlenił), i czuje się nieopisane emocje, z których wybija się radość mieszająca się z ulgą. (Tak naprawdę tą ulgę zrozumiałam dopiero dzisiaj, jedząc kanapkę, patrząc na znany od ponad 5 lat korek na skrzyżowaniu Wiślickiej i Bora-Komorowskiego. Jedząc bez pośpiechu i zastanawiania się, gdzie położyłam notatki x, albo przypominania sobie wzoru y. Ani z jedzenia, ani z patrzenia nie musiało nic wynikać. Takie coś zdarza się tylko przy pakowaniu ogórków :P). :D Ale się cieszę :).
Prócz tej radości i uczuć towarzyszących, nagle odkrywa się jednak, że coś się skończyło. Okropne słowa 'już nigdy nie' wplatają się w zdania i w myśli, jakiś cel został osiągnięty, a nowy jeszcze nie wykiełkował wystarczająco, by przesadzić go do osobnej doniczki. Zostaje pustka i pytanie o dalszą drogę.
Prócz tej radości i uczuć towarzyszących, nagle odkrywa się jednak, że coś się skończyło. Okropne słowa 'już nigdy nie' wplatają się w zdania i w myśli, jakiś cel został osiągnięty, a nowy jeszcze nie wykiełkował wystarczająco, by przesadzić go do osobnej doniczki. Zostaje pustka i pytanie o dalszą drogę.
Ankietę zrobiłam pewnie na wiosnę w tamtym roku - gdy myślałam, że październik będzie miesiącem krytycznym. Moja sytuacja wyjaśni się pewnie końcem marca.
Wiecie, co jest dobre w kropkach? Że zawsze można je zamienić na przecinek lub średnik :).
PS Świeżo upieczonego ( :P ) Magistra wychowało stado ludzi, począwszy od niezrównanej Rodzicielki. Jak w reklamie :P. Dziękuję :).
piątek, 17 stycznia 2014
Półkula i autorytety
Post na specjalne życzenie Wiernej Czytelniczki :), która to przerwała maraton z hipotezami wytężeniowymi (w końcu chyba wiem, o co w nich chodzi!) tym oto testem :). Wyszło mi 13 do 87 dla półkuli prawej (:P), co podsumowałam stwierdzeniem: 'a myślałam, że języki ogarniam i jestem logiczną racjonalistką, ale widzę, że to tylko moja wyobraźnia :)'. Kto zrobi - załapie :).
Korzystając z rozpoczętego posta, opiszę jeszcze jedną rzecz, na którą natknęłam się przypadkiem. Czytając książkę do wytrzymałości materiałów, znalazłam w niej zwrot 'par excelence' (którego dokładnego tłumaczenia jeszcze nie znałam :P). Każdy kto mnie zna, wie, że jestem fanką średników, kształtnych zdań i nietuzinkowych słówek, zwłaszcza w książkach stricte technicznych. Wiadomo - inżynier humanistą być nie musi, jednak sposób pisania i elokwencja wiele mówią o człowieku. Bardzo w moich oczach tracą osoby, które nie potrafią się zdobyć na to, by ich książka była choćby 'możliwa do przeczytania' (a takich niestety od groma). W każdym razie pan zaplusował, więc zapragnęłam pokonwersować z googlami na jego temat.
Zadanie okazało się nie takie łatwe (pan nie istnieje jako hasło na wikipedii), jednak wyszukiwarka zaprowadziła mnie do dwóch stron - wspomnień. Jedne napisał szukany pan, na temat profesora - swojego przyjaciela i mentora, natomiast drugie dotyczyły jego osoby, i zostały przygotowane przez mojego pana od, hmmm, mechaniki kompozytów (pan jest w miarę wszechstronny, ciężko się zdecydować). Oba teksty podlinkowałam, kto nie jest zajęty sesją, niech sobie przeczyta. Tak na marginesie dodam, że ów pan od mechaniki kompozytów też ładną językowo książkę napisał :P.
Ucząc się pilnie do obrony, oczywiście zajęłam się czytaniem tekstów, z których wyłoniły mi się dwie sylwetki inżynierów i pedagogów. Dwa pozytywne opisy, wzbogacone o śmieszne i prywatne historyjki. Dwoje ludzi, których książki mogłabym mieć właśnie na biurku. Są to dobre historie.
Pisałam nie tak dawno o Kompanii Braci, o potrzebie przeżywania mocnych emocji, które są spoiwem łączącym ludzi. Temat dzisiejszy trochę wpasowuje się w tamten - przypadkiem nadziałam się na charakterystykę kogoś, kto powinien mi w ten właśnie sposób zostać przedstawiony - jako autorytet - legenda. Na początku drogi, gdy inżynier kojarzył mi się z panem Mieciem z budowy, gdy próbowałam sobie połączyć nieprawdziwy obraz majstra w gumiakach ze sztucznym wyobrażeniem chuderlaka rozwiązującego równania różniczkowe. Tak naprawdę chyba nie obchodzi mnie, czy wszyscy (albo chociaż autorzy wspomnień) 'lubili' opisywanych panów, czy ich cenili (ze względu na wiedzę z mechaniki, czy raczej wiedzę życiową?), czy zgadzali się z ich decyzjami, czy ich szanowali... Z ludźmi, podobnie jak z całym życiem, jest tak, że po czasie pamięta się przede wszystkim te dobre chwile - i chwała za to :) - więc niech będą to opisy prawdziwe. Prawdziwych ludzi, z których można brać przykład, ludzi blisko.
Korzystając z rozpoczętego posta, opiszę jeszcze jedną rzecz, na którą natknęłam się przypadkiem. Czytając książkę do wytrzymałości materiałów, znalazłam w niej zwrot 'par excelence' (którego dokładnego tłumaczenia jeszcze nie znałam :P). Każdy kto mnie zna, wie, że jestem fanką średników, kształtnych zdań i nietuzinkowych słówek, zwłaszcza w książkach stricte technicznych. Wiadomo - inżynier humanistą być nie musi, jednak sposób pisania i elokwencja wiele mówią o człowieku. Bardzo w moich oczach tracą osoby, które nie potrafią się zdobyć na to, by ich książka była choćby 'możliwa do przeczytania' (a takich niestety od groma). W każdym razie pan zaplusował, więc zapragnęłam pokonwersować z googlami na jego temat.
Zadanie okazało się nie takie łatwe (pan nie istnieje jako hasło na wikipedii), jednak wyszukiwarka zaprowadziła mnie do dwóch stron - wspomnień. Jedne napisał szukany pan, na temat profesora - swojego przyjaciela i mentora, natomiast drugie dotyczyły jego osoby, i zostały przygotowane przez mojego pana od, hmmm, mechaniki kompozytów (pan jest w miarę wszechstronny, ciężko się zdecydować). Oba teksty podlinkowałam, kto nie jest zajęty sesją, niech sobie przeczyta. Tak na marginesie dodam, że ów pan od mechaniki kompozytów też ładną językowo książkę napisał :P.
Ucząc się pilnie do obrony, oczywiście zajęłam się czytaniem tekstów, z których wyłoniły mi się dwie sylwetki inżynierów i pedagogów. Dwa pozytywne opisy, wzbogacone o śmieszne i prywatne historyjki. Dwoje ludzi, których książki mogłabym mieć właśnie na biurku. Są to dobre historie.
Pisałam nie tak dawno o Kompanii Braci, o potrzebie przeżywania mocnych emocji, które są spoiwem łączącym ludzi. Temat dzisiejszy trochę wpasowuje się w tamten - przypadkiem nadziałam się na charakterystykę kogoś, kto powinien mi w ten właśnie sposób zostać przedstawiony - jako autorytet - legenda. Na początku drogi, gdy inżynier kojarzył mi się z panem Mieciem z budowy, gdy próbowałam sobie połączyć nieprawdziwy obraz majstra w gumiakach ze sztucznym wyobrażeniem chuderlaka rozwiązującego równania różniczkowe. Tak naprawdę chyba nie obchodzi mnie, czy wszyscy (albo chociaż autorzy wspomnień) 'lubili' opisywanych panów, czy ich cenili (ze względu na wiedzę z mechaniki, czy raczej wiedzę życiową?), czy zgadzali się z ich decyzjami, czy ich szanowali... Z ludźmi, podobnie jak z całym życiem, jest tak, że po czasie pamięta się przede wszystkim te dobre chwile - i chwała za to :) - więc niech będą to opisy prawdziwe. Prawdziwych ludzi, z których można brać przykład, ludzi blisko.
wtorek, 14 stycznia 2014
Finite incantatem
Radość i utrapienie mojego ostatniego półrocza w poniedziałek zostało wydane w 3 egzemplarzach i stało się plikiem na komputerze read-only. Wychowałam jak dziecko, od małego, od idei. Odchowałam, karmiąc pomysłami (z różnym skutkiem, ale w dobrej wierze), poiłam czasem (swoim i cudzym), zasypiając i budząc się z myślą przy nim (plus raz z głową obok klawiatury), przelewałam ciepło i emocje w obojętną na wszystko stronę bierną. Wyszło jakoś 108-109 stron (zależy jak je numeruję) wraz ze wszystkimi wymyślonymi przez ludzkość spisami i streszczeniem. Kto ma ochotę, może poczytać sobie wstęp. Istnieje dość spore (15 stron!), polskie streszczenie - jeśli ktoś jest zainteresowany, niech w dowolny sposób da mi znać, z chęcią wyślę ;).
Dziękuję wszystkim, którzy dobrym słowem, radą, pomysłem, cierpliwością i wszystkim innym pomogli mi w moim zadaniu. Jesteście kochani, i bez Was byłoby mi dużo, dużo trudniej :).
I trzymajcie za mnie kciuki w dniu obrony :). Do tego czasu mnie nie ma.
Dziękuję wszystkim, którzy dobrym słowem, radą, pomysłem, cierpliwością i wszystkim innym pomogli mi w moim zadaniu. Jesteście kochani, i bez Was byłoby mi dużo, dużo trudniej :).
I trzymajcie za mnie kciuki w dniu obrony :). Do tego czasu mnie nie ma.
niedziela, 5 stycznia 2014
Lagrange na celowniku
3 strony za dzień w 80% rzetelny. Dawno nie było takiej naukowej uczciwości, która jak widać nie weszła w układy z wydajnością. Gdyby Lagrange jeszcze żył, musiałby się dziś ukrywać przed moimi pięknymi skądinąd oczyma, spod których wychylała się żądza mordu. Z braku matematyka zadowala się jabłkami, ale wiadomo jak ciężko utrzymać żądze na wodzy.
Gdyby ktoś potrzebował, energię kinetyczną zaznacza się w anglojęzycznej literaturze literą T. Tak dla zmyłki. I tylko w niektórych książkach.
Wybrałam się w podróż. Dzień był słoneczny, słonecznością bez żadnej chmurki na połaciach głębokiego, ciemnego błękitu. Jechałam jako pasażerka błękitnym (?) kabrioletem, po prostej, pustej, zamiejskiej drodze stanu Nevada (mogę przysiąc, że mignęła mi tabliczka). Z radia leciało głośno sweet child o'mine, a ja uśmiechałam się ze spokojem. Jedziemy. ... .
Nagle, z ostatnią nutą piosenki znalazłam się z powrotem na krześle, wyprostowana, z oczami otwartymi i nie zmęczonymi. Nawet w trakcie przewracania strony. Pierwszy raz mi się to zdarza, z nerwów ani chybi.
Albo z niezdecydowania. Nie wiem, czy kląć, czy płakać. Siedzieć do oporu, przetłumaczyć bez wkładu własnego co bądź (hmm, kto przeczyta? pani promo, może pan recenzent, za to na pewno pokolenia za mną, przed którymi się to samo zadanie postawi. Będą oglądać indeksy, zbliżać rysunki, wzdychać do wykresów abaqusowych. Kopiować co bądź albo szukać inspiracji. I zastanawiać się, z jakiej racji praca wirtualna to u mnie 'power of external forces')? Przespać zimę?
Jak rzadko mam tak, by poświęcać czemuś czas, energię, uwagę, a i tak nic prawie z tego nie mieć! Jak placek, do którego zapomniało się wsypać proszek do pieczenia. Nie wyrósł zupełnie. O czym ja zapominam?
Gdyby ktoś potrzebował, energię kinetyczną zaznacza się w anglojęzycznej literaturze literą T. Tak dla zmyłki. I tylko w niektórych książkach.
Wybrałam się w podróż. Dzień był słoneczny, słonecznością bez żadnej chmurki na połaciach głębokiego, ciemnego błękitu. Jechałam jako pasażerka błękitnym (?) kabrioletem, po prostej, pustej, zamiejskiej drodze stanu Nevada (mogę przysiąc, że mignęła mi tabliczka). Z radia leciało głośno sweet child o'mine, a ja uśmiechałam się ze spokojem. Jedziemy. ... .
Nagle, z ostatnią nutą piosenki znalazłam się z powrotem na krześle, wyprostowana, z oczami otwartymi i nie zmęczonymi. Nawet w trakcie przewracania strony. Pierwszy raz mi się to zdarza, z nerwów ani chybi.
Albo z niezdecydowania. Nie wiem, czy kląć, czy płakać. Siedzieć do oporu, przetłumaczyć bez wkładu własnego co bądź (hmm, kto przeczyta? pani promo, może pan recenzent, za to na pewno pokolenia za mną, przed którymi się to samo zadanie postawi. Będą oglądać indeksy, zbliżać rysunki, wzdychać do wykresów abaqusowych. Kopiować co bądź albo szukać inspiracji. I zastanawiać się, z jakiej racji praca wirtualna to u mnie 'power of external forces')? Przespać zimę?
Jak rzadko mam tak, by poświęcać czemuś czas, energię, uwagę, a i tak nic prawie z tego nie mieć! Jak placek, do którego zapomniało się wsypać proszek do pieczenia. Nie wyrósł zupełnie. O czym ja zapominam?
piątek, 3 stycznia 2014
resolution directe
Mój dzisiejszy dzień wyznaczało równanie różniczkowe. Zwyczajne, drugiego rzędu, nazwane szumnie równaniem ruchu. Z nieznanych przyczyn jeden autor zamienił w swojej książce małą omegę na małe p, co wcześniejszy użytkownik podręcznika skrzętnie popoprawiał. Lagrange pałęta się z Hamiltonem między wódką a zakąską, między świtem a mgłą, albo między fb a herbatą. A ja między nimi.
Nie wiem dlaczego większość książek mających w nazwie 'dynamika' ma ponad 600 stron. Z których nijak nie wybiorę pod siebie kawałka, nie przeczytawszy przynajmniej setki. Zbyt ubogam w wiedzę, by móc patrzeć na angielskie tomiszcza (Chopra - 794 str), bogate za to w damping ratio i różne niezbędne integrals. Matrice de masse modale wychylająca się z francuskich kserówek byłaby odpowiedzią na moje wszystkie potrzeby (w końcu byłam na tym uczona, jest krótkie, bogate we wzory i wspaniałe po prostu), gdyby nie zabójczy język. Nie ogarniam.
(... czytam na ebookach googlowych recenzję książki xyz. Cytuję: "Actually, I prefer abc book. But abc book is about 170 pages and this one is about 650 pages. And you get much more material with this book." . Ściągnęłam obie. Problem ten, co wcześniej - fizycy inaczej uczą mechaniki niż budowlańcy. Chyba idę spać.)
(Albo nie - zastanawiam się jeszcze, ilu ludzi naprawdę przeczyta te książki. Mające setki stron, tysiąc równań wszelakiego rodzaju, znaczki o jakich się Grekom nie śniło, wariacje potykające się o pochodne i sumy. Wymagające wiedzy, czasu i matematyki. Zaczynam podejrzewać, że na świecie funkcjonuje tajna sekta naukowców, którzy żyją w świecie rytuału chi kwadrat i grupowego rozwiązywania równań różniczkowych na czarnych mszach. Że ludzkość o nich nie wie, a oni obliczają skrycie ruch każdej cząsteczki, kursy euro i wyniki meczy tenisowych, co jakiś czas wypuszczając iluśtam stronicowe cudo w celach zarobkowych. Bo zwykły, szary magister odpada przy 10 stronie).
Nie wiem dlaczego większość książek mających w nazwie 'dynamika' ma ponad 600 stron. Z których nijak nie wybiorę pod siebie kawałka, nie przeczytawszy przynajmniej setki. Zbyt ubogam w wiedzę, by móc patrzeć na angielskie tomiszcza (Chopra - 794 str), bogate za to w damping ratio i różne niezbędne integrals. Matrice de masse modale wychylająca się z francuskich kserówek byłaby odpowiedzią na moje wszystkie potrzeby (w końcu byłam na tym uczona, jest krótkie, bogate we wzory i wspaniałe po prostu), gdyby nie zabójczy język. Nie ogarniam.
(... czytam na ebookach googlowych recenzję książki xyz. Cytuję: "Actually, I prefer abc book. But abc book is about 170 pages and this one is about 650 pages. And you get much more material with this book." . Ściągnęłam obie. Problem ten, co wcześniej - fizycy inaczej uczą mechaniki niż budowlańcy. Chyba idę spać.)
(Albo nie - zastanawiam się jeszcze, ilu ludzi naprawdę przeczyta te książki. Mające setki stron, tysiąc równań wszelakiego rodzaju, znaczki o jakich się Grekom nie śniło, wariacje potykające się o pochodne i sumy. Wymagające wiedzy, czasu i matematyki. Zaczynam podejrzewać, że na świecie funkcjonuje tajna sekta naukowców, którzy żyją w świecie rytuału chi kwadrat i grupowego rozwiązywania równań różniczkowych na czarnych mszach. Że ludzkość o nich nie wie, a oni obliczają skrycie ruch każdej cząsteczki, kursy euro i wyniki meczy tenisowych, co jakiś czas wypuszczając iluśtam stronicowe cudo w celach zarobkowych. Bo zwykły, szary magister odpada przy 10 stronie).
Lokalizacja:
Kraków, Polska
czwartek, 14 listopada 2013
samookaleczanie
Tak się zastanawiałam (w sumie nie po raz pierwszy), czemu ja sobie to robię. 'To' jest ogólnym określeniem na pracę po nocach - bo dnia brakuje, albo jest wypełniony czym innym. Marzy się łóżko (odległe zaledwie o metr), w głowie dziwne szumy (nie dochodzące tym razem z 7 piętra), a tu uparcie MES się wciska. I nie wiadomo jak jest 'zbieżność' po angielsku. Uuhhhhh..
Nie ma mnie fizycznie - przynajmniej dopóki nie napiszę mojego tałatajstwa.
Nie ma mnie fizycznie - przynajmniej dopóki nie napiszę mojego tałatajstwa.
Lokalizacja:
Kraków, Polska
sobota, 26 października 2013
Into the burrow
Ludzie, jak mądrzy by nie byli, w swoim życiu czasem lądują w sytuacji Alicji z Krainy Czarów. Nagle, często z własnej woli (choć w sposób cokolwiek nieplanowany), goniąc za białymi królikami, lub po prostu przez nieuwagę, wpadają do dziury. Tej z gatunku przestrzennych, głębokich, dających być może nawet poczucie komfortu lotu, lecz przede wszystkim dających wystarczająco dużo czasu, by pomyśleć, miast tylko nerwowo machać kończynami. Zanim jednak owo pierwszozdaniowe lądowanie się odbędzie, należy Alicji towarzyszyć w procesie spadania.
Na układ zamknięty dziura-człowiek w środku, w warunkach standardowych działa tylko siła ciążenia... (równa iloczynowi masy człowieka obciążonego wszystkimi swoimi problemami przez przyśpieszenie ziemskie zwiększone o ilość rzeczy do zrobienia przed wydarzeniem krytycznym podzielonych przez kwadrat czasu, który pozostał. Jednostka się zgadza) ...która jest wyrażona poniższym wzorem:
Na układ zamknięty dziura-człowiek w środku, w warunkach standardowych działa tylko siła ciążenia... (równa iloczynowi masy człowieka obciążonego wszystkimi swoimi problemami przez przyśpieszenie ziemskie zwiększone o ilość rzeczy do zrobienia przed wydarzeniem krytycznym podzielonych przez kwadrat czasu, który pozostał. Jednostka się zgadza) ...która jest wyrażona poniższym wzorem:
Aplikując do przykładu myśli niejakiego Newtona (lub z rzutu wektorów na oś y) widać, że ową złowieszczą siłę pasowałoby zrównoważyć. Nasuwa się też oczywisty wniosek, że im większa ona jest, tym trudniej człowiekowi ją pokonać i zabrać się za niespadanie.
Choć nie jest to regułą, człowiek jest jednak dość świadomy procesu zamiany energii potencjalnej na kinetyczną podczas lotu w dół. Wie, że spada i mu się ten stan zazwyczaj nie podoba. Podany problem można rozwiązać na dwa sposoby.
Pierwszym z nich jest po prostu dolecenie do końca dziury z nadzieją na miękkie lądowanie i talerz podejrzanych ciasteczek na dole. Jak wiemy Alicji się udało nie potłuc.
Jest także inny sposób na przebycie tej drogi. Widząc, że się spada, że nabiera się niebezpiecznej prędkości, należy jakoś spowolnić ten proces. W tym celu dobrze jest łapać się (przypadkiem lub metodycznie) wystających korzeni, linek, półek, czy wszystkiego innego, co sobie w wyimaginowanej dziurze zaprojektujemy. Dotykając tego, obok czego przelatujemy mamy szansę zostawić w tym miejscu trochę dodatkowej masy, a także stracić nieco pędu. Zwolnić albo zrzucić z siebie ciężar.
W życiu nie jest łatwo wyciągnąć rękę, zakończyć jedną sprawę nim zacznie się kolejną. Zwłaszcza, gdy blisko do ziemi, a ręce zajęte są trzymaniem kilku srok. Trzeba zacząć od dzisiaj, nie od jutra. I po kolei kłaść gdzieś na półkach kamyki mniejszych czynności.
Choć nie jest to regułą, człowiek jest jednak dość świadomy procesu zamiany energii potencjalnej na kinetyczną podczas lotu w dół. Wie, że spada i mu się ten stan zazwyczaj nie podoba. Podany problem można rozwiązać na dwa sposoby.
Pierwszym z nich jest po prostu dolecenie do końca dziury z nadzieją na miękkie lądowanie i talerz podejrzanych ciasteczek na dole. Jak wiemy Alicji się udało nie potłuc.
Jest także inny sposób na przebycie tej drogi. Widząc, że się spada, że nabiera się niebezpiecznej prędkości, należy jakoś spowolnić ten proces. W tym celu dobrze jest łapać się (przypadkiem lub metodycznie) wystających korzeni, linek, półek, czy wszystkiego innego, co sobie w wyimaginowanej dziurze zaprojektujemy. Dotykając tego, obok czego przelatujemy mamy szansę zostawić w tym miejscu trochę dodatkowej masy, a także stracić nieco pędu. Zwolnić albo zrzucić z siebie ciężar.
W życiu nie jest łatwo wyciągnąć rękę, zakończyć jedną sprawę nim zacznie się kolejną. Zwłaszcza, gdy blisko do ziemi, a ręce zajęte są trzymaniem kilku srok. Trzeba zacząć od dzisiaj, nie od jutra. I po kolei kłaść gdzieś na półkach kamyki mniejszych czynności.
sobota, 14 września 2013
Czekając na wyniki
Panna Zosia spod Libiąża
Nie wiedziała skąd jej ciąża
Próżno pyta każdego
Słyszy, że 'to nie jego'
A brzuch pannę Zosię obciąża
Pan sędzia z okolic Tarnawy
Uwielbiał domowe potrawy
Żona bardzo miła
Pierogi przyrządziła
I mogła liczyć w sądzie na układy
Pewnie by nikt nie zgadł, ale oba (o ile mnie pamięć polonistyczna nie myli) limeryki wymyśliłam wczoraj, koło 2 w nocy, gdy to usiłowałam nie zasnąć, podczas czekania aż komputer policzy mi model. Dobrych (a raczej 'idących w dobrą stronę') wyników doczekałam się... dzisiaj :). Dobrej nocy wszystkim ):
Lokalizacja:
Kraków, Polska
czwartek, 12 września 2013
Biurowiec
Brakuje mi jeszcze schodów. Dachu nie będzie. Prócz tego lekko oszukałam na ściankach działowych. Nie ma się czym chwalić generalnie, bo taki model powinien zbudować każdy po studiach, a nawet w trakcie. Póki co to tylko autocadowy model, jutro spróbuję wrzucić do programu obliczeniowego, ale powinno być ok. Jak pisałam, nie ma się czym chwalić w skali globalnej, ale ja jestem z tego szalenie dumna :). Dziękuję bardzo za wszelką pomoc :). Teraz czas na całą dalszą część magisterki... ;)
piątek, 16 sierpnia 2013
Wycieczek ciąg dalszy
Jestem trochę zmęczona (więc nie będzie ładnych, literackich ceregieli), a chciałam bardzo opowiedzieć o tym, co zwiedzałam przez ostatnie dwa dni ;). Zwiedzanie było bardzo fajne, bo nie dość, że w godzinach pracy, to jeszcze towarzystwo i miejsca były naprawdę ciekawe.
Sam pomysł różnorakich wycieczek (dzisiaj była moja czwarta, jeśli liczyć zwiedzanie Somercotes, które widzę z okna pokoju :) ) wziął się trochę z mojego powodu - raz, że John chyba dostał nakaz wtajemniczania mnie we wszystko, co może być ciekawe dla praktykantki (poza tym sam też jest zdania, że wszystko się w życiu przydaje, zwłaszcza wiedza na temat produkcji tego, co trzeba potem projektować :P), a dwa, że widział moje żywe zainteresowanie wcześniejszymi wycieczkami, i na wypalone nieco bezmyślnie pytanie 'czy są tu jeszcze jakieś fajne zakłady produkcyjne?' obiecał coś zorganizować. Dodatkowo okoliczności motywowały, gdyż Sam także mało w swoim życiu widział, za tydzień z kawałkiem mnie już nie będzie (i Sama też, bo ma 2 tygodnie urlopu :P), a niejaki Mark (bądź Matt) intensywnie dopytywał się o moje wrażenia. Zatem przez dwa ostatnie dni byłam z Johnem i Samem na zwiedzaniu zakładów produkcyjnych - wczoraj byliśmy w Hams Hall, gdzie produkowane są bloczki z betonu komórkowego, a dzisiaj odwiedziliśmy wytwórnię cegieł w Measham ;).
Ubierając się wczoraj do pracy, zapinając białą bluzkę, stojąc w butach na obcasach przed lustrem i malując rzęsy, czułam się bardzo dorosła. Wygląd - nie dziewczyny goniącej z plecakiem na zajęcia, ale młodej kobiety, która ma umówioną wizytę w innym mieście - zadania i decyzje przed którymi już staję - ...? Nie wiem czemu akurat wtedy mnie to dopadło, ale wrażenie 24 lat było piorunujące.
Obie wycieczki były bardzo ciekawe, i obejmowały dokładne zwiedzanie i oglądanie fabryk, plus niewielki wstęp teoretyczny. Nie wgłębiając się bardzo w temat - jeśli chodzi o beton komórkowy dowiedziałam się, że mieszanka wyposażona w pastę aluminiową (lub cynkową, ale u nas jest aluminiowa) rośnie w formach jak ciasto - dosłownie ;). Reakcja owej pasty z m.in. Ca(OH)2 prowadzi do powstania wodoru, który to tworzy malownicze pory w produkcie - nie wiedziałam tego wcześniej. Cegły natomiast zadziwiły mnie różnorodnością kolorów i tym, że tworzy się je właściwie bez żadnych dodatków chemicznych :P, za to wykorzystując redukujące właściwości węgla.
Śmiesznym jest, że wycieczki są jak najbardziej oficjalne, wobec czego latamy wszędzie 'na galowo', ale jednocześnie z zachowaniem zasad BHP. Odpowiada to butom przystosowanym do forkliftów założonym do eleganckich spodni, pomarańczowej kamizelce, z której wystają rękawy wyprasowanej koszuli lub mojej białej bluzki, okularom ochronnym i kaskowi, z którego wychodzi warkocz lub koński ogon. A w biznesie się kurzy :P. Dzisiaj, po cegielni, cali byliśmy pomarańczowi :P).
Zostawiając jednak chemię, nadal uważam, że jedna porządna wycieczka nauczyła mnie o wiele więcej niż 15 godzin laborek z materiałów budowlanych. Nie wykluczam, że owe 15 godzin wpatrywania się w piknometr (a raczej w nudną prezentację na jego temat) było mi potrzebne, do odpowiedniego i świadomego patrzenia dzisiaj.
Z cyklu 'wiedza bezużyteczna' - oglądaliśmy maszyny do badania wytrzymałości na zginanie. Pamięta ktoś z budowlańców rozstaw wałeczków na których ustawia się próbkę :P? Przez głupi nakaz uczenia się rozstawów, wymiarów, wzorów, ucieka dużo ważnych rzeczy - jak chociażby kształt samej maszyny, czy to, że w czymś takim bada się 'wytrzymałość na zginanie'.
Sam pomysł różnorakich wycieczek (dzisiaj była moja czwarta, jeśli liczyć zwiedzanie Somercotes, które widzę z okna pokoju :) ) wziął się trochę z mojego powodu - raz, że John chyba dostał nakaz wtajemniczania mnie we wszystko, co może być ciekawe dla praktykantki (poza tym sam też jest zdania, że wszystko się w życiu przydaje, zwłaszcza wiedza na temat produkcji tego, co trzeba potem projektować :P), a dwa, że widział moje żywe zainteresowanie wcześniejszymi wycieczkami, i na wypalone nieco bezmyślnie pytanie 'czy są tu jeszcze jakieś fajne zakłady produkcyjne?' obiecał coś zorganizować. Dodatkowo okoliczności motywowały, gdyż Sam także mało w swoim życiu widział, za tydzień z kawałkiem mnie już nie będzie (i Sama też, bo ma 2 tygodnie urlopu :P), a niejaki Mark (bądź Matt) intensywnie dopytywał się o moje wrażenia. Zatem przez dwa ostatnie dni byłam z Johnem i Samem na zwiedzaniu zakładów produkcyjnych - wczoraj byliśmy w Hams Hall, gdzie produkowane są bloczki z betonu komórkowego, a dzisiaj odwiedziliśmy wytwórnię cegieł w Measham ;).
Ubierając się wczoraj do pracy, zapinając białą bluzkę, stojąc w butach na obcasach przed lustrem i malując rzęsy, czułam się bardzo dorosła. Wygląd - nie dziewczyny goniącej z plecakiem na zajęcia, ale młodej kobiety, która ma umówioną wizytę w innym mieście - zadania i decyzje przed którymi już staję - ...? Nie wiem czemu akurat wtedy mnie to dopadło, ale wrażenie 24 lat było piorunujące.
Obie wycieczki były bardzo ciekawe, i obejmowały dokładne zwiedzanie i oglądanie fabryk, plus niewielki wstęp teoretyczny. Nie wgłębiając się bardzo w temat - jeśli chodzi o beton komórkowy dowiedziałam się, że mieszanka wyposażona w pastę aluminiową (lub cynkową, ale u nas jest aluminiowa) rośnie w formach jak ciasto - dosłownie ;). Reakcja owej pasty z m.in. Ca(OH)2 prowadzi do powstania wodoru, który to tworzy malownicze pory w produkcie - nie wiedziałam tego wcześniej. Cegły natomiast zadziwiły mnie różnorodnością kolorów i tym, że tworzy się je właściwie bez żadnych dodatków chemicznych :P, za to wykorzystując redukujące właściwości węgla.
Śmiesznym jest, że wycieczki są jak najbardziej oficjalne, wobec czego latamy wszędzie 'na galowo', ale jednocześnie z zachowaniem zasad BHP. Odpowiada to butom przystosowanym do forkliftów założonym do eleganckich spodni, pomarańczowej kamizelce, z której wystają rękawy wyprasowanej koszuli lub mojej białej bluzki, okularom ochronnym i kaskowi, z którego wychodzi warkocz lub koński ogon. A w biznesie się kurzy :P. Dzisiaj, po cegielni, cali byliśmy pomarańczowi :P).
Zostawiając jednak chemię, nadal uważam, że jedna porządna wycieczka nauczyła mnie o wiele więcej niż 15 godzin laborek z materiałów budowlanych. Nie wykluczam, że owe 15 godzin wpatrywania się w piknometr (a raczej w nudną prezentację na jego temat) było mi potrzebne, do odpowiedniego i świadomego patrzenia dzisiaj.
Z cyklu 'wiedza bezużyteczna' - oglądaliśmy maszyny do badania wytrzymałości na zginanie. Pamięta ktoś z budowlańców rozstaw wałeczków na których ustawia się próbkę :P? Przez głupi nakaz uczenia się rozstawów, wymiarów, wzorów, ucieka dużo ważnych rzeczy - jak chociażby kształt samej maszyny, czy to, że w czymś takim bada się 'wytrzymałość na zginanie'.
poniedziałek, 29 lipca 2013
nie taki przegub prosty
Post na temat bliżej nieokreślony - cały weekend (i parenaście wcześniejszych dni) spędziłam na nauce Mojego Ulubionego Programu Komputerowego Do Magisterki (MUPKDM mi wyszło, ma się dosyć już po przeczytaniu nazwy :P), który po tym czasie jest mi w stanie służyć obliczeniami ugięć ramy. Od ramy jeszcze daleko do budynku całego (zwłaszcza, że przepust, który jest po drodze mi nie wyszedł), jednak w trakcie dokonałam pewnych odkryć (jak na przykład plik tekstowy, który informuje w którym miejscu w modelu zrobiło się błąd, i na czym on polega), i mam nadzieję, że jutro będzie się pracowało znacznie lepiej. W końcu im bliżej ostatecznego terminu tym lepiej wszystko wychodzi :P.
(obecnie wyświetlany error to 'TOO MANY ATTEMPTS MADE FOR THIS INCREMENT' i trochę nie wiem, co z nim zrobić. Uparłam się jednak dojść do modelowania połączeń ścian dzisiaj :P).
Nie mam w związku z tym kontaktów z brytyjską częścią otoczenia, ani też czasu, by porządnie opisać dotychczasowe spostrzeżenia. Z rzeczy nieprzewidywalnych mogę tylko nadmienić, że z okazji royal baby nie było tutaj niestety żadnych parad, wygrywania hymnu brytyjskiego o każdej pełnej godzinie, dnia wolnego w pracy, ani poruszenia innego niż na dziale prasowym w Sainsbury's (telewizji nie oglądam). Trochę mnie to zdziwiło, bo jestem przyzwyczajona do stereotypowego obrazu Anglika z flagą, zmierzającego świętować do pubu i otrzymującego kilka lat później list od Królowej z okazji 100 urodzin - ale potęga monarchii nie sięga widać aż tak daleko, by mackami złapać na raz nowego dziedzica, przemysł pamiątkarski i wymieszanych z imigrantami roześmianych, miłujących obywateli. Chyba robię się śpiąca i cyniczna :P.
(właśnie mi wyszło - wygląda na to, że po prostu kazałam programowi liczyć konstrukcję chwiejną :P. Próbowałam przejść od węzła sztywnego do przegubu, ale coś robię źle. Lewa strona może działać i przegubowo i w utwierdzeniu, natomiast prawa współpracować nie chce. Przyjemnej nocy wszystkim, którzy tu nocną porą zaglądną :) ).
(obecnie wyświetlany error to 'TOO MANY ATTEMPTS MADE FOR THIS INCREMENT' i trochę nie wiem, co z nim zrobić. Uparłam się jednak dojść do modelowania połączeń ścian dzisiaj :P).
Nie mam w związku z tym kontaktów z brytyjską częścią otoczenia, ani też czasu, by porządnie opisać dotychczasowe spostrzeżenia. Z rzeczy nieprzewidywalnych mogę tylko nadmienić, że z okazji royal baby nie było tutaj niestety żadnych parad, wygrywania hymnu brytyjskiego o każdej pełnej godzinie, dnia wolnego w pracy, ani poruszenia innego niż na dziale prasowym w Sainsbury's (telewizji nie oglądam). Trochę mnie to zdziwiło, bo jestem przyzwyczajona do stereotypowego obrazu Anglika z flagą, zmierzającego świętować do pubu i otrzymującego kilka lat później list od Królowej z okazji 100 urodzin - ale potęga monarchii nie sięga widać aż tak daleko, by mackami złapać na raz nowego dziedzica, przemysł pamiątkarski i wymieszanych z imigrantami roześmianych, miłujących obywateli. Chyba robię się śpiąca i cyniczna :P.
(właśnie mi wyszło - wygląda na to, że po prostu kazałam programowi liczyć konstrukcję chwiejną :P. Próbowałam przejść od węzła sztywnego do przegubu, ale coś robię źle. Lewa strona może działać i przegubowo i w utwierdzeniu, natomiast prawa współpracować nie chce. Przyjemnej nocy wszystkim, którzy tu nocną porą zaglądną :) ).
czwartek, 20 czerwca 2013
ostatni wykład
Miałam pisać o ostatnim wykładzie w dniu, w którym się ów ostatni wykład odbył - 10 czerwca :P. Pan K. jednak nieco nas zmylił, i nie przyszedł w ten poniedziałek (wysyłając panią Alę ze sprawdzianami, co było dość dobrą decyzją) - zatem coś, co przypadkiem uważałam za ostatnie faktycznie takim było.
Dziwnie się kończy studia. Dziwnie żyć w świadomości, że swoją grupę (MMiKB) zobaczę ostatni raz w całości jutro, na egzaminie z zarządzania. Rozejdziemy się, jak nam róża wiatrów wskaże, w większości już się nie zobaczymy i pewnie nie będziemy za sobą tęsknić. Normalne w życiu, ale za każdym razem tak samo trudne.
Moim (i Miry) pierwszym wykładem na budownictwie była Mechanika Teoretyczna. Pan Henryk, nieświadom naszych mąk, wprowadzał przerażone dzieciaki z pierwszego roku w tajniki macierzy, szastał momentami bezwładności, innymi momentami, pracami wirtualnymi i rozpytywał o skrętnik. Ostatni wykład, do dorosłych inżynierów, wygłosił pan K. - na temat budynków położonych na terenach górniczych, o potrzebie częstych dylatacji tychże, a także jeszcze raz o analizie sygnału, filtrach i transformatach. Przez 5 lat weszliśmy na górę po drabinie cegieł, wzorów, słupów dwugałęziowych, projektów, eurokodów Wszystko, choć jeszcze nieogarnięte, jest spójne.
Studia są chyba ostatnim prostym i naturalnym etapem uporządkowanego życia. Ostatnim środkiem do osiągnięcia celu - zdobycia pracy 'takiej, jakiej pragnęliśmy przez te lata'. Skończy się podejście 'nie chce mi się iść na wykłady, to nie idę', skończy się luz i nieregularność. Skończą się też nudne wykłady i potrzeba ich urozmaicania rebusami :P. Coś się kończy, coś się zaczyna - zawsze. Nooo, chyba, że ktoś ma drugie studia :P.
Gdzieś pomiędzy niecką górniczą a rebusem pan K. opowiedział nam kawał o metrze i o 3 technikach, którzy dokonywali napraw w tunelu. Robotnik - pesymista jest zły, bo jest ciemno i nierówno. Drugi - optymista widzi światełko w tunelu i się cieszy. Technik - realista widzi zbliżający się pociąg. A co widzi kierowca lokomotywy? Trzech idiotów gapiących się na nadjeżdżający pociąg ;). Powodzenia wszystkim :)!
Świat staje na głowie, magisterka leży a przede mną szybki kurs EC2. Jeszcze nie wierzę... :))
Dziwnie się kończy studia. Dziwnie żyć w świadomości, że swoją grupę (MMiKB) zobaczę ostatni raz w całości jutro, na egzaminie z zarządzania. Rozejdziemy się, jak nam róża wiatrów wskaże, w większości już się nie zobaczymy i pewnie nie będziemy za sobą tęsknić. Normalne w życiu, ale za każdym razem tak samo trudne.
Moim (i Miry) pierwszym wykładem na budownictwie była Mechanika Teoretyczna. Pan Henryk, nieświadom naszych mąk, wprowadzał przerażone dzieciaki z pierwszego roku w tajniki macierzy, szastał momentami bezwładności, innymi momentami, pracami wirtualnymi i rozpytywał o skrętnik. Ostatni wykład, do dorosłych inżynierów, wygłosił pan K. - na temat budynków położonych na terenach górniczych, o potrzebie częstych dylatacji tychże, a także jeszcze raz o analizie sygnału, filtrach i transformatach. Przez 5 lat weszliśmy na górę po drabinie cegieł, wzorów, słupów dwugałęziowych, projektów, eurokodów Wszystko, choć jeszcze nieogarnięte, jest spójne.
Studia są chyba ostatnim prostym i naturalnym etapem uporządkowanego życia. Ostatnim środkiem do osiągnięcia celu - zdobycia pracy 'takiej, jakiej pragnęliśmy przez te lata'. Skończy się podejście 'nie chce mi się iść na wykłady, to nie idę', skończy się luz i nieregularność. Skończą się też nudne wykłady i potrzeba ich urozmaicania rebusami :P. Coś się kończy, coś się zaczyna - zawsze. Nooo, chyba, że ktoś ma drugie studia :P.
Gdzieś pomiędzy niecką górniczą a rebusem pan K. opowiedział nam kawał o metrze i o 3 technikach, którzy dokonywali napraw w tunelu. Robotnik - pesymista jest zły, bo jest ciemno i nierówno. Drugi - optymista widzi światełko w tunelu i się cieszy. Technik - realista widzi zbliżający się pociąg. A co widzi kierowca lokomotywy? Trzech idiotów gapiących się na nadjeżdżający pociąg ;). Powodzenia wszystkim :)!
Świat staje na głowie, magisterka leży a przede mną szybki kurs EC2. Jeszcze nie wierzę... :))
poniedziałek, 17 czerwca 2013
może komuś się przyda
Jak wyżej :), nieco dziwny post. Jbc zapraszam do komentowania albo wyrażania opinii prywatnie. To chyba coś na zasadzie poradnika zachowania się w związku?
No to w punktach:
1. Trzeba się zastanowić, czy się chce być z tą drugą osobą. Są rzeczy, które po prostu stanowią człowieka, i nie można żądac ich zmiany (bo po 1sze to nie wyjdzie, a po drugie - jeśli jakaś cecha nam bardzo przeszkadza, może właśnie potrzeba nam kogoś innego?). Wymuszać zmiany można, jeśli jest coś, co jest złe i destruktywne (dla osoby/związku itp.). Trzeba się zmieniać wzajemnie, rozwijać, dorastać do siebie w jak największej ilości pól, wychowywać siebie nawzajem.
2. Powinno się myśleć o drugiej osobie, gdy podejmuje się decyzje (zwłaszcza dotyczące swojej przyszłości, bo to jest generalnie już 'nasza' przyszłość). Trzeba widzieć drugą osobę w swoich planach, zarówno tych krótkoterminowych jak i dłuższych. Przewidywać, jak zareaguje na nasze działania, a także jak można załagodzić skutki ewentualnej złej reakcji.
3. Mężczyzna w związku (zwłaszcza z wrażliwymi kobietami) powinien być osobą pewną siebie, pewną uczuć, stojącą na solidnych fundamentach, zwłaszcza po upływie jakiegoś czasu i po bliższy poznaniu się stron. Powinno się pokazywać drugiej połówce, że jest dla nas ważniejsza i bliższa niż wszystkie inne osoby.
4. Pokazywanie, że się kogoś kocha - przykłady:
- pamiętanie o urodzinach, rocznicach,
- pamiętanie o rzeczach, które lubi dana osoba i dążenie do zaspokajania jej potrzeb na równi ze swoimi,
- dawanie sobie małych dowodów miłości, typu kwiatki, robienie śniadań, wychodzenie do kina itp.
5. Drugiej osobie trzeba ufać, trzeba stać za nią murem, dążyć do spędzania czasu właśnie z nią, wybaczać i wyjaśniać.
6. DUŻO ROZMAWIAĆ O WSZYSTKIM:
- sprawy błache, domowe, uczelniane,
- sprawy ważne dla związku, wzajemne odczucia, uczucia,
- sprawy ogólnie ważne (aborcja, miejsce do mieszkania po studiach itp.))
7. Pozytywne sygnały i pozytywne nastawienie są kluczowe w kontaktach międzyludzkich. Nawet negatywny przekaz da się zamienić na sympatyczne wyrażenie swojego zdania, jeśli się uśmiechamy albo wyjaśniamy powody odmowy itp.
8. Dobrze jest mieć swoją pasję. Coś, co nas ciekawi, w czym staniemy się dobrzy, co nas będzie rozwijało i pchało do działania - jednocześnie będąc odskocznią od codzienności. Po pierwsze, będzie można o niej opowiadać partnerowi, zainteresować drugą stronę, ale także będzie to sfera życia wyłącznie nasza.
No to w punktach:
1. Trzeba się zastanowić, czy się chce być z tą drugą osobą. Są rzeczy, które po prostu stanowią człowieka, i nie można żądac ich zmiany (bo po 1sze to nie wyjdzie, a po drugie - jeśli jakaś cecha nam bardzo przeszkadza, może właśnie potrzeba nam kogoś innego?). Wymuszać zmiany można, jeśli jest coś, co jest złe i destruktywne (dla osoby/związku itp.). Trzeba się zmieniać wzajemnie, rozwijać, dorastać do siebie w jak największej ilości pól, wychowywać siebie nawzajem.
2. Powinno się myśleć o drugiej osobie, gdy podejmuje się decyzje (zwłaszcza dotyczące swojej przyszłości, bo to jest generalnie już 'nasza' przyszłość). Trzeba widzieć drugą osobę w swoich planach, zarówno tych krótkoterminowych jak i dłuższych. Przewidywać, jak zareaguje na nasze działania, a także jak można załagodzić skutki ewentualnej złej reakcji.
3. Mężczyzna w związku (zwłaszcza z wrażliwymi kobietami) powinien być osobą pewną siebie, pewną uczuć, stojącą na solidnych fundamentach, zwłaszcza po upływie jakiegoś czasu i po bliższy poznaniu się stron. Powinno się pokazywać drugiej połówce, że jest dla nas ważniejsza i bliższa niż wszystkie inne osoby.
4. Pokazywanie, że się kogoś kocha - przykłady:
- pamiętanie o urodzinach, rocznicach,
- pamiętanie o rzeczach, które lubi dana osoba i dążenie do zaspokajania jej potrzeb na równi ze swoimi,
- dawanie sobie małych dowodów miłości, typu kwiatki, robienie śniadań, wychodzenie do kina itp.
5. Drugiej osobie trzeba ufać, trzeba stać za nią murem, dążyć do spędzania czasu właśnie z nią, wybaczać i wyjaśniać.
6. DUŻO ROZMAWIAĆ O WSZYSTKIM:
- sprawy błache, domowe, uczelniane,
- sprawy ważne dla związku, wzajemne odczucia, uczucia,
- sprawy ogólnie ważne (aborcja, miejsce do mieszkania po studiach itp.))
7. Pozytywne sygnały i pozytywne nastawienie są kluczowe w kontaktach międzyludzkich. Nawet negatywny przekaz da się zamienić na sympatyczne wyrażenie swojego zdania, jeśli się uśmiechamy albo wyjaśniamy powody odmowy itp.
8. Dobrze jest mieć swoją pasję. Coś, co nas ciekawi, w czym staniemy się dobrzy, co nas będzie rozwijało i pchało do działania - jednocześnie będąc odskocznią od codzienności. Po pierwsze, będzie można o niej opowiadać partnerowi, zainteresować drugą stronę, ale także będzie to sfera życia wyłącznie nasza.
piątek, 19 kwietnia 2013
Bajka o Księciu
Opowiem Wam dzisiaj Bajkę o Księciu. By jednak była zrozumiała, musicie wiedzieć, że Bajka o Księciu jest dalszą częścią opowieści o przedmiocie Skuteczna Prezentacja Multimedialna. Zatem zacznijmy od marca...
W marcu musiałam wybrać przedmioty obieralne - a wiadomo, że im później się to robi (np. dopiero wtedy, gdy zna się już plan ze wszystkich innych przedmiotów :P), tym gorsze przedmioty zostają do wyboru. 'Gorsze' można pośrednio zdefiniować za pomocą cech takich jak: (a) niemożliwie nudne, (b) z jakimś strasznie wymagającym i dziwnym prowadzącym, który robi zaliczenie trudniejsze niż egzamin z chemii organicznej, (c) na których obecność jest bardziej obowiązkowa niż na własnej obronie, (d) te odbywające się o dziwnych godzinach, np. w czwartek o 19, (e) wymagające jakichś dodatkowych i czasochłonnych czynności (laboratoria w niedzielę?). Istnieją hybrydy łączące kilka tych przymiotów, i wtedy najczęściej przedmiot 'nie rusza' z powodu ilości chętnych niewystarczającej do stworzenia jednej grupy. W każdym razie, w tym semestrze z radością uczęszczam na przedmiot z dziwnym panem po angielsku, na przedmiot z fajną panią o 18 w poniedziałki i na Skuteczną Prezentację Multimedialną, w czwartki o 13.
Do niedawna wydawało mi się, że mankamentem tego przedmiotu jest pan, który zaczął naszą znajomość dość niefortunnie - od nazwania mnie 'panienką z politechniki' (natychmiastowa reakcja obronna, zimne spojrzenie, robienie wszystkiego szybko i arcypoprawnie). Całe zajęcia zwracał się do studentów (grupa w 90% składa się ze studentek) per 'złotko', nazywał nas 'niegrzecznymi dziewczynkami' i narzekał na brak uśmiechów. Nóż się w kieszeni otwierał mi się do drugich zajęć, pod koniec których przywykłam do dziwnego sposobu bycia pana prowadzącego. Przysiadł się do mnie, i zaczął rozmowę, w trakcie której okazało się, że poglądy ma całkiem zbliżone do moich - odpuściłam mu zatem winy i uznałam za nieszkodliwego. Na zajęciach zajmowaliśmy się tworzeniem prezentacji w starej wersji power pointa, po czym przyszła kolej na flasha. Efekty można podziwiać pod linkiem, niestety nie potrafię tego wrzucić na bloga w postaci filmiku, albo w ogóle umieścić jakoś inaczej niż na dropboxie (gdyby komuś nie chodziło, należy plik otworzyć w przeglądarce internetowej).
Tak nam ciekawie (muszę przyznać) mijały zajęcia, gdy to pan postanowił zapoznać nas ze sztuką robienia zdjęć. Rendez-vous odbyło się dzisiaj w Parku Jordana, gdzie to mogliśmy spędzić w cieple i zieleni 1,5 godziny poznając tajniki robienia portretów kobiecych. Zanim jednak zaczęło nas zajmować światło i włosy koleżanki, pan opowiedział nam Bajkę o Księciu.
'Dawno, dawno temu...' - powiedział pan, po czym mrugnął do nas szelmowsko (w domyśle) - '...w pewnym królestwie żył sobie książę. Był bardzo, bardzo niski, do tego miał jedną nogę krótszą, brakowało mu też jednego oka. Jak to w tamtym czasie było w modzie, zapragnął mieć własny portret - taki, na którym będzie wyglądał dostojnie, wspaniale, męsko, jednocześnie taki, który ukaże go takim, jaki jest w rzeczywistości. Wielu malarzy próbowało sprostać temu zadaniu, jednak ich dzieła nie były wystarczająco dobre - zawsze w którąś stronę przesadzały. W końcu znalazł się jeden wielki malarz, który namalował doskonały portret księcia. Przedstawiał go siedzącego na koniu - z żabiej perspektywy, przez co książę wcale nie wydawał się niski. Naturą rzeczy widać mu było tylko jedną, normalnej długości nogę, poza tym książę patrzył w dal, celując ze sztucera - mając przy tym jedno oko (to, którego de facto nie było) zamknięte.
Ten obraz był najwspanialszy, bo niczego nie tuszował, ani nie okłamywał odbiorcy - pokazywał tylko rzeczy z właściwej strony. I tak macie robić zdjęcia.'
W marcu musiałam wybrać przedmioty obieralne - a wiadomo, że im później się to robi (np. dopiero wtedy, gdy zna się już plan ze wszystkich innych przedmiotów :P), tym gorsze przedmioty zostają do wyboru. 'Gorsze' można pośrednio zdefiniować za pomocą cech takich jak: (a) niemożliwie nudne, (b) z jakimś strasznie wymagającym i dziwnym prowadzącym, który robi zaliczenie trudniejsze niż egzamin z chemii organicznej, (c) na których obecność jest bardziej obowiązkowa niż na własnej obronie, (d) te odbywające się o dziwnych godzinach, np. w czwartek o 19, (e) wymagające jakichś dodatkowych i czasochłonnych czynności (laboratoria w niedzielę?). Istnieją hybrydy łączące kilka tych przymiotów, i wtedy najczęściej przedmiot 'nie rusza' z powodu ilości chętnych niewystarczającej do stworzenia jednej grupy. W każdym razie, w tym semestrze z radością uczęszczam na przedmiot z dziwnym panem po angielsku, na przedmiot z fajną panią o 18 w poniedziałki i na Skuteczną Prezentację Multimedialną, w czwartki o 13.
Do niedawna wydawało mi się, że mankamentem tego przedmiotu jest pan, który zaczął naszą znajomość dość niefortunnie - od nazwania mnie 'panienką z politechniki' (natychmiastowa reakcja obronna, zimne spojrzenie, robienie wszystkiego szybko i arcypoprawnie). Całe zajęcia zwracał się do studentów (grupa w 90% składa się ze studentek) per 'złotko', nazywał nas 'niegrzecznymi dziewczynkami' i narzekał na brak uśmiechów. Nóż się w kieszeni otwierał mi się do drugich zajęć, pod koniec których przywykłam do dziwnego sposobu bycia pana prowadzącego. Przysiadł się do mnie, i zaczął rozmowę, w trakcie której okazało się, że poglądy ma całkiem zbliżone do moich - odpuściłam mu zatem winy i uznałam za nieszkodliwego. Na zajęciach zajmowaliśmy się tworzeniem prezentacji w starej wersji power pointa, po czym przyszła kolej na flasha. Efekty można podziwiać pod linkiem, niestety nie potrafię tego wrzucić na bloga w postaci filmiku, albo w ogóle umieścić jakoś inaczej niż na dropboxie (gdyby komuś nie chodziło, należy plik otworzyć w przeglądarce internetowej).
Tak nam ciekawie (muszę przyznać) mijały zajęcia, gdy to pan postanowił zapoznać nas ze sztuką robienia zdjęć. Rendez-vous odbyło się dzisiaj w Parku Jordana, gdzie to mogliśmy spędzić w cieple i zieleni 1,5 godziny poznając tajniki robienia portretów kobiecych. Zanim jednak zaczęło nas zajmować światło i włosy koleżanki, pan opowiedział nam Bajkę o Księciu.
'Dawno, dawno temu...' - powiedział pan, po czym mrugnął do nas szelmowsko (w domyśle) - '...w pewnym królestwie żył sobie książę. Był bardzo, bardzo niski, do tego miał jedną nogę krótszą, brakowało mu też jednego oka. Jak to w tamtym czasie było w modzie, zapragnął mieć własny portret - taki, na którym będzie wyglądał dostojnie, wspaniale, męsko, jednocześnie taki, który ukaże go takim, jaki jest w rzeczywistości. Wielu malarzy próbowało sprostać temu zadaniu, jednak ich dzieła nie były wystarczająco dobre - zawsze w którąś stronę przesadzały. W końcu znalazł się jeden wielki malarz, który namalował doskonały portret księcia. Przedstawiał go siedzącego na koniu - z żabiej perspektywy, przez co książę wcale nie wydawał się niski. Naturą rzeczy widać mu było tylko jedną, normalnej długości nogę, poza tym książę patrzył w dal, celując ze sztucera - mając przy tym jedno oko (to, którego de facto nie było) zamknięte.
Ten obraz był najwspanialszy, bo niczego nie tuszował, ani nie okłamywał odbiorcy - pokazywał tylko rzeczy z właściwej strony. I tak macie robić zdjęcia.'
poniedziałek, 25 marca 2013
Stała Plancka
Sesja pozostała za nami daleko w tyle, a studenci (5 roku politechniki przykładowo) pogrążają się w błogim nicnierobieniu (jak to się pisze, z pauzami?), tak znajomemu ich rówieśnikom na innych kierunkach (no dobra, przesadzam trochę, ale na budownictwie czas (czyli 5 przedmiotów zamiast 11, coby niektórych wyobraźnia nie poniosła :P) ma się tylko na 2 semestrach, 7 i 10 :P). Gramy w gry, oglądamy filmy po nocach, jeździmy na głupie wycieczki (mój pomysł wyjazdu na kebaba na prokocim został zbojkotowany niestety) - jest to naprawdę taki dobry, jeszcze w miarę spokojny czas (chociaż magisterka już się czai za plecami i każdy zastanawia się, gdzie będzie za rok o tej porze).
Jeszcze w sesji, ucząc się na jakiś chemiczny egzamin, zahaczyłam o stałą Plancka (co wybitnie trudne nie jest, chyba tylko pi i e częściej się trafiają :P). Używa się jej przede wszystkim w chemii i fizyce kwantowej, towarzyszy światłu, metodzie XPS, równaniu schroedingera, funkcjom falowym, i wszystkiemu, gdzie się tylko kwanty przewijają. Nie jest obca, nie jest jakoś przesadnie egzotyczna, ale wystarczająco odległa, by nawet studiujący kierunki ścisłe mieli o niej nikłe pojęcie.
Tu dochodzę do sedna problemu. Istnieje pewna grupa pojęć, wiadomości, które powinien znać każdy dorosły człek, a już zwłaszcza ten po studiach. Teraz, przez nadmiar testów, przez szał sprawdzania wszystkiego co się da, przez ogrom teorii do opanowania, często się zapomina, że dziecię po jakimś etapie edukacji winno mieć konkretną wiedzę. Niekoniecznie powinna być zaawansowana i dotycząca jakiejś określonej dziedziny, ale powinna obejmować 'zasady życia na świecie'. Przykładowo budowa tasiemca albo mRNA (:P) jest niewątpliwie kluczowa w skali rozwoju cywilizacji, ale lepiej bym się czuła umiejąc nazwać w parku drzewo, które nie jest wierzbą albo brzozą. Przykład jest cokolwiek źle skonstruowany (bo drzewa kojarzą się z podstawówką, a RNA to już liceum), ale nie umiałam się oprzeć biologicznym kosmosom ;). Przeładowanie ilości materiału do przyswojenia nie utrwala wiedzy ani nie zwraca uwagi na ważne jej fragmenty. W efekcie umie się rzeczy z przypadku (bo 'akurat był sprawdzian z tego', ewentualnie 'pani się uparła'), albo nie umie się ich wcale.

Czuję to dotkliwie na studiach - gdzie to właśnie pani od 'metod matematycznych w mechanice' upiera się przy wyprowadzaniu dowodów czegoś, czego przeciętny student nawet nie jest w stanie wymówić, a obsługa wytłumaczonej łopatologicznie na AGH transformaty Laplace'a zdaje się wymagać co najmniej doktoratu z matematyki. W siedmiolatka nie rzuca się trygonometrią (choć daję słowo, że z niektórych przedmiotów próbują), a w studenta 10 książkami naraz. Może kiedyś ktoś wpływowy dojdzie do wniosku, że posługiwanie się nauką jest jak posługiwanie się mapą. Jeśli chcemy gdzieś dojść, najpierw trzeba obejrzeć dobrze całą okolicę, w małej skali, bez wszystkich szczegółów. Dopiero potem wchodzić głębiej, w detale, w uliczki, w dużą skalę.
Odbiegłam trochę od mojej ankiety - chodziło w niej o to, czy za często spotykanym kawałkiem wiedzy idzie zrozumienie, pewność, wiedza, czy po prostu sobie jakoś przemykamy bokiem :P. Moja odpowiedź to [cytuję]: '6,cośtam razy 10 do jakiejś potęgi', ale szczegóły owiane są nieciekawą tajemnicą. Uważam, że to i tak nieźle :P, chociaż przykładowo stałej Boltzmana nawet bym do działu nie potrafiła przypisać. Ciekawe, czy to jedna z tych rzeczy, które powinnam wiedzieć?

Skupiając się jednak na wynikach - mam dość mocne podstawy, by twierdzić, że w ankiecie odpowiadali ludzie wykształceni - i pewnie nie tylko w kierunkach ścisłych. Moje '6 z kawałkiem...' nie wypada na tym tle najgorzej - żadna z 14 innych osób nie znała dokładniejszej wartości stałej, a 3 wykazały się wiedzą podobną do mojej. 8 słyszało o tym pomniku planckowym, z czego 2 chciałyby zgłębić jego sekrety. Ściskam (na ile internet pozwala) 3 osoby, które o najważniejszym h w fizyce nie mają zielonego pojęcia, ale wykazują dobrą wolę i zainteresowanie ;). Cóż, przecież i tak nikt by jej nigdy w celach użytkowych z pamięci nie pisał... :).
U mnie latanie, przede wszystkim po paniach z AGHowego sjo, które nie wierzą w moje umiejętności językowe i nakazują mi chodzić na niebotyczną ilość zaległych semestrów języka obcego (na które oczywiście w planie zajęć miejsca już nie ma). Panie z politechniki z kolei muszę przekonać, że wil nie od macochy i certyfikowany egzamin B2 z angielskiego powinniśmy móc zdawać. Wyjaśni się koło środy, mam nadzieję. Postaram się przed świętami dodać kolejną ankietę, może ktoś ma pomysł? Miłego dnia wszystkim :).
PS Miałam system przeinstalowany w ten weekend i chyba jeszcze nie dograłam wszystkiego, do czego się przyzwyczaiłam. Brakuje chyba jakichś wtyczek w chrome, bo nie mogę zrobić większych i wyśrodkowanych zdjęć. Będę nad tym pracować, póki co musi Wam wystarczyć powyższe.
Jeszcze w sesji, ucząc się na jakiś chemiczny egzamin, zahaczyłam o stałą Plancka (co wybitnie trudne nie jest, chyba tylko pi i e częściej się trafiają :P). Używa się jej przede wszystkim w chemii i fizyce kwantowej, towarzyszy światłu, metodzie XPS, równaniu schroedingera, funkcjom falowym, i wszystkiemu, gdzie się tylko kwanty przewijają. Nie jest obca, nie jest jakoś przesadnie egzotyczna, ale wystarczająco odległa, by nawet studiujący kierunki ścisłe mieli o niej nikłe pojęcie.
Tu dochodzę do sedna problemu. Istnieje pewna grupa pojęć, wiadomości, które powinien znać każdy dorosły człek, a już zwłaszcza ten po studiach. Teraz, przez nadmiar testów, przez szał sprawdzania wszystkiego co się da, przez ogrom teorii do opanowania, często się zapomina, że dziecię po jakimś etapie edukacji winno mieć konkretną wiedzę. Niekoniecznie powinna być zaawansowana i dotycząca jakiejś określonej dziedziny, ale powinna obejmować 'zasady życia na świecie'. Przykładowo budowa tasiemca albo mRNA (:P) jest niewątpliwie kluczowa w skali rozwoju cywilizacji, ale lepiej bym się czuła umiejąc nazwać w parku drzewo, które nie jest wierzbą albo brzozą. Przykład jest cokolwiek źle skonstruowany (bo drzewa kojarzą się z podstawówką, a RNA to już liceum), ale nie umiałam się oprzeć biologicznym kosmosom ;). Przeładowanie ilości materiału do przyswojenia nie utrwala wiedzy ani nie zwraca uwagi na ważne jej fragmenty. W efekcie umie się rzeczy z przypadku (bo 'akurat był sprawdzian z tego', ewentualnie 'pani się uparła'), albo nie umie się ich wcale.

Czuję to dotkliwie na studiach - gdzie to właśnie pani od 'metod matematycznych w mechanice' upiera się przy wyprowadzaniu dowodów czegoś, czego przeciętny student nawet nie jest w stanie wymówić, a obsługa wytłumaczonej łopatologicznie na AGH transformaty Laplace'a zdaje się wymagać co najmniej doktoratu z matematyki. W siedmiolatka nie rzuca się trygonometrią (choć daję słowo, że z niektórych przedmiotów próbują), a w studenta 10 książkami naraz. Może kiedyś ktoś wpływowy dojdzie do wniosku, że posługiwanie się nauką jest jak posługiwanie się mapą. Jeśli chcemy gdzieś dojść, najpierw trzeba obejrzeć dobrze całą okolicę, w małej skali, bez wszystkich szczegółów. Dopiero potem wchodzić głębiej, w detale, w uliczki, w dużą skalę.
Odbiegłam trochę od mojej ankiety - chodziło w niej o to, czy za często spotykanym kawałkiem wiedzy idzie zrozumienie, pewność, wiedza, czy po prostu sobie jakoś przemykamy bokiem :P. Moja odpowiedź to [cytuję]: '6,cośtam razy 10 do jakiejś potęgi', ale szczegóły owiane są nieciekawą tajemnicą. Uważam, że to i tak nieźle :P, chociaż przykładowo stałej Boltzmana nawet bym do działu nie potrafiła przypisać. Ciekawe, czy to jedna z tych rzeczy, które powinnam wiedzieć?

Skupiając się jednak na wynikach - mam dość mocne podstawy, by twierdzić, że w ankiecie odpowiadali ludzie wykształceni - i pewnie nie tylko w kierunkach ścisłych. Moje '6 z kawałkiem...' nie wypada na tym tle najgorzej - żadna z 14 innych osób nie znała dokładniejszej wartości stałej, a 3 wykazały się wiedzą podobną do mojej. 8 słyszało o tym pomniku planckowym, z czego 2 chciałyby zgłębić jego sekrety. Ściskam (na ile internet pozwala) 3 osoby, które o najważniejszym h w fizyce nie mają zielonego pojęcia, ale wykazują dobrą wolę i zainteresowanie ;). Cóż, przecież i tak nikt by jej nigdy w celach użytkowych z pamięci nie pisał... :).
U mnie latanie, przede wszystkim po paniach z AGHowego sjo, które nie wierzą w moje umiejętności językowe i nakazują mi chodzić na niebotyczną ilość zaległych semestrów języka obcego (na które oczywiście w planie zajęć miejsca już nie ma). Panie z politechniki z kolei muszę przekonać, że wil nie od macochy i certyfikowany egzamin B2 z angielskiego powinniśmy móc zdawać. Wyjaśni się koło środy, mam nadzieję. Postaram się przed świętami dodać kolejną ankietę, może ktoś ma pomysł? Miłego dnia wszystkim :).
PS Miałam system przeinstalowany w ten weekend i chyba jeszcze nie dograłam wszystkiego, do czego się przyzwyczaiłam. Brakuje chyba jakichś wtyczek w chrome, bo nie mogę zrobić większych i wyśrodkowanych zdjęć. Będę nad tym pracować, póki co musi Wam wystarczyć powyższe.
środa, 20 lutego 2013
liczba złota
Pytanie na egzamin:
Co to jest liczba złota?
Odpowiedź:
Najmniejsza liczba mg koloidu ochronnego zabezpieczająca 10 cm3 0,1% formaldehydowego zolu złota przed zmianą barwy z czerwonej na fioletową w wyniku dodania 1 cm3 10% roztworu NaCl.
Nie wiem po co i dlaczego, ale to i parę innych pytań przypomina mi mirowy egzamin z czegoś, co miało w nazwie fizykę i nie wykluczone, że kwanty. Trzymajcie kciuki do końca tygodnia ;).
[update 19:23] W układzie cgs jednostką lepkości dynamicznej jest jeden PUAZ (czytane zapewne jako płaz). Przy innej okazji widziałam też coś mierzonego w DYNACH (już nawet wiem, co :P). Świat jest śmieszny ;), ale wolałabym, żeby taki nie był przed egzaminem :P.
[update 00:23] Odkryłam wzór z 'pewną stałą' :P (na obrazku fragment wykładów).
[update 8:59] Przed egzaminem (wykład - reakcje oscylacyjne)
poniedziałek, 4 lutego 2013
Jak się robi projekt z żelbetu?
1:22 - Usiłuję dobrać zbrojenie poziome leja - wyszło mi jakieś dziwne. Druga kawa (piliście kiedyś kawę parzoną z łyżeczką kakao? Pyszne ;) ), plus puszka kukurydzy. W 1005a, na konsultacjach poczęstowano mnie kiwi.
2:22 - Nie ogarniam mojego zbrojenia poziomego i stwierdziłam, że wymyśliłam je bardzo głupio. W związku z tym poprawiam przedziały, coby się od wewnątrz i z zewnątrz zgadzały. Dalej nie wiem, jak zakończyć lej. Madzia pisze na gg, w łazience odkryto pająka.
3:22 - Wydaje mi się, że mam zbrojenie poziome zewnętrzne. O ile nic nie naknociłam, to jakaś 1/6 rysunku za mną, ale przynajmniej ładnie wszystko policzyłam (nie wiadomo po co. W każdym razie każdy pręt poziomy, oddalony o 10 cm od poprzednika, powinien być krótszy o 7cm). Z radości wietrzę pokój i grzeję zupę. Właściwie kształt tego zbrojenia to trochę zmyślam.
4:22 - Podczas dzisiejszej nocy leci mi losowo muzyka z komputera. Punkt 4:04 usłyszałam '4 nad ranem' :P. Mam chyba zrobione zbrojenie poziome zewnętrzne i wewnętrzne - jakbym miała być szczera, zdecydowanie mi się nie podoba, ale już musi takie zostać. Lej jest zazbrojony iście kosmicznie :P. Chyba czas na kąpiel i kolejną kawę. A potem zbrojenie pionowe!
5:22 - Kąpiel zajęła dużo czasu, i chyba muszę przyśpieszyć, jeśli chcę zdążyć. Zwłaszcza, że już jestem naprawdę zmęczona, i chyba mało myślę. Zbrojenie pionowe będzie na innych rysunkach niż poziome, bo na leju się nie mieści. Chyba nie zrobię zestawienia stali. Ale mi się chce spaaaać :P.
6:22 - Wygląda na to, że zbrojenie pionowe jest łatwiejsze niż poziome. Prawie skończyłam - potem jeszcze przekrój i szczegóły. Mam nadzieję, że do 9 skończę rysunek. Wszystkie znaki na niebie i w nosie świadczą, że rozpoczął się sezon na alergie albo na grypę. Sąsiadki się powoli budzą.
7:22 - Czas na kolejną kawę i śniadanie. Jestem przy przekroju, muszę w miarę szybko to skończyć. Robi się zimno.
8:22 - Ups! Strasznie dużo czasu zabierają te rysunki, pręty, kopiowania, podpisy...
9:22 - Raju, jeszcze jeden szczegół... Koło 9:40 mam coś, co mogę oddać panu. W autocadzie, jeszcze dużo innego przede mną.
10:22 - Wklejam nowe mapki z momentami - ściany pasują, do leja jeszcze nie doszłam.
11:22 - Układam sobie zbrojenie ładnie (umieszczam na schemacie zbiornika moje pręty, z opisem jakie pole zbrojenia było wymagane, a jakie zastosowałam). Przy okazji poprawiam błędy i niedociągnięcia. Raczej na pewno nie zdążę zrobić zarysowania, trudno, zobaczymy, co pan powie :P. Nie mogę patrzeć na kawę.
12:22 - Najwyższy czas zapisać wszystko i wsiąść w cokolwiek, bo inaczej zasnę ;) (i tak od godziny tylko bez sensu klikam - bez sensu, bo śpię z myszką w ręku). Rysunek i obliczenia ok, nie mam rys i zestawienia stali, ale już trudno. Dam znać potem, jak mi poszło ;).
I tutaj jeszcze mały komentarz - o projekcie pisałam sobie tak o, dla siebie, przynajmniej miałam dodatkową motywację, żeby nie spać ;). Sama sobie pośrednio zawaliłam, chociaż przy takim natłoku wszystkiego chyba nie mogłam inaczej. Domeną studiów budowlanych (mam nadzieję, że nie całego budownictwa :P) jest okresowe nie spanie po nocy i klikanie, najczęściej autocadowe. Nie spanie zdarza się też dwukierunkowcom, a z sumy dwóch zbiorów zawsze wyjdzie coś przynajmniej równego jednemu z nich - i mój styczeń wygląda jak wygląda. Z resztą chyba nie tylko mój - tak po prostu jest ;), i zostaje mi to polubić. (Zwłaszcza, że mam przeokropną tendencję do zastanawiania się nad rzeczami, nad którymi mało innych się zastanawia - albo dlatego, że je wiedzą, albo dlatego, że wiedzą, że się nad nimi nie powinno zastanawiać :P). Powodzenia wszystkim na sesji ;)!
PS. (napisane wieczorem, gdy już się obudziłam) Pan brał od nas teczki z projektami i wysłał oceny na maila. Za moją pracę (okazało się przykładowo, że przy opisie długości prętów zrobiłam za małe cyferki, ledwo się dało odczytać po wydrukowaniu) dostałam 4 ;), co jest oceną za ów niedokończony projekt mnie satysfakcjonującą :P. Widać pan lubi urozmaicone zbrojenia leja :P
Lokalizacja:
Kraków, Polska
Subskrybuj:
Posty (Atom)

