Pokazywanie postów oznaczonych etykietą postacie dramatu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą postacie dramatu. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 lipca 2021

I dreamed a dream in time gone by

https://www.youtube.com/watch?v=DccL0_L4tPU&ab_channel=WaterTowerMusic

I dreamed a dream in time gone by

When hope was high and life worth living

I dreamed that love would never die

I prayed that God would be forgiving

 

Then I was young and unafraid
And dreams were made and used and wasted
There was no ransom to be paid
No song unsung, no wine untasted

 

Nie wiem, jak to się stało, nie wyłapałam momentu. Żadnego. I dopóki omal nie spadłam w przepaść, nie wiedziałam, że nad nią jestem. Że ta mała wyrwa w ziemi, w którą przypadkiem nadepnęłam w któryś poniedziałek jest taka głęboka i ciemna. I może jednak w nią wpadłam, lecę jeszcze nie będąc świadomą uderzenia, które dopiero nadejdzie. Łudzę się, że udało mi się zatrzymać na krawędzi i zostać po bezpiecznej, jasnej stronie. I boję się, że spadłam tylko kawałek, w punkt, z którego nie jestem w stanie wdrapać się na górę do świata where hope was high and life worth living. Jednocześnie nie potrafię nie patrzeć na beztroskie, błyszczące światło i wybrać pójście dalej ciemną drogą w to co następne.

 

Nigdy to też chyba nie zadziało się tak płynnie i tak… łatwo, naturalnie, bezpiecznie. Inaczej niż zwykle. I może to był ten piękny sen, który chciałam wyśnić, którego tak bardzo potrzebowałam i w którym tak bardzo pragnęłam jeszcze chwilę pożyć. Sen w rytmie nocnego swinga, z każdym winem skosztowanym i każdą piosenką zaśpiewaną. 


Naprawdę miałam piękny przełom maja i czerwca. I najwyraźniej to piękno i iskry w oczach nie wystarczyły, bo there are dreams that cannot be and there are storms we cannot weather. I nie wiem, jak to zepsułam. I nie wiem, czy kiedykolwiek dam radę nie zepsuć. 


And still I dream he'd come to me

That we would live the years together

But there are dreams that cannot be

And there are storms we cannot weather

 

I had a dream my life would be

So different from this hell I'm living

So different now from what it seemed

Now life has killed the dream, I dreamed

 

Już tęsknię. Bardzo.

poniedziałek, 14 września 2020

I nie ma z kim tańczyć

"Entliczek, pentliczek, czerwony stoliczek
A na tym stoliczku pleciony koszyczek (...)"

W moim sercu mieszka dwóch mężczyzn. Nie zapraszałam ich specjalnie, każdy z nich po prostu któregoś dnia zapukał, porozglądał się, odbył rozmowę kwalifikacyjną z rozumem i ani się spostrzegłam, a już zajmował łóżko w lewej komorze. 

Obaj mają niebieskie oczy. Jeden jasnoniebieskie, błękitne, w kolorze wody w ciepłych krajach i niebieskiej koszuli, którą czasem nosi. Drugi ciemnoniebieskie, wpadające w popielaty, burzowe i przywodzące na myśl sztorm oglądany z bezpiecznej przystani. 

Mieszkając w moim sercu tyle czasu, żaden nie chciał mnie przyjąć do swojego.  

"Gdy­bym spo­tkał cie­bie zno­wu pierw­szy raz,
Ale w in­nym sa­dzie, w in­nym le­sie (...)"

Pan z jasnoniebieskimi oczami - właściwie nie wiem dlaczego, chociaż, o zgrozo, odważyłam się go o to zapytać. Niestety, nie jest najlepszy w odpowiedziach. Jest dobry w milczeniu, jest dobry w rowerach, w budownictwie, w radach, w spokoju i w dawaniu bezpieczeństwa. W rozmowach też, ale niestety nie w tej jednej. 

"Między nami nic nie było!
Żadnych zwierzeń, wyznań żadnych!
Nic nas z sobą nie łączyło —
Prócz wiosennych marzeń zdradnych (...)"

Pan o popielatych, burzowych oczach jest niesamowity w patrzeniu. Łapie mój wzrok, utrzymuje spojrzenie i ciągnie moje oczy na linie pod szare bramy swojego umysłu. Wyłapuje je w zatłoczonym pokoju jakby nigdy tak naprawdę się nie rozdzieliły, a tylko czekały na to mikrosekundowe omiotnięcie przestrzeni by się odnaleźć. Czytamy siebie z podniesionych kącików ust, z uśmiechniętych lub uciekających oczu. Oboje wszystko widzimy, oboje wszystko wiemy i oboje sobie w tą grę gramy. Przeciwko nam wiek, profesja i zdaje się, że jakaś Karolina. 

"Nie sądź po ustach do uśmiechu skorych (...)"

Problem w tym Panowie, że w związku z Waszym zasiedzeniem w moim serduszku, nie jestem w stanie wygospodarować w nim miejsca dla żadnego Tomka, Grześka, czy innego zabłąkanego wędrowca, który pomoże mi przejść na następny poziom w moim Mario.


czwartek, 6 sierpnia 2015

Puść to wolno

Nie dam rady chyba dużo dzisiaj napisać, ani z jakimkolwiek większym sensem. Może treść posta niech wypełnią sticky thoughts ze sticky notes.

Czasem wszystko wychodzi nie tak, jak byśmy chcieli. Pewnie nie ma co się tym zbytnio martwić, bo coś niechcianego jest jak najbardziej naturalną częścią życia. Możemy starać się to zmienić, ale nie ma opcji wyeliminowania każdej formy negatywnych ataków materii. Jeżeli czereśni nie zniszczą upały, zniszczy je grad albo jakieś szkodniki (choć muszę tu zauważyć, że z pewnością spora część wszystkich czereśni zostanie nietknięta i bardzo smaczna. Nie widzę powodu, żeby niszczyć wszystkie tylko na potrzeby posta). Zgodnie z tą myślą, nie powinniśmy się denerwować czerwonymi światłami, gdy nam się śpieszy (bo i tak nie mamy na nie wpływu), nie powinniśmy się denerwować decyzjami przełożonego, ani gradem, który pada nam na samochód. Z kolei powinniśmy wybierać drogę bez świateł, gdy nam się śpieszy, powinniśmy rozmawiać z szefem o kłopotach i wątpliwościach, a przy niepewnej pogodzie zostawiać auto w garażu (jeśli ktokolwiek ma :P). Eee, wystarczająco to trudne.

Zostawiając nerwy - coś, czego nie chcemy przynosi po prostu smutek, zniechęcenie i zwątpienie. Przy których trzeba iść dalej. I dlatego chyba trzeba mieć równolegle kilka zajęć w życiu - typu rodzina, znajomi, praca, zainteresowania, sport. Żeby w razie trudnych chwil w czymś jednym móc się wspomóc innymi. Czasem jedyną miłą chwilą w ciągu dnia może być dawanie korepetycji.

É Difícil - posłuchajcie

Muito parabéns Joaninha

środa, 29 lipca 2015

Miesiąc świadomości

Jedną z najgorszych rzeczy, które można zafundować człowiekowi (przynajmniej z tych, które mi przychodzą teraz do głowy), jest postawienie go wobec rychłej straty. Straty rozumianej bardzo szeroko - jako po prostu jednokierunkowej zmiany, bez możliwości powrotu.

Życie w swojej istocie (pomimo tego, że dzieli się na konkretne etapy (zwłaszcza w młodości :P)) jest dość ciągłe - przechodzimy płynnie pomiędzy porami roku, nowe zadanie w pracy nadchodzi po starym, po 25 urodzinach ma się 25 lat i jeden dzień. Punkty w życiu (jak nowy rok, urodziny, albo po prostu jakieś nietypowe wydarzenie) na chwilę zatrzymują naszą powolną drogę i dają czas, by porozglądać się dookoła. Czas na ocenienie odległości do celu, na przyjrzenie się widokom zostawionym w tyle, na obejrzenie i zapamiętanie twarzy towarzyszy.

Czasem niektóre punkty są bardziej wyraźne. Gdy kończymy jakąś szkołę, wyjeżdżamy z miasta, gdy dzieje się coś nieodwracalnego, wyciągającego nas z naszego świata pełnego komfortu i czasu na wszystko - czyli właściwie gdy zostawiamy znajome idąc w niepewne.  W końcu, gdy ktoś umiera, albo nas opuszcza. Zdecydowanie najgorszy jednak jest moment pełnej świadomości upływającego czasu, niekomfortowej zmiany lub końca. Świadomość, że się nie zdążyło czegoś zrobić, że się zaniedbało jakiś ważny element życia, z którym nie da się już nadgonić, poprawić, wyrównać.

Po całonocnym robieniu projektu, o 7 rano, poranne ptaki śpiewają tylko o tym, że nie zdążysz na 9. Wyjeżdżając po studiach w Krakowie zastanawiasz się, jakim to sposobem przez 5 lat nie udało ci się iść do zoo, ani na kopiec Piłsudskiego. Gdy umiera dziadek, żałujesz, że nigdy nie spytałeś go, jak podrywał babcię, jak robił kapuśniak, albo jak wyglądał świat zaraz po wojnie.

Albo gdy dowiadujesz się, że interesująca dziewczyna, którą właśnie lepiej poznałeś, wyjeżdża na doktorat do Holandii, za miesiąc.

Miesiąc - to z jednej strony dużo czasu, który można bardzo dobrze przeżyć. A z drugiej strony tego czasu jest za mało, żeby zaistniałe ewentualne wydarzenia zdążyły zmienić czyjąś decyzję, czy czyjeś serce układające już ubrania w szafie oddalonej o tysiąc kilometrów. Trudno przeżyć ten miesiąc - żałując, że nie zrobiło się czegoś wcześniej - i to czegoś, o czym się nie wiedziało. Jak miesiąc życia dany przez lekarza choremu. Cieszy, ale ma bardzo wyraźnie zaznaczone granice.

Po miesiącu pewnie po prostu pójdzie się dalej, zostawiając w opisanym krajobrazie przeszłości ciemny punkt, przyciągający wzrok jeszcze przez jakiś czas. Tylko niech ten miesiąc się już skończy.

czwartek, 30 kwietnia 2015

Kolejna Bajka o Czerwonym Kapturku - preludium

Czerwony Kapturek, błądząc po rzekomo znanym lesie, korzystał często ze stojących przy ścieżce Latarni. W jasny dzień nie wyróżniały się niczym spośród drzew, ukrywały się w liściach, dawały się porastać roślinności, jednak nocą Kapturek nie zaszedłby daleko bez nich. Albo może by i zaszedł, ale miałby duże problemy z powrotem w jednym, sensownym kawałku.

Czerwony Kapturek pewnej nocy przystanął koło Latarenki. Smukła, metalowa obudowa miała odlane inicjały BG, wystające czernią spod liści powoju.

- Idziesz do Stasia, Kapturku? - zapytała Latarnia.
- Mmm, chyba tak. 
- Idź, idź, to Dobry Człowiek.

Kapturek zastanowił się przez chwilkę.

- A Staś jest dobrym człowiekiem, bo zrobił coś szczególnie dobrego? Czy dlatego tak myślisz, Latarenko?
- Nie, to by nie miało sensu, raz zrobić coś dobrego i od razu być Dobrym Człowiekiem. To, że ktoś raz coś zrobił jeszcze o niczym tak naprawdę nie świadczy. Staś jest po prostu dobry cały czas.



Od tej rozmowy minęło już jakieś 10 lat, może nawet i więcej. Nie zmieniła się w mojej głowie przedstawiona mi wtedy definicja 'dobrego człowieka', w dalszym ciągu spełnia ją także Staś. Ale to nie jest post o nim :). 

Pomyślmy o kontrprzykładzie - jeżeli jedna dobra rzecz nie robi z nas dobrych ludzi, to czy jedna zła jest nas w stanie uczynić ludźmi złymi?  (pomijając definicje dobra i zła :P, muszę iść już spać)

Zakładając plus-minus dobrego człowieka postawionego na drodze dowolnie pojętego zła, zakładamy także, że dokonuje on wyborów rozważnych, umotywowanych dobrem innych - lub swoim, ale możliwie bez krzywdzenia postronnych. Dobra matka zabijająca męża by chronić dzieci raczej nam się nie trafi w codziennym życiu. Za to trafić się już może mężczyzna, która mając żonę daleko, szczęśliwie żyje z drugą kobietą u boku. Postępuje niewłaściwie, ale (pamiętając o założeniach :P) to nie jest egoistyczne, krzywdzące i bezmyślne zło - tylko wybór. Czasem szybki, czasem okupiony wieloma konsekwencjami - ale tylko wybór. I nie nam go oceniać. 

Choć z drugiej strony 'nasze wybory ukazują, kim naprawdę jesteśmy, o wiele bardziej niż nasze zdolności'. A ludzie po prostu - zazwyczaj wybierają szczęście.




piątek, 26 września 2014

Niewinność

Hej - dzisiaj taki trochę poważniejszy post (chodził mi po głowie już od jakichś dwóch tygodni. Chyba ostatecznie nie tak miał wyglądać, ale co tam :P).

Będąc ostatnio gościem na weselu patrzyłam na nas - na uśmiechniętych przedstawicieli rocznika, który wydzierał się z pieluch, gdy mur berliński upadał (już na pewno używałam tu tego porównania kiedyś :P- to chyba moje jedyne skojarzenie z rokiem urodzenia, zaszczepione wieki temu przez Rodzicielkę). W każdym razie - patrzyłam na grupę ludzi, która dorastała w czasach disco-polo słuchanego w sobotni poranek, gier zarówno podwórkowych jak i komputerowych, w czasach, gdy kinder-niespodzianki były najwspanialszym darem od cioci.

Dzieciaki bojące się końca świata w 2000 roku nie tak dawno stały się magistrami, lekarzami, współmałżonkami - ale także dość samodzielnymi ludźmi, stojącymi u początku drogi, która będzie realnie pierwszą tak indywidualną drogą. Póki co niewiele nas różniło - wszyscy niemal studenci są tacy sami (nie mają za wiele pieniędzy, ale z tymi, co mają potrafią zdziałać zadziwiająco dużo, piją pewnie więcej niż powinni i często wtedy, gdy nie powinni, plus ten kawałek studenckiego światka koło mnie docenia życie i ma dość idealistyczne skłonności).

Ale wracając - wtedy na weselu patrzyłam po prostu na dwudziestopięcioletnią niewinność. Na ciekawość świata, połączoną z nadziejami, z planami, z przeświadczeniem, że możemy wszystko (co zależy tylko od nas) - które cechowały chyba każdego z weselnych gości. Teraz jesteśmy równi, i ta równość powinna iść za nami w świat dalej - obojętne, kto, kiedy, gdzie i kim zostanie.

PS Dostałam się :). I chyba się cieszę :)

wtorek, 13 maja 2014

Niespodziewany wyjazd

Czasem nowe wyzwania przytrafiają się w życiu nagle i niespodziewanie. Wyszło (nie tak dawno), że jadę dzisiaj do Gruzji, jako część Beztlenowych. Cieszę się ;), wracam pewnie jakoś w ostatnim tygodniu maja. Trzymajcie kciuki, by wszystko było w porządku ;)

środa, 16 kwietnia 2014

Meksyk i wędrówki

Post przedwielkanocny - składanka przebojów z minionego okresu :).



Meksykankom podobała się Polska. Miłością obdarzyły Polskiego Busa, wycieczki rozmaite, pierogi (jedyne słowo zapamiętane po polsku), zapiekanki na Kazimierzu i polskich nowych kolegów opowiadających ciekawostki z tematu hmm, popularnego w towarzystwie. Lubię strasznie Meksykanów ;), Aguascalientes kiedyś będzie moje :).

(Nie wiem, czy też czasem coś za Wami chodzi. Naprawdę jestem przekonana, że kiedyś pojadę do Ameryki Łacińskiej, w tym do Kolumbii. To takie dziwne uczucie.

Wyobraźcie sobie, że macie się nauczyć wiersza na pamięć, ale tylko kilka razy go przeczytaliście przed snem - tak, że nie pamiętacie ni słowa. Potem budzicie się następnego dnia rano, i ktoś każe Wam ów wiersz mówić. Wy naturalnie nie potraficie, więc po prostu powtarzacie słowa, którymi pomaga Wam osoba, która Was pyta. Ale czasem, po jakimś słowie przypominacie sobie rym, kolejny wers, i jesteście w stanie sami go powiedzieć. Gdyby wiersz był całym życiem, które powoli sobie na własne potrzeby deklamujemy, to można by czasem coś zgadnąć, przeczuć. Pojadę do Kolumbii.

((wiem, że to śmieszne, ale nie czuliście tak nigdy :P?))




Przy okazji Meksykanek zwiedziłam obóz koncentracyjny w Oświęcimiu i w Brzezince - pierwszy raz w życiu. Mocne wrażenia, których wizyta dostarcza, są lekko osłabiane przez pogoń za przewodnikiem, który zręcznie lawiruje pomiędzy obcą wycieczką po prawej i grupą gimnazjalną po lewej. Brakuje chyba trochę zatrzymania się nad pojedynczym człowiekiem, brakuje emocji, czasem spokojnego wyjaśnienia, o co tak naprawdę chodziło. Polacy w większości rozumieją, wiedzą, czują, inni już niekoniecznie. W Fabryce Schindlera spotkałyśmy Żydówkę z Ameryki, opowiadała, że jej dziadkowie zginęli w gettcie. Coraz bardziej czuję potrzebę poznania dokładnie wydarzeń z
okresu okołowojennego.



Weekend pod znakiem EDK. 47 km dogi krzyżowej w towarzystwie M. i S. Wycieczkowo - było wspaniale (gdyby tylko nie pęcherze na stopach :P), pogoda się udała, a trasa wiodła w niektórych momentach szlakami, co dodawało trudności i radości. Religijnie - chyba powinnam bardziej jednak się skupiać w trakcie :P (chociaż szukanie drogi i szybki marsz jednak trochę odwodziły od zasadniczego celu wędrówki). Rozważania miały motyw przewodni: 'miarą wielkości człowieka jest największe wyzwanie, którego się podjął i wygrał'.

Stwierdzenie nie budzi mojego sprzeciwu w pierwszym momencie, ale jest bardzo kategoryczne, i jeszcze nie wiem, czy się z nim zgadzam. Podejmujecie jakieś wyzwania? Robicie rzeczy, które nie są dla Was łatwe, które wymagają czasem naprawdę wiele? Pamiętajcie proszę, że wyzwania są bardzo indywidualną sprawą. Są przekraczaniem siebie w danym momencie życia, w danych warunkach.

Mogę napisać enigmatycznie, że gdy ksiądz powtarzał tą formułkę o mierze wielkości na kazaniu (a pojawiała się ona w trakcie tamtych 14 godzin dość często), pomyślałam sobie o zamykaniu marketu podczas moich pierwszych pracujących wakacji w Anglii. Pomyślcie, co było Waszym największym wyzwaniem :).


I owoc na deser :), z facebookowego fanpage'a tej strony. Przyjemnych i ciepłych Świąt wszystkim :).


niedziela, 29 grudnia 2013

korzenie

Moje miasto rodzinne jest miastem piechoty. Choć posiada (bagatela!) 10 linii autobusowych (w których istnienie ciężko chyba uwierzyć, i które ponadto nie pasują prawie nigdy nikomu (a przynajmniej nigdy nie w dwie strony)), jest przy tym na tyle małe, że niemal wszędzie da się dojść na piechotę. Piechotą zatem drałuje się do Kauflandu i do przychodni, w górę i dół, przemierzając kilometry wzdłuż rzeki lub wzdłuż obwodnicy.
Sprzyja to dobrej kondycji mieszkańców, ale przede wszystkim usuwa pewne ograniczenia. Nie ogranicza miejsce (miasto małe, i nie każdy musi odwiedzić tego samego dnia Carrefoura i Intermarche, nie ogranicza czas (bo zawsze jest szybciej niż piekielnymi autobusami). Drepta się zatem noga za nogą, w sobie tylko znanym kierunku, żyje się z prędkością 5 km/h + 3 pogawędki ze znajomymi 'piechurami'. Uprzywilejowane dzielnice ułożone są koncentrycznie względem środka ciężkości miasta, który ma współrzędne inne dla każdego obywatela.
Ponadto 'ciężko jest odwzajemnić ciepło otrzymane', co brzmi nieco enigmatycznie :P. 


Dzisiaj odwiedzałam Protoplastkę w jej progach. Stałam się (jak w wielu innych przypadkach) w nie-rodzinnym domu sprzątaczką i kucharką (albo jak kto woli – domownikiem), opłaconą za młodu miłością w postaci kanapek w wagoniki, huśtawki w ościeżnicy, plackiem jabłkowym i przyzwoitym wychowaniem. Ze zdumieniem zauważyłam, że nie potrzeba już wspinać się na stołek lub kredens, by wstawić miseczkę w różowe kwiaty na miejsce. Znalazłam starą, świecącą w ciemności naklejkę z Monte, dałam radę sama rozwiązać większą część krzyżówki. I przyglądałam się, z mieszaniną troski i czułości, jak z każdym oddechem podnosi się kołdra, pod którą leży ktoś, kto 20-kilka lat temu w ten sam sposób przyglądał się małej, śpiącej mnie.



Mam najniższe tętno z rodziny, chyba ani razu podczas Świąt nie przekroczyło mi 65 uderzeń na minutę. 

PS. Pisane jako praca mgr, stąd inne formatowanie (którego nie potrafię zmienić :P). I szczęśliwego 2014 dla wszystkich ;). 

czwartek, 26 września 2013

kiss while your lips are still red

Miałam kiedyś etap w życiu, że mi Nightwish leciał w tle (chyba tak to powinnam nazwać, bo dokładnych tytułów ani słów nigdy nie znałam). Skończył się on już jakiś czas temu i czasem tylko jakaś piosenka zabłąka mi się na listę 'losowe piosenki z kompa'. Ostatnio znalazłam tą. Bardzo mi się spodobała melodia, a jak się później okazało i słowa były bardzo dobre. Wklejam po angielsku, ale polecam też polskie tłumaczenie.

Sweet little words made for silence
Not talk
Young heart for love
Not heartache
Dark hair for catching the wind
Not to veil the sight of a cold world

Kiss while your lips are still red
While he's still silent
Rest while bosom is still untouched, unveiled
Hold another hand while the hand's still without a tool
Drown into eyes while they're still blind
Love while the night still hides the withering dawn

First day of love never comes back
A passionate hour's never a wasted one
The violin, the poet's hand,
Every thawing heart plays your theme with care

Kiss while your lips are still red
While he's still silent
Rest while bosom is still untouched, unveiled
Hold another hand while the hand's still without a tool
Drown into eyes while they're still blind
Love while the night still hides the withering dawn

niedziela, 18 sierpnia 2013

Śmiechy domowe

Uwaga, wiem, ze post jest długi (i chyba ma najwięcej zdjęć w mojej blogowej karierze :P), ale po treści sądzę, że będzie się go w miarę przyjemnie i łatwo czytało :).

Do posta o współlokatorach zabierałam się już od dłuższego czasu. Są to ludzie, z którymi spędzam tutaj najwięcej czasu (nie licząc Sama, z którym bite 7 godzin dziennie rozmawiamy nad sensem życia w kontekście sprężystego podłoża pod przepustami), najwięcej też śmiesznych historii mnie z nimi spotyka. Zatem poznajcie lepiej Zameera, Stuarta, Roda i Paula (który co prawda już z nami nie mieszka, ale jest wart wspominania z uwagi na swoje dzieci) ;). Dla ułatwienia poznawanie odbędzie się w punktach :P.

1. Jak już powiedziałam, wzajemne kontakty utrzymujemy nad wyraz dobre. Zaczęło się od pierwszego dnia, gdy to obydwie strony były sobą zdumione. Ja, bo wszyscy dookoła pili herbatę z mlekiem, krzywo patrząc się na moje bezcukrowe czarne zachcianki, a Stuart, bo dostał kanapkę - z dobrą, polską kiełbasą, za to składającą się z tylko jednej kromki chleba. Poniżej typowe brytyjskie śniadanie - kanapka z bekonem (gdzieś powinny być jajka jeszcze, ale nie mieliśmy :P). W kubku oczywiście bawarka ;).



2. Jakoś dwa tygodnie po moim wprowadzeniu się do mieszkania okazało się, że dwóch moich współmieszkańców (z czego jeden jest Anglikiem) nie ma pojęcia, czym są 'culverts', o których opowiadam z przejęciem po powrocie z pracy. Codziennie niemalże. Rod myślał, że 'i'm making culverts at work' odnosi się do polskich specjałów, które wyrabiam w ramach zajęć w ciągu dnia (nie znał jeszcze wtedy zdaje się dokładnego charakteru mojej pracy). Z kolei Zameer przerobił sobie 'culverts' na enigmatyczne 'calc works' (hmmm, zła wymowa :P?), co mu się zgadzało z moim wizerunkiem - dziewczyny latającej po domu z kalkulatorem i wykresami (na belkach co prawda, ale zawsze :P).


Cała sprawa wyszła na jaw, gdy w któryś dzień podekscytowana opowiadałam o tym, iż dnia następnego John zabiera mnie na zwiedzanie drugiej, większej fabryki, gdzie będą wspaniałe staircases i hollowcores. Roda zdziwiła moja nagła pasja betonowo-budowlana, i korzystając z okazji zapytał, kiedy w końcu przyrządzę im 'culverts' w domu. To z kolei mnie zdziwiło :P, nie wspominając o Zameerze, który w ogóle nie ogarnął. Wynikło z tego ogłoszenie ;) i gotowe 'culverts'.







3. Każdy dom ma zazwyczaj winowajcę. Na pytanie '-Kto zbił talerzyk?' istnieje zawsze kilka odpowiedzi. Często czynią to bezosobowe stwory '-Nie wiem, samo się zbiło', dobrze, gdy są to zwierzęta '-Aaaaaa, to na pewno Mruczek', które muszą czekać do Wigilii z oświadczeniem niewinności, za to łatwo im się wybacza (gorzej, gdy jest winny zawsze jeden i ten sam mieszkaniec). U nas, na jakiekolwiek podobne pytanie odpowiedzią jest '- Paul's children did that.' . Największym paradoksem jest to, że dzieci Paula są stosunkowo grzeczne i nawiedzały nas nie częściej niż raz w tygodniu - za to są nielubiane przez Betty, która w łatwy i dość żartobliwy sposób oskarża je o całe zło spotykające mieszkanie. Przejęliśmy od niej 'Paul's children did that' i stosujemy do wszystkiego, a szczególnie do rzeczy, których dzieci Paula na pewno nie zrobiły. Paul się wyprowadził jakieś 3 tygodnie temu.

4. Lubię wykresy i uważam, że matematyka jest świetnym narzędziem do wyrażania zawiłości świata :P. Odpowiedź na pytanie 'Did you call your mother?' - żeby nie było, opracowana z Zameerem :P.


5. Nie potrafię wytłumaczyć im odmiany przez przypadki. Próbowałam na 'górze', 'kocie', i nawet mi szło - dopóki nie zaczęli czytać w internecie wyjaśnień polskiej gramatyki przygotowanych dla Anglików. Nie potrafią ogarnąć jakim cudem 'chłopca ugryzł pies' i 'pies ugryzł chłopca', pomimo zamiany rzeczowników wciąż znaczą to samo, i to w dodatku znaczą dość logicznie dla odbiorców. W sumie im się nie dziwię :), ale śmiechu mamy co niemiara :).

6. Czasem, zgodnie z tradycją strzelę coś głupiego.


Dyskusja z której pochodzi cytat (tak btw jestem pewna, że powiedziałam 'like', a nie 'love') dotyczyła... prac domowych, między innymi prasowania i odkurzania. W którymś momencie stwierdziłam, że co prawda prasować nie lubię zbytnio, ale w małych ilościach mi nie przeszkadza, natomiast z rzeczy niezbędnych dość przyjemne jest odkurzanie. Po chwili jednak stwierdziłam, że ciężko bym uchodziła za reprezentatywną Polkę (zwłaszcza, że wcześniej kilka rozmów dotyczyło kwestii, w których jestem dość oryginalna), i wygłosiłam sprostowanie, którego nie pozwolono mi skończyć, a które momentalnie zostało cytatem tygodnia. Ogórki i papryka w nawiązaniu do wcześniejszej pracy.

6. Przygotowałam dzisiaj zupę ogórkową - w wersji halal, czyli bez kostek rosołowych, i normalną (użyłam double cream tym razem :P). Żaden nie zjadł więcej niż pół plasterka ogórka kiszonego. Picie przeze mnie wody z ogórków uważali za próbę samobójczą - poprzez utratę płynów ustrojowych na skutek zachodzącej w niewiadomym kierunku osmozy (pomimo uzupełniania owych płynów bawarkami). Zameer zjadł jedną chochelkę i powiedział, że dziękuje. Stuart dał radę całą miskę. Rodowi smakowało. W ogóle robimy sobie wymiennie obiady i desery (kilka dni temu jadłam indyjski deser, ogólnie rzecz biorąc składał się z truskawkowego płynu (który się wcześniej gotowało), lodów i klusek. Ale był dobry :) ). Poniżej także omlet, który Rod nam przygotował ;).




7. Okazuje się, że mam słownikowe braki, które dotyczą nie tylko śmietany. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że słowo 'rabbit' nie jest do końca bezpieczne (wybaczcie odnośnik), a 'rabbit hole' nie powinno kojarzyć się z Alicją w Krainie Czarów. Podobnie rzecz się ma z czasownikiem 'stroke'. Dowiedziałam się także, że Brytyjczycy wyzywają się od 'pregnant goldfish', czymkolwiek one nie są :P.

8. Jeździmy też na wycieczki. Wczoraj byłam w Crich i w Chesterfield. Brytyjska pogoda dopisała. Poniżej widok z wieży w Crich.


Będzie mi brakowało moich wakacji w tym roku. Myślę, że im mnie też. Tymczasem powinnam coś robić, żeby to jakoś załagodzić. Piosenka dla Was, i druga, dobranoc.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Ostatni dzień w akademiku

Lato było jakieś szare
i słowikom brakło tchu
smutnych wiersz parę 
ktoś napisał znów...

Noc z czwartku na piątek była ostatnią tak wspólną nocą w akademiku.

Do około 5 rano trwała impreza u Tutka - motywem przewodnim było ziarno, którego resztki wyścielały podłogę pokoju (potem przykrywają także wszystko inne i migrują do innych pokoi, również przez klatkę schodową. Ziarno jest wszędzie i ziarno musi być dziubane). Ewelina stała się magistrem w czwartek, Tomek (po całonocnej imprezie, bez chwili snu) bronił się w piątek (oczywiście oboje 5.0 :) ). Głośnik, zabawa, muzyka, alkohol i mnóstwo, mnóstwo bliskich mi osób.

...Smutnych wierszy nigdy dosyć
i zranionych ciężko serc
nieprzespanych nocy
które trawi lęk...

Koło 2 ktoś stwierdził, że poloneza czas zacząć, i puścił melodię z głośnika :). Jak na umówiony sygnał wszyscy wyszli na korytarz, zaczęli dobierać się w pary i tańczyć razem. Tak jak 5 lat temu, taniec na zakończenie etapu życia, dla niektórych 100 dni przed obroną :P. Poprzychodzili ludzie z innych pięter, pani Gosia, która miała nas uspokajać, była zachwycona. Nadszedł też czas belgijskiego pod windami. Było tak, jak powinno być, pomijając przerażającą świadomość ostatniego razu.

...Kap, kap, płyną łzy
W łez kałużach ja i ty...

9 rano w piątek - trzeba było wstać i spakować resztę niebieskich motyli. Zmywamy, zamiatamy, sprzątaczka nie widzi urwanej jednej żyłki od żaluzji. Uparcie uczę się do egzaminu o 16:30, by za dużo nie myśleć o czym innym.

...Wypłakane oczy
i przekwitłe bzy...

Ewelina pojechała z Łukaszem do domu. Kończę czytać notatki z wymiany ciepła. Ubrana na egzamin, z kieszeniami wypchanymi zużytymi chusteczkami latam po wszystkich, zwłaszcza po tych, którzy jadą już do domu. Wtedy nie umiałam patrzeć inaczej, niż z perspektywy smutku, końca, żalu, malując portrety do pamięci długotrwałej. Na portierni znów pani Irenka.

...Płacze z nami deszcz 
i fontanna szlocha też
trochę zadziwiona
skąd ma tyle łez...

Jadę w końcu na ten egzamin, dobrze się zająć czymś innym. Wracając spotykam Madzię, idziemy do Tutka na herbatę, Sylwia przychodzi z barszczem. Normalny dzień, tylko porządek wszędzie większy i ciężko znaleźć dostateczną ilość kubków i sztućce. Serce szaleje, i chyba nie ma już siły. Sprzątam udając, że wcale mi się nie chce płakać. Paweł zyskuje nową fryzurę, a świat nową fryzjerkę.

Ostatnie malowania, układania, mycia. Śpi u mnie Kasia. Świat zadziwia. Nocne spotkanie u dziewczyn z drużyny A - już po przymusowej przeprowadzce na 5, z Grawciem, Tutkiem i obronionym Tomkiem. Po 2 idę spać, wstaję o 7.

...Nad dachami muza leci
muza czyli weny znak
czemuż wam poeci
miodu w sercach brak...

Wykwaterowanie przebiegło szybko i dziwnie bezboleśnie. Świetnie sobie to urządziliśmy - jedziemy wieczorem na grilla do Izy, pod Gorlice. Ciężko zostawić na raz i ludzi i miejsce, osobno idzie trochę lepiej. Ci, co mają wakacje daleko, powoli wyjeżdżają, a każdy kto mógł, zjawił się u Izy. Jej babcia jest fenomenalna, Tutek grał na akordeonie, a reszta wesoło pląsała. Królewskie przyjęcie i ostatnie rozmowy. Przerobiliśmy trawnik na kawałek apetycznego błotka (pod uprawę ziarna).

...Muza ma sukienkę krótką
muza skrzydła ma u rąk
lecz nam ciągle smutno
a mnie boli ząb...

W perspektywie obrona Agi i Ewy (2 lipca, trzymajcie wszyscy kciuki) i całe wakacje, w miarę możliwości pewnie wspólne. Potem obrony wrześniowe i październikowe. Potem praca. Ciepło zdałam na 4. Gdyby ktoś mi w październiku na 1 roku opowiedział moje kolejne 5 lat, na pewno bym go wyśmiała.



Skończył nam się piękny okres w życiu - mówią, że najpiękniejszy. Pewnie coś w tym jest, swoboda, wolność, zdrowie, marzenia, ...., ale jest to przede wszystkim obraz życia po swojemu i, jeśli chcemy, jest to życie na 100%. Jeszcze możemy wszystko, i mamy na to 'wszystko' 50% zniżki ;). Potem stopniowo ogranicza nam się wolność, zakłada obrączką i umową o pracę warunki brzegowe, odpowiedzialność w końcu krzyczy głośniej niż beztroska.

I wielu ludzi uważa to za taką małą, przymusową tragedię. Z tej małej tragedii robi się większa, gdy wchodzi się w trybiki świata, w życie bez codziennych radości, w życie przyszłością lub przeszłością - bez teraźniejszości. Ludzie (poza przypadkami szczególnymi) sami są odpowiedzialni za to, co się z nimi dzieje - i teraz dużo zależy od postawy, od chęci, od nas. Dużo czasu minęło, zanim nauczyłam się myśleć o tegorocznym czerwcu nie jako o końcu, ale jako o zmianie. Koniec studiów to nie przemiana chemiczna, w której ze znanych substratów otrzymujemy produkt, który może okazać się bezwartościowy, który będzie czymś nowym, o innych właściwościach. Bliższy mógłby być model przemiany fizycznej, gdy tylko zmienia się stan materii. Może staje się trochę bardziej rozproszona, ale wciąż jest tym samym - grupą ludzi, którzy sobie ufają i się dobrze ze sobą czują. Nawet jak będzie ich dzieliło więcej niż kilka pięter ;).



niedziela, 26 maja 2013

Majówka Bałkanówka

Cześć i czołem Moi Mili,

W końcu zamieszczam krótki opis wyjazdu majowego - krótki, bo będą za niego robiły zdjęcia (kliknijcie, żeby przejść do albumu) i notatki (o nich za chwilkę). Nie jestem w stanie wymyślić lepszego i ciekawszego opisu naszego wyjazdu, będzie mało treściwie, za to bardziej obrazowo.

Do zdjęć przysługuje plik wordowski z ciekawymi notatkami. W podróży mieliśmy zeszyt, gdzie zapisywaliśmy główne wydarzenia i nasze spostrzeżenia - a przynajmniej te dotyczące najbliższego otoczenia, czyli samochodu, w którym jechałam. Brawa za przepisanie należą się Karo :). Autorów było zdaje się 6, występowali niezmiernie wymiennie, natomiast większość tekstów jest Karo, Sylwii bądź moja. (patrząc teraz do pliku, widzę, że jest trochę inny układ, niż na kompie. Jest trochę brzydko, ale nie wiem, jak to poprawić inaczej, niż metodą prób i błędów z ciągłym uploadowaniem na nowo. Niech zostanie tak ;) ).  Jest nieco dziwnie i niestety nieprzystępnie napisany, jednak jakby ktoś chciał poczytać, gorąco zapraszam. Dla nas, w takiej formie w jakiej jest teraz, jest to niesamowita pamiątka po wspaniałych chwilach. Było świetnie :).


środa, 22 maja 2013

Zwierzątka świata

W tym semestrze, jak już pisałam, chodzę się zajmować dziećmi. Właściwie to odbieram Hanię z przedszkola, i uczę Ninę matematyki. Czasem wymyślam dziewczynom różne gry. Jedną z ulubionych zabaw 6-letniej Hani jest zgadywanie zwierząt. Na zmianę wymyślamy zwierzę, a druga osoba ma przy pomocy pytań, na które odpowiada się tak/nie zgadnąć, o jakie zwierzę chodzi. Byłoby całkiem przyjemnie, gdyby nie stopień opanowania fauny przez Hanię.

-No dobrze, czy to zwierzę potrafi latać? - zadała dość rzeczowe pytanie autorka bloga.
-Tak.
-Czy to zwierzę mieszka w Polsce?
-Niee!
-Hmm, a może to papuga?
-Nie papuga. - odpowiedziało dziecię z długimi rzęsami i pogardą w głosie.
-A czy to jest zwierzę egzotyczne?
-A co to znaczy 'egzotyczne'?
-Takie, które nie jest normalne dla ciebie, które się kojarzy z podróżami i ciepłymi krajami.
-Ahaaa. No to jest egzotyczne.
-Hmm - w myśli szybki przegląd ptactwa egzotycznego - więc może to flaming?
-Nie, też nie flaming.
-Czy to zwierzątko jest brązowe?
-Nie, jest różowo zielone.
-(no to co, jak nie flaming?) Czy to jest duży motyl?
-Niee!! - irytacja narasta - Przecież mamy w Polsce motyle.
-Eee, kormoran?
-Kormorany są czarne, na pewno nie różowo-zielone.
-Hmm, to już nie wiem.
-Taki mały ptak...
-Koliber!


http://www.ptaki.biz/ptaki/koliber-onkile.jpeg

 Kiedyś, w podobny sposób, po wielu próbach zgadłam leoparda. Hania jest mistrzem zwierząt, oburzeniem reaguje na próbę strzelenia zwierzątkiem z sawanny, gdy wiem, że szukane powinno żyć w lecie równikowym. Dzieci są niesamowite, momentami się zastanawiam, czy by jej nie przynieść książki z fizyki.

poniedziałek, 17 września 2012

Prywatne życie kolegi z pracy

Post miał być dopiero jutro, ale muszę jakoś wyjaśnić sobie, czemu się tak mało uczyłam.


Chciałam napisać jeszcze o jednym człowieku, i tym samym skończyć temat Anglii 2012 (chyba, że wydarzy się coś niesamowitego, albo przypomni mi się coś interesującego). Rozmawialiśmy na bardzo prywatny i dość trudny temat. Z jednej strony bardzo chciałam napisać o tej rozmowie, a z drugiej strony internet jest internetem – nie chciałabym, by ktokolwiek, kiedykolwiek połączył wydarzenia z osobą (której nikt z czytelników póki co nie ma szans znać). W związku z tym, nie podaję imienia kolegi ani jego córki, a także prostuję rzeczy, które wtedy były dla mnie niejasne.

(Tak na marginesie – jeśli zamieszczam na blogu jakąś rozmowę w formie dialogu, naprawdę ją przeprowadziłam, i przepisałam tak dobrze, jak tylko pamięć pozwalała. )



Na spacerze, możliwe, że wracając z Lidla. (Uspołeczniłam się, i oprócz samotnych spacerów przystawałam także na propozycje wspólnych wyjść, gdy ktoś mieszkał blisko i nie znudziłam mu się w pracy).

- Mogę Ci zdać osobiste pytanie? - nie znam kogoś, kto by z czystej ciekawości nie odpowiedział ‘jasne, pytaj’, co najwyżej dodając bezpieczne ‘najwyżej nie odpowiem’. Kurtuazja jednak nakazuje (mi przynajmniej) męczyć otoczenie takimi zwrotami. - Jak to było z waszymi dziećmi? Jeszcze rozumiem, że pierwsze mogło być przypadkiem, ale wasz synek? - kolega w tym roku skończył 22 lata.

- Niee, to było zupełnie inaczej, to Marcin był przypadkiem, a córkę chcieliśmy. To znaczy niekoniecznie córkę, ale dziecko.

- Naprawdę? Ale przecież byliście strasznie młodzi, właściwie sami byliście jeszcze dziećmi, no a za dziecko trzeba być odpowiedzialnym, trzeba mu dać jeść, zapewnić dach nad głową, opiekę…

- To wszystko było. Ja pracowałem, moja dziewczyna siedziała w domu. Dobrze zarabiałem, od 16 roku życia pracowałem. Po budowach, po różnych takich... Pieniędzy mieliśmy na wszystko, mogliśmy sobie ot tak kupować co chcieliśmy. Ona chodziła na zakupy, ja dawałem pieniądze, a ona jeszcze mi za to coś kupowała, jakieś swetry, skarpetki.. . No i postanowiliśmy, że chcemy mieć dziecko.

- A co na to wasi rodzice?

- Co oni mogli mówić, myśmy już razem mieszkali. To znaczy ona się do mnie wprowadziła, jak była w 3 miesiącu ciąży. Przyszła raz na noc i już została. Sami decydowaliśmy o sobie, no i zdecydowaliśmy, oni nie mieli nic do gadania.

- Poczekaj, to ile lat mieliście wtedy?

- Ja… czekaj, nie pamiętam. Córa ma teraz 3 lata, to pewnie miałem jakieś 18-19. A Maria jest młodsza, nie wiem, ile mogła mieć. 16-17 chyba…
- Sprawdziłam. Maria, o ile nie kłamie na facebooku, jest z rocznika ’94. Daje jej to w chwili NARODZIN córki jakieś 15 lat, może wczesne 16. Widziałam córkę, naprawdę ma te 3 lata.

- I mając 16-17 lat zdecydowała się, że chce mieć już dziecko? To znaczy wy zdecydowaliście, że świadomie chcecie mieć dziecko?

- No tak, co w tym dziwnego. Kochaliśmy się, żyć bez siebie nie mogliśmy. Bardzo chcieliśmy mieć dziecko. Jak się okazało, że Maria jest w ciąży, byliśmy bardzo szczęśliwi.

- Urodziła się córka, i co dalej?

- No jak Maria już była w szpitalu, ja musiałem pracować. I przez 3 dni nie spałem prawie, na noc chodziłem do pracy, po pracy tylko do domu się przebrać, umyć, i do szpitala. I na 3 dzień urodziła małą, wróciliśmy do domu. I wszystko było jak dawniej prawie.

- Jejku, trochę mnie zdziwiłeś. Generalnie ludzie nie decydują się na dzieci tak szybko, chcą sobie jakoś życie ułożyć, skorzystać z młodości…

- A myśmy chcieli mieć dziecko. Jak ktoś ma niepoukładane w życiu, to będzie miał niepoukładane cały czas, czy jest dziecko, czy go nie ma. Naszej córze niczego nie brakowało przecież, zabawki miała, ubrania miała, a myśmy spędzali z nią tyle czasu, ile potrzebowała.

- No a chłopiec?

- On był przypadkiem, nie planowaliśmy jeszcze drugiego dziecka.

- No ale jak już było…

- Chcieliśmy jechać na zabieg. Byliśmy umówieni, Maria miała wszystkie badania. Było tak, że wsiedliśmy do samochodu, mieliśmy jechać do lekarza, ale popatrzyłem na nią, ona popatrzyła na mnie, i bez słowa pojechaliśmy na pizzę. Nie było potem żadnego gadania na ten temat. Urodził się chłopak, w marcu, to daliśmy mu na imię Marcin. Ma teraz trochę ponad rok.

sobota, 25 sierpnia 2012

bye uk salad!

Wczoraj pakowałam paprykę z Kamilem. Znaleźliśmy w trejsie folię z kalafiora (w trejsach można wszystko znaleźć, parę dni temu znaleźli okulary. Normą są owoce i warzywa, zwłaszcza ziemniaki). Nadrukowany był na niej kraj pochodzenia - Poland. (Okazuje się, że Polska może być eksporterem kalafiorów.) Zaczęliśmy się śmiać, folia przechodziła z rąk do rąk, większość uśmiechała się ciepło. Rzadko się trafia. Polski się nie kocha tylko będąc w Polsce.



-Pani Gosiu?
-Noo, co tam, dziecko?
- pani Gosia może uczyć w nauczaniu początkowym, jest też katechetką. Nigdy nie pracowała, zajmowała się dziećmi w domu. Ja wkładałam paprykę na maszynie Hamzy - large vine, a pani Gosia stała na sześciopaku i obserwowała lecące pomidory. Dzieliło nas może półtora metra.
-Ja wiem, że tutaj większości osób nie obchodzę jakoś szczególnie, że oni mnie też pewnie mało obchodzą, że tylko pracujemy razem, że się lubię z większością, ale przecież zapomnimy siebie niedługo. To znaczy, będę was wszystkich pamiętała, wy mnie też, jak przyjadę za rok, to się raczej będą wszyscy cieszyć że jestem, ale przecież nikt tutaj się nie przywiązuje do ludzi, nikomu nie brakuje innych, zwłaszcza jak pracują dwa miesiące...
-No, masz rację, tak jest, ludzie przychodzą, odchodzą, zwłaszcza w takiej pracy.
-Wiem, że to jest normalne, wiem, że chcę wrócić na studia, że przez 90% czasu człowiek się zastanawia, co tutaj robi... Ale mam takie ciężkie serce, jak muszę wszystko i wszystkich dzisiaj zostawić. Jestem smutna i wiem, że to smutek tylko na chwilę. Ale jestem, strasznie, i mnie to denerwuje, bo nie wiem czemu tak.
-Asia, ciesz się, że uciekasz stąd, widzisz jacy tu są ludzie, po co cię tu? Nie myśl za dużo, idź wkładać paprykę. To normalne, że jesteś smutna, jak cię poznałam, wiedziałam, że będziesz.
- pomimo lecących pomidorów pani Gosia mnie przytuliła.



Dwa lata temu byłam przekonana, że żegnam się ze wszystkimi - na zawsze. W tym roku nic nie myślę.



-Eeee, Asia, chyba nie będziesz płakać. No, chyba, że za mną :P.
-Niee, no co ty, ja nie płaczę przecież
. - ja nie płaczę z definicji.



Jamal i Joe zaprosili mnie do pracy na sezon w przyszłym roku. Miło.



Nienawidzę końców. W niedzielę rano Londyn, w środę o 18 mam samolot do Polski. Bardzo dużo osób mi zazdrości. Dalej nienawidzę końców.

czwartek, 23 sierpnia 2012

it's raining cats and dogs i pani Grażyna

Pracuje ze mną pani Grażyna. Ma 51 lat, jest niska, szczupła, krewka i bardzo przeklina. Niesamowicie przeklina. Krzycząc i używając słów na 'k', które bywają też określeniem kobiety (myślałby ktoś, że na pakowalni takie pracują, ale nie wydaje mi się (cokolwiek bym czasem o ludzuach z pakowalni nie mówiła :P)).

Panią Grażynę poznałam w pierwszy dzień mojej pracy w tym roku - pakowałam z nią porcje. Przez 2 godziny nie odezwała się do mnie niemal ani słowem - to dość dziwne jak na nią i jak na typowe zainteresowanie świeżymi twarzami. Teraz wydaje mi się, że nie wiedziała jak mnie ugryźć - byłam niewątpliwie nowa, ale zaznajomiona z firmą i częścią osób. Po owych dwóch godzinach, poszliśmy na grejdę ogórkową. Wtedy usłyszałam pierwsze zdanie w moją stronę 'Hej, k***a, powedz temu, k***a, Jimmiemu, że ja nie stawiałam tu tego bina, tylko on już tu był, k***a, jak przyszliśmy'.

Panią Grażynę lubię (wydaje mi się, że z wzajemnością), mam do niej 'sentyment'. Opinie o niej na packhousie są różne. Dzisiaj (jak co dzień) pani Grażyna, absolutnie niczym nie sprowokowana (chyba chciała boxy, a kolega rozmawiał w tym czasie z kimś innym) rzuciła 'Hej, k***a, Stefan (kolega ma na imię Grzesiu), zaraz cię tak strzelę w tą zakutą pałę, że k***a mózg ci się po całym packhousie rozwali! K***a, o ile ty masz jakiś mózg!' Po czym uśmiechnęła się zadowolona z salw śmiechu - mojego, Grzesiowego i innych. Grunt to mieć dobre podejście do życia i do pań Grażyn :).



Poszłam wczoraj do sklepu - do ciapka (napiszę innym razem, albo dodam jakiś odnośnik. Oczywiście padało. Przed sklepem stała moja znajoma pani (lubię mieć znajome potrierki, sprzątaczki, ekspedientki etc.), która sobie ze mna pogadała. (Sorki za angielski, piszę szybko, bo muszę spać, i na pewno pomylę czasy).

'What a terrible weather, it's raining again, you dunno what to do..' - pani się też deszcze nie podobają.
'Yes, in the UK it's raining almost everyday. How do you say, 'it's raining cats and dogs'?' - chciałam zabłysnąć..
'oh, it's raining cats and dogs, yes, exactly, yes' - pani się zainteresowała i popatrzyła przed siebie
'?'
'oh, we don't really use this one. It's very old one, you know. I heard it for the last time at school, really. But it's good you know it. It's raining cats and dogs...' - po czym zaczęłyśmy rozmawiać nieco o wymowie, właściwie o tym, że Anglicy mówią strasznie niedbale, i nawet ludzie z innego rejonu kraju mają problemy z akcentem. I czym ja się przejmuję, wystarczy może 'pepper', 'cucumber', 'take off' i 'go home' :P.


Robię krzywdę. Sobie i innym, nieustannie. Nie wiem... .


Ledwo wytrzymuję na papryce. Dwa dni w pracy :(. :((.

sobota, 11 sierpnia 2012

Wracając na Milwards

Dzisiaj wypróbuję nową zabawkę - zobaczę, czy da się pisać posty z wyprzedzeniem, i 'komputer' sam je umieści o konkretnej porze, konkretnego dnia. Jeśli wszystko się uda, spodziewajcie się posta o kapeluszu jutro (niedziela) o 13 :). Jeśli nie, to dopiero jak wrócę wieczorem do domu.

([update 12 VIII] Nie chce mi się jednak dzisiaj już nad tym myśleć. Jestem strasznie zmęczona, wycieczka super :D)

Mam dzisiaj od popołudnia dziwny, nostalgiczny nastrój. W związku z tym odpowiedni post; pewnie będzie długi i średnio na temat czegokolwiek, więc jak ktoś nie ma humoru, niech poczeka do jutra.

Człowiek jest pełen wspomnień. Nie wiem, gdzie się mieszczą, są drobnymi ziarenkami, które wypełniają każdą przestrzeń, zwłaszcza tą zajętą przez inne ciała, najlepiej porowate. Porowate ciała w pamięci, wbrew nazwie, są to te, o których najwięcej wiemy, które się powtarzały, które zostały zbadane i przyrosły do nas, naszego rozumienia. Stanowią taki szkielet, na którym opierają się skrawki życia. Wystarczy popatrzeć trochę bliżej, wziąć mikroskop, zaangażować dowolny zmysł, i już przeszłość staje przed oczami. (Właściwie nie tak chciałam o tym napisać, ale jakoś tak wyszło) . A na ten temat też już kiedyś był post :P.

I Zacznę od teraz - komputerowy zegar i bliskość Greenwich wskazują u mnie prawie 22 wieczorem. Ewa z Jackiem poszli do Kasi i Andrzeja (z cherry tomatoes, żebym za rok nie zapomniała), dzięki czemu mogłam sobie puścić Romea i Julię po francusku na cały regulator. (Pierwszy raz oglądałam musical we Francji, potem leciał kilka razy. Cały czas patrzę na Mercutio, jak się cieszy, gdy coś wyjdzie. On prowadzi ten spektakl, przeżywa go. To była jego godzina sukcesu).

II Zawsze, gdy wracam z miasta (czy też do niego idę), mijam po drodze leżącego rudego kebaba. (Zgadnijcie, kto mówi na koty 'kebab'?). Jest stary i ma naderwane jedno ucho - żadna słodka atrakcja. To mój ulubiony kot w okolicy, zawsze go głaszczę. (Wracałam kiedyś do domu w Compiegne. Mijałam kobietę z kotem na smyczy - odruchowo się uśmiechnęłam, i zapytałam, czy mogę kota ... - no właśnie, co? Odpowiedziała mi, że koty się caresser po francusku). (Szłam na Brockles Mead z miasta inną drogą, 3 lata temu, za drugim moim pobytem w Anglii. Przechodziłam obok jednego domu, też chciałam pogłaskać kota. Wyszła właścicielka, powiedziała, że ma jeszcze dwa. Wyszedł jej mąż, poczęstowali mnie ciastkami, i powiedzieli, żebym pukała do nich zawsze, jak wracam z miasta. Nie zapukałam ani razu, teraz nie wiem dlaczego. Przechodziłam tamtędy ostatnio.)

III W mieście zrobiłam się głodna, i stwierdziłam, że pójdę do subway'a na kanapkę. Tutaj to bardzo opłacalny obiad, bo mała kanapka z dowolnym napojem kosztuje 3 funty. Na polskie pieniądze wychodzi drogo, ale tutaj muszę na to pracować 30 minut, poza tym wszystko inne wychodzi drożej i mniej zdrowo :P. (Subway kojarzy mi się z Francją, z Guilhermem, Aną Vitorią, Aline i Tarcisio. To oni pierwsi wzięli mnie na 'sandwich du jour' za 2,5 euro (jak jesteście za granicą, naprawdę polecam subway))

IV Jedząc kanapkę, widziałam przez okno Walentego, który szedł na spotkanie w parku. Urządzamy sobie takie sobotnie 'imprezy' - plenerowe picie piwa. W tym tygodniu nie poszłam, nie ma mnie w ten weekend. Walenty niósł piwa litewskie - są sprzedawane w litrowych puszkach, były przebojem ostatnio. (A do parku nie poszłam pod pretekstem spotkania z Angie - do którego nie doszło. Zobaczymy się, na pewno, ale wolałabym szybciej niż w ostatniej chwili). Zjadłam w spokoju kanapkę.

(Les rois du monde ont peur de tout).

V Dzisiaj w pracy też wkładałam paprykę. Krzysiek przeniósł mnie na zieloną, chociaż wkładam czerwoną tak samo jak inni. Nie ma dnia, żebym nie myślała, że Krzysiek jest zły na mnie z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu. Nie żartuje, nie uśmiecha się, nie rozmawia ze mną - jego stosunek do mnie jest po ujemnej stronie obojętności. Różnimy się zdaniem na jakiś temat przynajmniej raz dziennie. Jednocześnie wiem, że każde broni drugiego przed innymi, że się nawzajem szanujemy (ja cały czas mu pomagam jak mogę, on mi zwraca uwagę w cztery oczy, a nie głośno, przy wszystkich (jak innym). Lubimy się, ale nam strasznie w tym roku nie idzie. Źle mi z tym. (2 lata temu Krzysiek zrobił mi żabę z papieru, właściwie z kartki wydartej z gazety. Ja przyniosłam żabę dla Wiki, a on w zamian zrobił mi inną. Gdy szukałam NI w domu, znalazłam tą żabę, pomięty i cenny kawałek gazety, i przypomniał mi się ostatni wieczór w Anglii, 2 lata temu).

VI Podczas pisania tego posta nie odebrałam 3 telefonów od grupy parkowej. [...]

(Les choses ne sont jamais,
ce qu'on voudrait qu'elles soient).



Jutro jadę na wycieczkę, trzymajcie kciuki za moje bezpieczeństwo ;). I za dobrą pogodę.

wtorek, 31 lipca 2012

Ewa

Miał być post o Oxfordzie, a tymczasem będzie o czymś innym. (nie bójcie się, Oxford nie przepadnie :)). O tym, że istnieją rzeczy niewyobrażalne dla kogoś, kto ich nie doświadczył.

Głód w Afryce - któż o nim nie słyszał. Któż naprawdę był kiedykolwiek głodny na sposób choćby porównywalny z ludźmi mieszkającymi w Etiopii. Sama Etiopia wydaje się na końcu świata, a problemy jej mieszkańców, choć znane z nazwy, nie wpływają na nasze emocje bardziej niż reklama karmy dla kotów.

Mówi się (mówi moja mama, ja też mówię, mówi świat), że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Że syty głodnego nie zrozumie. Jak wyjaśnić śmierć komuś, komu nikt nigdy nie umarł? Jak miłość rozumie osoba, która nigdy nie była zakochana? Takie cuda zrozumienia wychodzą tyko z matematyką, opis liczby zgadza się z liczbą. Czy opis miłości zgadza się z miłością? Jak wyjaśnić komuś z kochającej rodziny ojca alkoholika, albo bijącą za wagary matkę?

Czy ludzie w ogóle wymagają zrozumienia, zrozumienia pełnego, na ich stopniu widzenia sytuacji? Czy ktoś z Was zrozumie ból pleców, tak jak ja go czuję stojąc ponad 8 godzin przy zielonej? Czy ja uświadomię sobie w pełni opuchnięte nadgarstki chłopaków, którzy przez miesiąc paletują ogórki i rzucają skrzynki na 11 linię? Czy ci chłopcy zrozumieją Rumunów ze szklarni, którzy pracują w ponad 40oC i mają podrapane całe ręce od zeschłych łodyg ogórkowych? Ja nie chcę współczucia (litości, moja praca jest całkiem spoko, wykonuję ją niecałe 2 miesiące i basta, znam setkę osób, które mają gorzej), nie chcę nawet zrozumienia, czy prób wczucia się w moją (w niemoją) sytuację.

PS (napisany 11 sierpnia) Ostatnie zdanie nie miało się wcale tyczyć mnie, bardziej człowieka. Miało Was właśnie ustrzec przed traktowaniem tego, co napisałam o pracy w sposób dosłowny, miało oddzielić przykład banalny od ogółu zagadnienia. Wyszło zupełnie odwrotnie, co widać w komentarzach :P. Dopiero czytając teraz notkę zdałąm sobie z tego sprawę :P.

Opowiadam Wam tylko moją historię, kawałek mojej historii.

Tak, jak opowiada mi swoją Ewa. Nie napiszę tu jej, przynajmniej nie teraz (choć mogłabym, z Anglii nikt nie wie o blogu). Będę tu pewnie czasem coś dodawać, na swoje problemy najlepsze są cudze.

Co by było, gdybyśmy poznali kogoś z Etiopii?

sobota, 23 czerwca 2012

wersje robocze

Chciałam napisać dzisiaj nowy post - i wchodząc na odpowiednią stronę bloggera odkryłam, że mam... 17 kopii roboczych 'czegoś' napisanego tutaj :P. Dodam, że bardzo rzadko piszę coś w bloggerowym okienku i tego nie publikuję - jeśli nie jestem pewna czasu albo miejsca, zazwyczaj korzystam z gmaila (aktualnie 46 kopii roboczych sama-nie-wiem-czego). Może więc o tym napiszę? (i podsumuję Tutkową ankietę :) ).

Najstarsza wersja robocza pochodzi z 2010 roku - i zaczęłam w niej opisywać jednego z kolegów z pracy w Anglii. Temat był dość poważny, a minęło za dużo czasu żeby go teraz kontynuować. Jako ciekawostkę napiszę, że ostatnie zdanie napisane przeze mnie 12 sierpnia, 2 lata temu, brzmiało 'Zaczął palić w wieku 15 lat, na czym nakryła go'... (już nigdy się nie dowiecie, bo na tym stanęłam wtedy, a teraz zapomniałam :P). Uważajcie więc, co zostaje po Was w pamięci innych, ja się uśmiałam z tego info o paleniu :P.

Kolejny post, 12 I 2011, składa się ze zdania bardziej obiecującego: 'Zapytano mnie kiedyś w drodze do kościoła o stosunek...' - też nie mam pojęcia o stosunek do czego mogło chodzić, nie pamiętam też bycia ankietowaną w przeróżnych moich drogach, nie tylko do kościołów.

Często napisane są po 2 zdania, często jakieś słowa, których sensu nie widzę, choć niewątpliwie kiedyś istniał. Czasem coś, czego zdecydowanie nie chciałam opublikować już w momencie pisania. Myśleliście tak kiedyś? Napisać coś, i nie spalić, ale zostawić w miejscu sobie tylko wiadomym, chronionym peleryną-niewidką, stosem rachunków i papierów z banku, albo hasłem na gmailu.

Albo napisać coś. I jednak spalić. Może od razu? Mam nawet kawałeczek czerwonej kartki, będzie bardziej uroczyście. I mój czerwony ołówek - nie, on się nie nadaje. (przybory do pisania też mają swoje przeznaczenia, czerwony ołówek działa w drugą stronę. Indeks mam uzupełniony piórem, pani w dziekanacie zna się na rzeczy :P). Zatem - moje czarne, rozwalone pióro, karteczka 2 na 5 cm, na szczęście nie zmieści się dużo. Ok, napisane. Mam nawet stare zapałki, z 7 piętra, mają niebieskie łebki. Otwieram okno i zapalam zapałkę. Oczywiście, 5 piętro, wiatr wieje - i karteczkę spaliłam za 4 podejściem. Ale dzieciak ze mnie :P.


Zostawiając głupi temat powyżej - nadszedł czas tutkowej ankiety. Mam w akademiku kolegę - Tutka, któremu nie wyszły plany weekendu majowego. Został nieoczekiwanie z 'jakimiś' biletami lotniczymi, plus pomysłem jechania do Hiszpanii na stopa. Nie poddał się łatwo, i wobec braku chętnych znajomych zamieścił ogłoszenie na gumtree w stylu 'szukam fajnej dziewczyny, która pojedzie ze mną na stopa do Hiszpanii' :P. Pozgłaszało się trochę chętnych panien, z którymi Tutek umawiał się na spotkania, i rozmawiał przez internet. Poszukiwania wzbudziły zainteresowanie całego akademika, który dzielnie kibicował (by Tutek jednak gdzieś pojechał), poza tym zostały uznane za świetny sposób na podryw. Więc - kto szuka dziewczyny i planów wakacyjnych - do dzieła! :P. Jak pokazują wyniki - pewnie skończyłoby się bez wycieczki, ale znajomość by została. Tutek na weekend majowy pojechał jednak ze znajomymi w góry :).




Projekt z betonu (robiony w nocy z czwartku na piątek) pan mi zaliczył na 4,5 :). Dostałam list (taki prawdziwy!) od Youssefa. Listy są super. W tym tygodniu 4 egzaminy, 2 zliczenia i wyprowadzka z akademika, brr. Jeszcze piosenka, zamieszczona przez facebookowy funpage biblioteki w Compiegne (nie wiem, czy pisałam, ale wysłali mi maila z podziękowaniami za kartkę pocztową (podpisałam się Joanna - Polka, która korzystała z internetu' - nieźli są :P). Powodzenia wszystkim na sesji i poza nią :).