Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 czerwca 2014

O odwadze wyjazdowej

Niektórzy, gdy mówią o podróżach (w których nie występuje zwrot 'all inclusive'. W których nawet nie występuje słowo 'hotel', czy 'schronisko'), twierdzą, że jadąc gdzieś, trzeba być odważnym. Odwaga ta jest różnie definiowana, przede wszystkim poprzez odpowiednie przygotowanie się na bandytów, gwałcicieli i niedogodności komunikacyjne (chodzi zarówno o meandry pociągowe i dobór słów przy kupowaniu krojonego pieczywa).

Już od jakiegoś czasu wiem, że poza odwagą typu 'pokonam każdego smoka, pojadę 190 km/h na autostradzie, skoczę ze spadochronu, pojadę do Indii walczyć o prawa człowieka' jest jeszcze odwaga 'powiem prawdę, zapytam o drogę, chociaż nie znam dobrze angielskiego, sam wyjaśnię trudną sytuację, biorę odpowiedzialność za moje słowa, czyny i decyzje'. Obie są ważne, jednak obie są inne. Ich mieszanina - Prawdziwa Odwaga - pozwala człowiekowi działać, zarówno indywidualnie, jak i w społeczeństwie.

W związku z powyższym dzielność nie objawia się tak, jak się większości wydaje. To nie jest przykładowo pojechanie ze znajomymi w daleką podróż, to nie jest zrobienie czegoś trudnego i wymagającego w grupie. Prawdziwa Odwaga pokazuje się wtedy, gdy człowiek staje naprawdę sam przed czymś, co go przerasta, czego nie potrafi, nie zna. Staje - i nie jest do końca pewien, co zrobi, albo co należałoby zrobić, gdy nawet nie ma innego pomysłu, niż po prostu zniknąć, albo zacząć dzień/życie od nowa. Ale jednak się coś robi. To są właśnie chwile odwagi i dzielności, momenty, gdy naprawdę dowiadujemy się, kim jesteśmy. Pisałam niejednokrotnie, że większość substancji zachowuje się przewidywalnie w warunkach normalnych, jednak dopiero graniczne warunki pozwalają odkryć niektóre jej właściwości. Poznasz siebie dochodząc do tej granicy. Byle nie za często.

Czy zatem Prawdziwa Odwaga jest potrzebna do podróżowania? Moim zdaniem tak samo, jak i do życia w miejscu, gdzie aktualnie jesteśmy. Na pewno jest przydatna, ale by wyruszyć w podróż potrzeba całej masy innych cech, czynników, okoliczności. Wyjeżdżając nie bałam się - ufałam bardzo ludziom, z którymi pojechałam, ufałam ich przygotowaniom, a przede wszystkim ufałam sobie. A bandytę, czy problemy z pociągiem można mieć wszędzie :P.


Na koniec, by post nie był całkiem patetyczny, opowiem historyjkę pewnych pań. Czekając na otwarcie irańskiego konsulatu w Trabzonie, spotkaliśmy dwie kobiety w wieku 50+, również czekające na wizę. Okazało się, że panie są odpowiednio: emerytowaną pielęgniarką i nieemerytowaną nauczycielką (która jest w drodze od 2 lat już). Przyjechały ze Szwajcarii do Trabzonu rowerami, śpiąc czasem w ho(s)telu, czasem w namiocie. Ich celem jest Tajlandia. Pani pielęgniarka, pytana przeze mnie, czy się nie boją spania w namiocie i wszystkiego, odpowiedziała, że nie, bo przecież ludzie są dobrzy, i co by się im mogło właściwie stać? Po takim spotkaniu myślę, że wszystkie moje wycieczki są dziecinnymi igraszkami ;).

czwartek, 5 czerwca 2014

A jednak pojadę! - Beztlenowi część 1

Wycieczki się skończyły, czas ponadrabiać zaległości, także te blogowe (które akurat do nadrabiania są stosunkowo przyjemne ;) ). Zdaję sobie niestety sprawę, że wiele osób spodziewa się czegoś wielkiego, czy ładnego po tym poście - wyjdzie jak wyjdzie, przepraszam, jeśli dla kogoś będzie za mało.

Zacznę zatem od historii o wycieczce. Różnymi zrządzeniami losu (których nie warto roztrząsać ani nawet pamiętać) wyszło, że wycieczkę w kategoriach dyslokacji mojej osoby zaczęłam rozpatrywać w piątek, koło 23. W sobotę tylko bardzo wrażliwe jednostki były w stanie dostrzec we mnie pierwsze symptomy wewnętrznego zgodzenia się na wyprawę; ostateczna decyzja została podjęta nocą, ponadto w dość dziwnych okolicznościach (może to niezbędne przy podejmowaniu trudnych i szybkich decyzji? Takie tło, niczym piorun w opowieści o duchach?). Rodzicielka dowiedziała się w niedzielę przed południem, i swoim podejściem po raz kolejny pokazała, że jest jedną z najlepszych rodzicielek pod słońcem. Przez resztę niedzieli i poniedziałek załatwiałam wszystko, co tylko mi przyszło do głowy, w tym ogarniałam, na którym wywołanym zdjęciu z wycieczek mam na tyle małą facjatę, by zmieściła się w okienko na karcie EURO 26. Gnałam przez życie i Kraków zarazem, a napędzały mnie złość, strach i ekscytacja związana z niespodziewaną podróżą - z ludźmi, których lubię, w miejsca, których nie znam. Cieszyłam się z wakacji ;). A następnego dnia, we wtorek, pojechaliśmy ;).

Rozważając wyjazd, rozmawiałam z kolegą X. Powiedział mi, że zdarzało mu się nie raz, że namawiano go na jakiś wyjazd w ostatniej chwili. Czasem się zgadzał (a czasem pewnie nie, życie :P), w każdym razie nigdy potem nie żałował. Myślę, że nie tylko ja się z tym zgadzam, ale także wielu z Was ma podobne odczucia. Jednak ludzie się łatwo nie zgadzają, są dumni, nie zmieniają raz wyrobionego zdania, nie chcą zmian, żadnych. I tylko rozsądek i w miarę obiektywny rachunek zysków i strat każe im iść w nowe rejony, działać sprzecznie z Zasadą Maksymalizacji Świętego Spokoju. Bierzemy od świata humor i energię na kreskę, za to potem jesteśmy w stanie zwrócić z nawiązką. Tylko trzeba się przekonać :). Po zastanowieniu, widzę w tym odwagę nawet.

Hmm, jest skończone nieco bez sensu, kolejny post będzie lepszy. Nadal zapraszam do śledzenia Beztlenowych :). O samej wycieczce napiszę wkrótce (coby tego jednego posta nie rozwlekać, a i temat porządnie potraktować). Dziękuję wszystkim, którzy tu zaglądają pomimo braku rozrywek ;).

wtorek, 13 maja 2014

Niespodziewany wyjazd

Czasem nowe wyzwania przytrafiają się w życiu nagle i niespodziewanie. Wyszło (nie tak dawno), że jadę dzisiaj do Gruzji, jako część Beztlenowych. Cieszę się ;), wracam pewnie jakoś w ostatnim tygodniu maja. Trzymajcie kciuki, by wszystko było w porządku ;)

środa, 16 kwietnia 2014

Meksyk i wędrówki

Post przedwielkanocny - składanka przebojów z minionego okresu :).



Meksykankom podobała się Polska. Miłością obdarzyły Polskiego Busa, wycieczki rozmaite, pierogi (jedyne słowo zapamiętane po polsku), zapiekanki na Kazimierzu i polskich nowych kolegów opowiadających ciekawostki z tematu hmm, popularnego w towarzystwie. Lubię strasznie Meksykanów ;), Aguascalientes kiedyś będzie moje :).

(Nie wiem, czy też czasem coś za Wami chodzi. Naprawdę jestem przekonana, że kiedyś pojadę do Ameryki Łacińskiej, w tym do Kolumbii. To takie dziwne uczucie.

Wyobraźcie sobie, że macie się nauczyć wiersza na pamięć, ale tylko kilka razy go przeczytaliście przed snem - tak, że nie pamiętacie ni słowa. Potem budzicie się następnego dnia rano, i ktoś każe Wam ów wiersz mówić. Wy naturalnie nie potraficie, więc po prostu powtarzacie słowa, którymi pomaga Wam osoba, która Was pyta. Ale czasem, po jakimś słowie przypominacie sobie rym, kolejny wers, i jesteście w stanie sami go powiedzieć. Gdyby wiersz był całym życiem, które powoli sobie na własne potrzeby deklamujemy, to można by czasem coś zgadnąć, przeczuć. Pojadę do Kolumbii.

((wiem, że to śmieszne, ale nie czuliście tak nigdy :P?))




Przy okazji Meksykanek zwiedziłam obóz koncentracyjny w Oświęcimiu i w Brzezince - pierwszy raz w życiu. Mocne wrażenia, których wizyta dostarcza, są lekko osłabiane przez pogoń za przewodnikiem, który zręcznie lawiruje pomiędzy obcą wycieczką po prawej i grupą gimnazjalną po lewej. Brakuje chyba trochę zatrzymania się nad pojedynczym człowiekiem, brakuje emocji, czasem spokojnego wyjaśnienia, o co tak naprawdę chodziło. Polacy w większości rozumieją, wiedzą, czują, inni już niekoniecznie. W Fabryce Schindlera spotkałyśmy Żydówkę z Ameryki, opowiadała, że jej dziadkowie zginęli w gettcie. Coraz bardziej czuję potrzebę poznania dokładnie wydarzeń z
okresu okołowojennego.



Weekend pod znakiem EDK. 47 km dogi krzyżowej w towarzystwie M. i S. Wycieczkowo - było wspaniale (gdyby tylko nie pęcherze na stopach :P), pogoda się udała, a trasa wiodła w niektórych momentach szlakami, co dodawało trudności i radości. Religijnie - chyba powinnam bardziej jednak się skupiać w trakcie :P (chociaż szukanie drogi i szybki marsz jednak trochę odwodziły od zasadniczego celu wędrówki). Rozważania miały motyw przewodni: 'miarą wielkości człowieka jest największe wyzwanie, którego się podjął i wygrał'.

Stwierdzenie nie budzi mojego sprzeciwu w pierwszym momencie, ale jest bardzo kategoryczne, i jeszcze nie wiem, czy się z nim zgadzam. Podejmujecie jakieś wyzwania? Robicie rzeczy, które nie są dla Was łatwe, które wymagają czasem naprawdę wiele? Pamiętajcie proszę, że wyzwania są bardzo indywidualną sprawą. Są przekraczaniem siebie w danym momencie życia, w danych warunkach.

Mogę napisać enigmatycznie, że gdy ksiądz powtarzał tą formułkę o mierze wielkości na kazaniu (a pojawiała się ona w trakcie tamtych 14 godzin dość często), pomyślałam sobie o zamykaniu marketu podczas moich pierwszych pracujących wakacji w Anglii. Pomyślcie, co było Waszym największym wyzwaniem :).


I owoc na deser :), z facebookowego fanpage'a tej strony. Przyjemnych i ciepłych Świąt wszystkim :).


poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Bye Ripley!

Długo nie pisałam - albo raczej dużo się wydarzyło, od ostatniego posta. Byłam trochę zajęta czymś, co można nazwać 'kończeniem Anglii i zaczynaniem Polski' (chociaż w tym momencie uświadomiłam sobie, że nie dostałam P45 z pracy..), ale chyba bardziej chodzi o to, że nie miałam nastroju na pisanie.

Jak już wszyscy pewnie wiedzą - jestem od wczoraj w Polsce. Ryanair się postarał i samolot na płycie lotniska był 20 minut przed planowanym przylotem, co pozwoliło mi bez problemu dostać się dziennymi autobusami do docelowego miejsca noclegowego. 20 minut wcześniej mogłam przerwać nieco bezcelowe i przygnębiające zajęcie - wspominanie ostatnich 7 tygodni pobytu w kraju rządzonym rzez królową, deszcz i bawarki...

...Zanim dotarłam na lotnisko w East Midlands, odwiedziłam po raz ostatni Belper River Gardens. Nie wypożyczyłam tam łódki, nie zapozowałam do zdjęcia, za to zjadłam angielskiego loda z kawałkiem czekolady. Potem zostałam zaproszona po raz ostatni na fish and chips z czymś, bez czego podobno nie ma prawdziwych frytek - mushy peas. Spakowałam mój o 3 kg za ciężki bagaż podręczny, wylałam przypadkiem bawarkę na ścianę i pełna łatwych do odgadnięcia uczyć dałam się odwieźć na lotnisko.

Wcześniej miałam ostatni dzień w pracy, spędzony na porządkowaniu biurka i przepustowej podkładki. Dostałam kartkę z życzeniami od wszystkich, a John podarował mi chyba najbardziej niespodziewany prezent w życiu - serwetę z Nottingham :P. Następnie była kolacja, na którą zaprosiła nas Betty, powrót do domu wśród brytyjskiej nocy.


Przechodząc do czwartku, piekłam ciasteczka, by poczęstować wszystkich w pracy....


Można tak cofać się w nieskończoność, a raczej w 24 lata życia. Codziennie trafiają się nowe rzeczy, zwykłe, znamienne, zwykłe, które są znamiennymi, codziennie przychodzą nowe miejsca i nowi ludzie, których się oswaja. O oswajaniu dość się już Exupery nawypisywał, zmieniłabym tylko 'ryzyko łez' na 'pewność łez'. I poczucie odpowiedzialności za łzy innych, za wyciąganie ich na środek jeziora i zostawianie tam, bo przecież nauczyli się pływać w drodze 'tam'.

Ostatnia ankieta była zrobiona na moje własne potrzeby. Będąc w Anglii zorientowałam się, że mam za sobą mieszkanie w kilku miastach. Sanok, Waltham Cross, Kraków, Harlow, Compiegne i Ripley, wszędzie minimum 7 tygodni. To nie jest pewnie dużo w skali migrującego świata, równocześnie żadna z siedmiu pozostałych ankietowanych osób mi nie dorównała. To także wystarczająco - wystarczająco by nie gubić się w mieście, ale też wystarczająco, by poznać ludzi z którymi się mieszka, by przyzwyczaić ich do siebie, i przy odrobinie woli wystarczająco, by ich poprowadzić.


 Sześc początków, w tym kilka wyposażonych w koniec. I w głowie miliony obrazów, ulic, domów, parków, 'których już nie wiem, gdzie leży mieszkanie'. Podróż (a chyba tak powinnam nazwać wszystkie wyjazdy z 'domu') to silne i nowe przeżycie, które coś zmienia w człowieku, pokazuje mu nowe możliwości, otwiera, pozwala nabrać dystansu. Daje nowy początek. Zwłaszcza, jak się ma dokąd wrócić, chociaż po jakimś czasie nie wie się jednak, gdzie jest miejsce, które najbardziej pasuje do definicji 'domu'. 'Bom wszędzie cząstkę me duszy zostawił', zamieniając ją na cząstki dusz innych.





Przepraszam, post strasznie chaotyczny i nie napisałam wszystkiego, co chciałam. Powroty robią swoje. Miłej nocy wszystkim :)

piątek, 16 sierpnia 2013

Wycieczek ciąg dalszy

Jestem trochę zmęczona (więc nie będzie ładnych, literackich ceregieli), a chciałam bardzo opowiedzieć o tym, co zwiedzałam przez ostatnie dwa dni ;). Zwiedzanie było bardzo fajne, bo nie dość, że w godzinach pracy, to jeszcze towarzystwo i miejsca były naprawdę ciekawe.

Sam pomysł różnorakich wycieczek (dzisiaj była moja czwarta, jeśli liczyć zwiedzanie Somercotes, które widzę z okna pokoju :) ) wziął się trochę z mojego powodu - raz, że John chyba dostał nakaz wtajemniczania mnie we wszystko, co może być ciekawe dla praktykantki (poza tym sam też jest zdania, że wszystko się w życiu przydaje, zwłaszcza wiedza na temat produkcji tego, co trzeba potem projektować :P), a dwa, że widział moje żywe zainteresowanie wcześniejszymi wycieczkami, i na wypalone nieco bezmyślnie pytanie 'czy są tu jeszcze jakieś fajne zakłady produkcyjne?' obiecał coś zorganizować. Dodatkowo okoliczności motywowały, gdyż Sam także mało w swoim życiu widział, za tydzień z kawałkiem mnie już nie będzie (i Sama też, bo ma 2 tygodnie urlopu :P), a niejaki Mark (bądź Matt) intensywnie dopytywał się o moje wrażenia. Zatem przez dwa ostatnie dni byłam z Johnem i Samem na zwiedzaniu zakładów produkcyjnych - wczoraj byliśmy w Hams Hall, gdzie produkowane są bloczki z betonu komórkowego, a dzisiaj odwiedziliśmy wytwórnię cegieł w Measham ;).

Ubierając się wczoraj do pracy, zapinając białą bluzkę, stojąc w butach na obcasach przed lustrem i malując rzęsy, czułam się bardzo dorosła. Wygląd - nie dziewczyny goniącej z plecakiem na zajęcia, ale młodej kobiety, która ma umówioną wizytę w innym mieście - zadania i decyzje przed którymi już staję - ...? Nie wiem czemu akurat wtedy mnie to dopadło, ale wrażenie 24 lat było piorunujące.

Obie wycieczki były bardzo ciekawe, i obejmowały dokładne zwiedzanie i oglądanie fabryk, plus niewielki wstęp teoretyczny. Nie wgłębiając się bardzo w temat - jeśli chodzi o beton komórkowy dowiedziałam się, że mieszanka wyposażona w pastę aluminiową (lub cynkową, ale u nas jest aluminiowa) rośnie w formach jak ciasto - dosłownie ;). Reakcja owej pasty z m.in. Ca(OH)2 prowadzi do powstania wodoru, który to tworzy malownicze pory w produkcie -  nie wiedziałam tego wcześniej. Cegły natomiast zadziwiły mnie różnorodnością kolorów i tym, że tworzy się je właściwie bez żadnych dodatków chemicznych :P, za to wykorzystując redukujące właściwości węgla.

Śmiesznym jest, że wycieczki są jak najbardziej oficjalne, wobec czego latamy wszędzie 'na galowo', ale jednocześnie z zachowaniem zasad BHP. Odpowiada to butom przystosowanym do forkliftów założonym do eleganckich spodni, pomarańczowej kamizelce, z której wystają rękawy wyprasowanej koszuli lub mojej białej bluzki, okularom ochronnym i kaskowi, z którego wychodzi warkocz lub koński ogon. A w biznesie się kurzy :P. Dzisiaj, po cegielni, cali byliśmy pomarańczowi :P).

Zostawiając jednak chemię, nadal uważam, że jedna porządna wycieczka nauczyła mnie o wiele więcej niż 15 godzin laborek z materiałów budowlanych. Nie wykluczam, że owe 15 godzin wpatrywania się w piknometr (a raczej w nudną prezentację na jego temat) było mi potrzebne, do odpowiedniego i świadomego patrzenia dzisiaj.

Z cyklu 'wiedza bezużyteczna' - oglądaliśmy maszyny do badania wytrzymałości na zginanie. Pamięta ktoś z budowlańców rozstaw wałeczków na których ustawia się próbkę :P? Przez głupi nakaz uczenia się  rozstawów, wymiarów, wzorów, ucieka dużo ważnych rzeczy - jak chociażby kształt samej maszyny, czy to, że w czymś takim bada się 'wytrzymałość na zginanie'.

piątek, 26 lipca 2013

Jak to jest zrobione?

Poza czysto edukacyjnymi walorami mojej pracy (nikomu chyba nie śniło się, że zaraz po studiach pierwszym zawodowym wyzwaniem stanie się kontur zamknięty na podłożu sprężystym? :P), jest także dużo walorów bonusowych. Jestem zatrudniona w czymś, co niektórzy nazywają 'Departamentem konstrukcji', w którego skład wchodzą obecnie 3 osoby. Jedna (John) jest zatrudniona także w drugim oddziale firmy (w związku z tym jest u nas zbiorczo jakieś 2,5 dnia), druga jest praktykantką bez większego doświadczenia, za to władająca biegle niszowym językiem obcym, a pozostała jednostka (Sam), pomimo kariery dwumiesięcznej ledwie, dzielnie stara się radzić sobie w przepustowym świecie.

Codziennie zatem mijają nam godziny na liczeniu i piciu bawarek. Zdarzają się jednak wspomniane w pierwszym zdaniu atrakcje dodatkowe ;). Jako że i ja i Sam jesteśmy w firmie nowi, jesteśmy zapraszani do jej poznawania - szczególnie, że poznajemy to, co dzień w dzień widujemy na ekranach monitorów i próbujemy zapisywać równaniami.

Pierwsza wycieczka odbyła się w moim pierwszym tygodniu pracy - oglądaliśmy produkcję w Somercotes, czyli nasze przepusty, ściany oporowe i bariery betonowe. Podczas jakichś dwóch godzin zwiedzania John pokazywał nam zbrojenie, układanie prętów, betonowanie przepustów i ścian oporowych o najróżniejszych wymiarach (przepust wysoki na 4m, z dziurami po bokach?), cierpliwie odpowiadał na nasze pytania i opowiadał ciekawostki.

We wtorek John zabrał mnie do innej siedziby firmy (oddalonej o ponad 20 mil), bym zobaczyła tam biura a także obejrzała produkcję schodów prefabrykowanych, płyt kanałowych i sprężonych belek stropowych. Wiele z tych rzeczy znałam 'z nazwy', wiedziałam jak wyglądają i jaką funkcję powinny spełniać, jednak pierwszy raz miałam okazję zobaczyć je na żywo. Także pierwszy raz zdałam sobie sprawę z ogromu całych przedsięwzięć produkcji budowlanej, gdzie hałdy poszczególnych rodzajów kruszywa oddzielane są przez płyty kanałowe nie spełniające kryteriów jakościowych, gdzie ludzie przez kilka lat wylewają beton na naprężone druty stalowe (odmiana po ludziach, którzy przez kilka lat zbierają ogórki), gdzie stoi maszyna wytrzymałościowa badająca kilkanaście próbek dziennie. Bardzo mi się podobało ;).


Mojemu entuzjazmowi dziwili się współlokatorzy (wynikła w związku z tym ciekawa sytuacja, opowiem przy najbliższej okazji :P), którzy nie podzielają miłości do belek betonowych. Nie jestem osobą, która się przesadnie interesuje budownictwem, która jest budowlańcem z krwi, kości i powołania, ale chyba zawsze tak jest, że człowieka ciekawi to, co robi. Jestem na początku procesu (z orężem w postaci myszki komputerowej), produkcja elementów prefabrykowanych jest tylko kawałeczek dalej - ale jest urzeczywistnieniem naszej pracy, mechaniką stającą się belką o określonych wymiarach. Pisząc bez zbędnego dramatyzmu, po prostu widzimy co robimy, jak każda cyferka w wynikach odbija się w kształcie i cechach elementu. Nawet jeśli to tylko płyta kanałowa :P.



Wracając do Somercotes John (korzystając z ładnej pogody) przewiózł mnie dłuższą drogą - przez Nottingham :)). Mam już cel na wolny weekend (o ile taki się pojawi :P). Jeden z oddziałów firmy produkuje elementy ceramiczne (potocznie cegłami zwane), może uda się nam i tam pojechać :). Miłego dnia wszystkim :), i przepraszam za niewyraźny rysunek - jestem już śpiąca, nie mam siły robić nowych zdjęć (to coś z kołami to płyta kanałowa :P).

czwartek, 4 lipca 2013

Praktyki wakacyjne

Jak pewnie niektórzy zauważyli, nie pisałam jeszcze, co robię na wakacjach w tym roku. Mogło to być spowodowane brakiem jakichkolwiek planów, albo planami wymagającymi specjalnego posta ;). Nie umniejszając pozytywnych stron pierwszej opcji, w tym roku trafiła się druga ;). Opiszę w miarę dokładnie niektóre etapy tego, co mi się przytrafiło - wydaje mi się, że działania mogłyby zainspirować kilka osób ;).

Generalnie jest to ostatni pewnie czas, który mogę nazwać 'wakacjami'. Na dróżce, którą sobie kiedyś obmyśliłam (a może jednak nie do końca?) został mi formalnie tylko 1 semestr studiów na AGH - po czym powinnam bronić tytułu inżyniera. Uczelnia moja wymaga ode mnie do tego czasu odbycia 6 tygodni praktyk, związanych mniej lub bardziej z chemią, jednak zahaczających o dowolny proces technologiczny.

Pragnąc połączyć przyjemne z pożytecznym wymyśliłam sobie opcję, która by mnie najbardziej satysfakcjonowała pod wszystkimi względami - mianowicie praktyki (potrzeba na AGH) przy produkcji cementu/betonu (pożyteczne i związane z budownictwem) w Anglii (przyjemne) ;). CV i list motywacyjny po angielsku miałam gotowe 'z wcześniej' (dzięki Mira!), cała trudność polegała na znalezieniu odpowiednich przedsiębiorstw i powysyłaniu dokumentów. Po różnych perturbacjach z nieodpisującymi firmami (do których powtórnie pisałam z prośbą o odpowiedź) odezwała się do mnie pani z jednej firmy z tajemniczym pytaniem 'kiedy bym mogła ewentualnie przyjechać'. Jakiś tydzień później (czyli 2 tygodnie od teraz), gdy zaczęłam już myśleć o organizacji praktyk na Nowej Hucie, pani wyskoczyła ze zdaniem 'mamy dla ciebie propozycję' :D. Po wymianie kolejnych kilku pisanych drżącymi rękami maili, było już pewne, że jadę do Anglii na praktyki wakacyjne ;). Trochę nie w takim charakterze jak chciałam, ale JADĘ (a właściwie lecę :) )!


Tak więc mam przed sobą piękne 7 tygodni, hmm, obliczania przepustów :P? Będę mieszkać w miejscowości Ripley (zakwaterowanie i transport załatwiała firma), jutro (tzn dzisiaj :P) jadę do domu, a 6 lipca lecę z Warszawy do East Midlands ;). I poza przerażającym wrażeniem, że sobie nie poradzę (językowo, budowlanie, ...) jestem chyba najszczęśliwszym prawie-praktykantem ;). Proszę, trzymajcie za mnie kciuki, bo przede mną naprawdę wymagające 2 miesiące (będę tam na dokładkę pisała pracę magisterską :) ). I dziękuję wszystkim osobom, które mi dobrze życzyły, pomagały, sprawdzały angielskie pisania, były wsparciem i inspiracją - jesteście wspaniali ;).

Teraz jeszcze krótki morał całej historyjki - udała mi się rzecz troszkę niecodzienna - bo miałam cel (obrany w śmieszny sposób, ale zawsze :P) i do niego dążyłam. Pomijając to, że był on niezbyt realny, to jednak działanie i wola (plus jakaś Boska interwencja ;) ) zaprowadziły mnie do sukcesu. Stąd moje przekonanie, że warto próbować, i warto chcieć dużo w życiu ;). Ściskam wszystkich, przyjemnych wakacji, i następne wieści pewnie z Derbyshire :).

niedziela, 26 maja 2013

Majówka Bałkanówka

Cześć i czołem Moi Mili,

W końcu zamieszczam krótki opis wyjazdu majowego - krótki, bo będą za niego robiły zdjęcia (kliknijcie, żeby przejść do albumu) i notatki (o nich za chwilkę). Nie jestem w stanie wymyślić lepszego i ciekawszego opisu naszego wyjazdu, będzie mało treściwie, za to bardziej obrazowo.

Do zdjęć przysługuje plik wordowski z ciekawymi notatkami. W podróży mieliśmy zeszyt, gdzie zapisywaliśmy główne wydarzenia i nasze spostrzeżenia - a przynajmniej te dotyczące najbliższego otoczenia, czyli samochodu, w którym jechałam. Brawa za przepisanie należą się Karo :). Autorów było zdaje się 6, występowali niezmiernie wymiennie, natomiast większość tekstów jest Karo, Sylwii bądź moja. (patrząc teraz do pliku, widzę, że jest trochę inny układ, niż na kompie. Jest trochę brzydko, ale nie wiem, jak to poprawić inaczej, niż metodą prób i błędów z ciągłym uploadowaniem na nowo. Niech zostanie tak ;) ).  Jest nieco dziwnie i niestety nieprzystępnie napisany, jednak jakby ktoś chciał poczytać, gorąco zapraszam. Dla nas, w takiej formie w jakiej jest teraz, jest to niesamowita pamiątka po wspaniałych chwilach. Było świetnie :).


czwartek, 9 maja 2013

Wielki powrót

Wróciliśmy :))!!! Co prawda już kilka dni temu (dokładnie w poniedziałek o 4 rano), i zdążyliśmy się nieco powymieniać zdjęciami, poopowiadać zaciekawionemu tłumowi przygody, porozdzielać magnesy i poświecić opalenizną), ale post powycieczkowy będzie dopiero za kilka dni. Jedno tylko napiszę - było ŚWIETNIE, uwielbiam wyjazdy grupowe w ciekawe miejsca :).

Teraz tylko kilka linijek, mało opisowych, ale i tak zapraszam :).

Jechaliśmy, długo jechaliśmy. Droga jest bardzo przyjemnym elementem podróży. Nie mówię o kilkugodzinnym siedzeniu w 5 osób w aucie, o piciu różnorakich rzeczy, o śpiewaniu i opowiadaniu historii z życia Przemka, ale o drodze do przodu, z krajobrazami na lewo i prawo (chociaż po lewej zawadzały zazwyczaj czyjeś włosy :P). Opowiadam o drodze do obcych miast, obcych gór, obcych wybrzeży, obcych światów, na które nabiera się nieustannie ochoty. Na podróż gdzieś - gdzieś, gdzie będzie nowe nieznane. Gdzie nie będzie trzeba myśleć o problemach, o czymś bardziej skomplikowanym niż naprawianie garnka gumą do żucia, gdzie się zostanie tylko chwilę o długości odpowiedniej. Gdzie chleb smakuje inaczej, ludzie układają język w inne dźwięki, gdzie jest tylko słońce, morze i gwiazdy pod nieco innym kątem. Ludzie są stworzeni do podróżowania.

piątek, 26 kwietnia 2013

Wycieczka 2013

Przepraszam, że dawno nie pisałam, ale byłam zajęta przygotowywaniami do wycieczki - weekend majowy w tym roku spędzamy... na Chorwacji, w Czarnogórze i w Serbii :)! (w sumie w odwrotnej kolejności).

Tym razem przedsięwzięcie jest zakrojone na szeroką skalę - w mojej wycieczce uczestniczy 19 osób. Jedziemy na 4 samochody, z czego 3 pojechały wczoraj jakoś o 16, a jeden wyjeżdża dzisiaj koło 12 (sesja kół naukowych jednego pasażera) - jesteśmy grupą pościgową :). Kolejna grupa z akaemików wyjechała na Chorwację wczoraj o 22 (kolejne 3 samochody, jest to jednak niezależna wycieczka). Planujemy się wszyscy spotkać w Dubrowniku, i razem wracać do Polski (zdaje się 7 aut :P).

Chociaż wycieczka była chyba najbardziej męczącą organizacyjnie (co rusz wyskakiwały nowe rzeczy) i strasznie dużo krwi napsuła, niemożliwie się cieszę, że jedziemy :). Wkrótce po powrocie (niedziela, 5 maja) będzie relacja wraz ze zdjęciami :). Trzymajcie się Drodzy Czytelnicy, życzę Wam również udanego weekendu majowego :)!

niedziela, 11 listopada 2012

Kopiec Kraka

Jak to mówią - cudze się chwali, swojego nie zna :P. Ja nie znam momentami aż do przesady i z własnego lenistwa. Będąc w Compiegne latałam na kilometrowe spacerki po okolicy. Podobnie w Harlow - bezlitośnie żartowałam z tych, którym nie chciało się iść do biblioteki po darmową mapę i udać się na pieszo 5 mil do Tesco, albo chociaż nad pobliski staw. Tymczasem przeciętny turysta w Krakowie odwiedził więcej miejsc niż ja :P przez całe studia.

Zwiedzanie Krakowa uprawiam mało regularnie i bardzo wybiórczo. W trakcie kursu na prawo jazdy, z uwagi na stopień skomplikowania, poznałam jako pojedyncze obiekty w krakowskiej przestrzeni rondo koło Carrefoura na Czyżynach i rondo Hipokratesa (oraz parę bliżej niezidentyfikowanych mostów). Kiedyś w przypływie fantazji (albo z powodu zainteresowania kończoną w autobusie książką) stwierdziłam, że pojadę sto dwudziestką piątką do końca trasy - na Złocień, który myślowo utożsamiałam wtedy z Zakrzówkiem. Generalnie nie ma tam totalnie nic do oglądania, (zapytana o okoliczne atrakcje pani wskazała mi zakład kosmetyczny) więc jeśli ktoś by chciał się mną sugerować, Złocienia akurat nie polecam :P.

Do wizyty na Wawelu pośrednio 'zmusili' mnie przyjezdni Meksykanie, jednak w sumie nawet nie wiem, czy zwiedziłam tam wszystko, co do zwiedzenia się nadawało. Na Zakrzówku pierwszy raz byłam po powrocie z Francji. Nie byłam także na krakowskich kopcach...

Stan rzeczy zmienił się jednak wczoraj, kiedy to pietiowym samochodem pojechaliśmy (ja, Sylwia, Adrian, Paweł i Gonzo)na Kopiec Kraka. Widoki w nocy są niesamowite, i przypominają mi rozszerzenie tego, co widać w nocy w sanockim parku (albo w Budapeszcie. Albo w dowolnym innym mieście, na dowolnym, innym wzniesieniu. Wszystko jest inne, ale jednocześnie takie samo). Takie nocne stanie - nad miastem, nad ulicami, nad światłami, z szeroką perspektywą - ma coś w sobie. Jest się cząstką świata oderwaną od niego na chwilkę - która może sobie popatrzeć z perspektywy na codzienność o godzinie 23. Czuje się obywatelem świata, w jakimkolwiek języku by te mrówki w samochodach nie mówiły. I czuje się też zimny wiatr i ból zęba, miejmy nadzieję tylko tym wiatrem spowodowany :P.


PS Zmieniłam zdjęcie, na to dostarczone od Adriana. Zdecydowanie bardziej pasuje, dzięki :).

niedziela, 28 października 2012

Jaworzyna Krynicka z Conkretem

Poprzedni weekend był pod wieloma względami wzięty rodem z wakacji. 3 piękne, słoneczne dni spędziłam w Jaworzynie Krynickiej, na wyjeździe z kołem naukowym konstrukcji żelbetowym Conkret :). Przygotujcie się na długi post :).




Już samo moje zgłoszenie się do wyjazdu jest ciekawą historyjką. Otóż najpierw byłam gorąco zachęcana do wzięcia udziału przez aktywną członkinię koła - Mirunię, której jednak odmówiłam z uwagi na chroniczny brak czasu dwukierunkowców. Kilka dni później, będąc lekko po alkoholu, dowiedziałam się od Agi T., że dużo osób z akademika wybiera się na ową wycieczkę. Zachęcał Tutek, który był zobowiązany do opowiedzenia na spotkaniu koła o swoich zagranicznych praktykach w zakładzie stawiającym żelbetowe zbiorniki w Niemczech (praktyki płatne, załatwiane za pośrednictwem uczelni), i chciał, by pojechało więcej znajomych mu osób. Pomyślałam więc, że może jednak też pojadę, a Aga T. (która już była zapisana) poparła moją inicjatywę i włączyła wniosek, który wypełniłyśmy będąc w takim stanie, na jaki wskazywał wieczór. Umotywowałam moje chęci wyjazdu sympatią do żelbetu, a także znajomością z Mirą i Tutkiem (co zdaje się zapewniło mi dość szybką promocję z listy rezerwowej - wszędzie liczą się koneksje :P).




Wycieczka zaczęła się w piątek, wizytami na 2 budowach. Pierwszą z nich była budowa centrum kongresowego w okolicy ronda grunwaldzkiego, a kolejna to bloki koło akademików. Mogliśmy sobie pooglądać poukładane zbrojenie, a nawet je poskręcać :P. Jest to jeden z niewielu elementów w życiu studenta budownictwa, gdy czuje się ów student usatysfakcjonowany i na swoim miejscu - gdy widzi, czym skutkują wzory na moment zginający, gdy każda kreska autocadowa nabiera 3 wymiaru, koloru i materiału.




Po wizytach na budowach pojechaliśmy do Jaworzyny Krynickiej. Na miejsce dostaliśmy się kolejką gondolową - nie wiem, czy ktoś miał przyjemność się przejechać, ale moim zdaniem wrażenia, zwłaszcza taką piękną jesienią, były niesamowite ;) (choć mojej mamy bym do czegoś takiego nie wzięła). Schronisko, czy raczej hotel, miał bardzo malownicze widoki (można tak po polsku napisać?), poza tym było czysto, swobodnie i karmili nas o wiele lepiej niż my sami siebie - czyli wszyscy studenci byli zadowoleni ;). Wyjazd polegał przede wszystkim na słuchaniu w swobodnej atmosferze referatów członków koła żelbetowego i zaprzyjaźnionych absolwentów. Przebojem stał się referat Mireczki, który wygrał nagrodę specjalną i wywołał salwy śmiechu absolutnie u wszystkich. (Prócz tego, przywieziona przez nią mata izolacyjna do zbiorników została ogłoszona najmniej potrzebną rzeczą na wyjeździe, jednak swoje walory edukacyjne dzielnie prezentowała). Chłopcy z opowiadaniem i zdjęciami z Niemiec także byli bezkonkurencyjni ;). Drugim, niejako stałym elementem wyjazdu były dwie wycieczki w góry - z racji ciepła wszyscy byli w krótkich rękawkach, a z racji przezorności wszyscy mieli plecaki wypakowane ciepłymi kurtkami (i czekoladami :P). Uwielbiam taką piękną jesień :).




Wieczory spędzaliśmy bardzo wycieczkowo i bardzo po studencku. Jednej nocy poszliśmy także kawałek za schronisko pooglądać gwiazdy - studenci i opiekunowie. Zaliczyłam 2 głupie historie - powiedziałam (po alkoholu co prawda, ale chyba i na trzeźwo byłabym w stanie) panu Dawidowi (doktorantowi i opiekunowi koła), że się ładnie i dużo uśmiecha, i powinien robić tak dalej. Prócz tego pół wycieczki wtajemniczone osoby śmiały się z mojego 'oczytania' w kontekście 'chłopa, który r**** babę' (jak ktoś jest zainteresowany, mogę opowiedzieć). Wróciliśmy pełni pozytywnych wrażeń w niedzielę w nocy. Koło konstrukcji żelbetowych jest fajnee :).




PS Taką jesień jak dzisiaj (śnieg i chlapcia) też lubię ;), choć wolę tą z zeszłego tygodnia ;).

sobota, 15 września 2012

Brighton



Do przyjemnych chwil i wspomnień lubi się wracać. Zwłaszcza, gdy sesja wrześniowa w pełni, a za oknem słońce cały dzień ogląda jak lato zmienia się w jesień. Dzisiaj opowiem Wam o wycieczce do Brighton :). Miasto chciałam odwiedzić przede wszystkim dlatego, że było rozsądnie daleko od Harlow (nie za blisko, przy czym da się dojechać pociągiem) i znajduje się nad morzem ;). Poza tym mieściło się dość wysoko w przypadkowo znalezionym rankingu 20 miast w Wielkiej Brytanii, które warto odwiedzić. Prócz tego, zapraszam do obejrzenia zdjęć :).

12 sierpnia (lekko po 10 rano) wysiadłszy z pociągu spotkałam pana, który rozdawał mapki miasta turystom. Był ubrany w barwy olimpijskie (bluza i detale stroju w kolorze różowym), i na pytanie ‘Czy tutaj też się odbywają jakieś zawody?’ odpowiedział, że miasto spodziewa się natłoku turystów, którzy zmęczeni olimpiadą w Londynie, zechcą przyjechać nad morze. Nie ma to jak zapobiegliwość:). Ruszyłam zatem trasą wyrecytowaną mi przez pana – prowadziła przez The Lanes – sieć wąskich, pełnych klimatu uliczek, w miarę regularnych i przecinających się pod kątem prostym, pełnych miejsc dla turystów. Owe ‘miejsca’ nie były jednak Zarami, H&M-ami, Tescami w wersji mini, ale sklepami bez nazwy, bez marki, sprzedającymi ubrania: od tych bardzo drogich po zastanawiająco tanie, sklepami z koralikami, bibelotami, starymi rzeczami… Plus ogromną ilością kawiarni, cukierni, restauracji - a wszystko to utrzymane jest w normalnym, nieprzytłaczającym i niemasowym stylu ;). Przeleciawszy tą część miasta wstąpiłam do biblioteki po kartę biblioteczną z East Sussex ;), po czym ruszyłam w stronę miejskiej atrakcji.

Jest nią Pavillion – pałac wybudowany dla potrzeb Jerzego IV, który jest ewenementem architektonicznym na skalę całej wielkiej Brytanii (mam kilka zdjęć, naprawdę bardzo charakterystyczny budynek). Miejsce otaczają zadbane ogrody pełne zwierza, w szczególności wiewiórek. Wychodząc stamtąd rusza się w prawdziwy turystyczny świat, gdzie są sklepy (już wszystkie znane człowiekowi), jeszcze więcej restauracji i jeszcze więcej turystów. Uderzające w Brighton (przynajmniej ja na to zwróciłam uwagę) jest to, że w całym mieście słychać muzykę. Graną przez ulicznych grajków, śpiewaną przez ulicznych śpiewaków, wydobywającą się zewsząd i zmieniającą się co skrzyżowanie ;).

Najładniejsze jednak w Brighton jest morze ;). Właściwie na całej długości miasta rozciąga się użytkowa, kamienista plaża, która pełni rolę miejskiego centrum życia. Spotykają się tam miejscowi, turyści (miejscowi z turystami również), odbywają się zabawy, dyskoteki, handluje się kapeluszami i japonkami, a także masowo spożywa się rybę z frytkami. Do głównych atrakcji należy zabudowane molo, o którym więcej w zdjęciach. Najwięcej czasu w mieście (z którego musiałam wyjechać po 18, by być w domu koło 22) spędziłam właśnie tam - nad morzem – siedząc, słuchając, czując zapachy, układając sobie całą moją Anglię w głowie ;). Pomimo tego, że nie miałam ręcznika, przenośnej przechowalni bagażu i woda była zimniutka, poszłam chwilę pływać ;). Mogłabym kiedyś mieszkać nad morzem ;).




Zamieszczam jeszcze jedno zdjęcie tutaj – na plaży był jeden pan, który w ciekawym stroju czytał książkę. Zapragnęłam mu zrobić zdjęcie, i to był pierwszy mężczyzna z Wysp Brytyjskich, do którego zwróciłam się per ‘Sir’ :P.

czwartek, 13 września 2012

Pan Toto

Opowiem Wam ciekawą historyjkę. Zaczęła się ona w autobusie 130, który na skutek korków jechał z Nowego Kleparza na Wrocławską lekko ponad pół godziny (dla niewtajemniczonych - to dwa kolejne przystanki). Przeczuwając ilość czasu, jaki przyjdzie mi spędzić w autobusie, wyjęłam moją 'Alice's Adventures in Wonderland' i ustawiwszy się stosunkowo wygodnie koło drzwi, zaczęłam ją czytać nie zwracając uwagi na otoczenie.

Otoczenie za to zwróciło uwagę na mnie - gdy oderwałam na chwilę wzrok od książki (by zorientować się w sytuacji), ten padł na mężczyznę obok - Azjatę z plecakiem. Uśmiechnął się do mnie i zapytał po angielsku, czy zawsze tutaj są takie korki. Od problemów komunikacyjnych przeszliśmy przez Alicję w Krainie Czarów do krótkiej historii pana o imieniu Toto.

Opowiedział mi, że pochodzi z Bombaju i przez większą część swojego życia pracował jako dziennikarz lub rzecznik prasowy w przedsiębiorstwach (różnych, także zajmujących się budownictwem) w USA. Po 16 latach pracy postanowił... udać się w podróż ;), wydatnie ułatwioną przez couch surfing (podobno bardzo popularny w Indiach) i ryanaira. Był na Olimpiadzie w Londynie, wcześniej w Czechach, Austrii i na Słowacji. Z Anglii przez Niemcy zawitał do Polski (na ulicę Racławicką), by potem wrócić tam na Oktoberfest ;). Planuje przez rok zwiedzać Europę, przez kolejny Amerykę Południową, a potem zakosztować Afryki ;). Jest przy tym bardzo uśmiechnięty, otwarty i ufny (chciał zostawić bagaże na przystanku autobusowym i polecieć na drugą stronę ulicy pytać o tą swoją Racławicką. Koniecznie osobiście. Potem zgodził się, bym mu popilnowała rzeczy). Świat jest pełen niesamowitych ludzi ;), kibicuję mu z całego serca ;).



Jutro mechbud, trzymajcie kciuki ;).

PS. Jeden licznik uparcie pokazuje, że bloga czyta ktoś... z Rosji :). Jest mi niezmiernie miło, i z czystej ciekawości chciałabym wiedzieć, Osobo, kim jesteś. Bardzo ucieszyłabym się z maila.

Jest też możliwość, że bloggerowe statystyki w jakiś sposób się mylą, bo W 2 osoby z Malezji trochę ciężko uwierzyć, nawet jeśli miałby je tu pchnąć przypadek. Jakby ktoś coś wiedział na ten temat, również proszę o info ;).

piątek, 31 sierpnia 2012

Stansted airport

[dopisane koło północy, 30 sierpnia] Poniższy kawałek jest trochę dziwny, ale sobie postanowiłam, że zostawię :P. W końcu to i tak blog dla mnie (już wkrótce użyję tego argumentu ponownie).


Post jest pisany na szybko – na lotnisku w Stansted. Pomyliliśmy się z wujkiem, dzięki czemu mam 3 godziny czekania na samolot – przynajmniej zdążę bez nerwów, mam złe wspomnienia z mojego ostatniego lotu z Londynu. Więc (słowo, którym się nie zaczyna zdań, ale zawsze tak ładnie pasuje) wracam do Polski. Z tym wracaniem nie do końca wiem, jak jest.


Wracam, na pewno wracam, bo mam gdzie, mam do kogo i mam do czego. Jednak (pisałam już o tym wiele razy) gdziekolwiek człowiek by nie był przez część swojego życia, zostawia tam kawałek siebie, 'bom wszędzie cząstkę swej duszy zostawił'. Może być to i krew na niebieskim plastrze naklejonym na pakowalni, może to być włos na białym dywanie u Francoise, może być też postać w czerwonej bluzce na zdjęciach z park party. Kiedyś jeszcze na pewno odwiedzę Anglię, albo świat robi się coraz mniejszy, albo ręce ludzie coraz dłuższe mają, i łatwiej nimi sięgnąć realnych celów. UK Salad (dyplomacja) wysyła mi smsy, z których przebija żal z powodu utraty źródła przepysznych cukierków z Sainsbury’ego, oraz kogoś, kto uśmiecha się idiotycznie zza papryki. Miłe ;).


Lotnisko w Stansted jest dość duże, przestrzenne, jasne. Idę na samolot (ubrana w adidasy, polar i płaszcz, poza tym przepełniona nadzieją, że jednak bagażu nie będą mi ważyć), może później jeszcze dodam ze dwa słowa ;). Tę noc spędzam u Paci i Grzesia, wyjadą po mnie samochodem ;). Gdyby ktoś kiedykolwiek potrzebował przenośnego domu, służę pomocą ;).


[PS, pisane w autobusie do Sanoka, następnego dnia, koło południa - by wyjaśnić wątpliwości niektórych] Część czytających może była za granicą w pracy, część pewnie słyszała o tym, jak jest w takich miejscach – zakładach pełnych emigrantów z Polski, w różnym wieku i z różnym stażem za granicą. Często nie jest lekko z tymi ludźmi, normą jest obgadywanie, brak życzliwości, złośliwość i chamstwo. Przez 2 miesiące da się 'być przyjacielem każdego', o ile się ma dobre podejście – często pobłażliwe, pełne zrozumienia, ale zdecydowanie nie uległe. Polubiłam dziwnych ludzi na UK Salad, oni odpłacali się godziwym traktowaniem, szacunkiem (zarówno wobec mnie, jak i moich próśb i decyzji) i zaufaniem. Ja nie miałam źle, i naprawdę ciężko było mi wszystkich i wszystko zostawiać. Myślicie, że po długości, po czasie trwania uczuć, odczuć, smutku, tęsknoty, można poznać ile coś dla nas znaczyło? To były dobre wakacje, dziękuję ;).


A teraz prośba - trzymajcie za mnie kciuki przez cały wrzesień najlepiej, bo mam dłuuuuugą sesję :P. Powodzenia wszystkim, uśmiech ode mnie ;).

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Oxford

Jak już pewnie znaczna większość wie, niedawno (czyli 21 lipca) byłam na wycieczce w Oxfordzie :). Wyjazd był poniekąd urodzinowy (trzeba było jakoś nazwać powód do wydawania pieniędzy :P), i nie wiem, jaki pretekst znajdę dla drugiego, który mnie kusi. Ale póki co, opowiem Wam o Oxfordzie ;).

Oxford był oczywistym następstwem wyjazdu do Cambridge. Wycieczka była bardziej zorganizowana, gdyż na dworzec kolejowy wybrałam się już dzień wcześniej - by zapytać o cenę biletu (nawiasem pisząc, taniej się lata ryanairem do Polski) i ewentualne możliwości ciekawych wyjazdów. Przeczytałam wcześniej przewodnik po mieście (link w zdjęciach), z którego nie zapamiętałam oczywiście nic, i o 7 rano ruszyłam na dworzec kolejowy w Harlow ;).

Do Oxfordu jechało się przez Londyn (przesiadka na metro i kolejny pociąg, dodatkowe atrakcje ;) ), Slough (miasto podobno pełne ludzi z Europy Wschodniej) i Reading (ładna nazwa) - łącznie z dwie godziny dojazdu. Oxford jest ładnym miastem (chyba żadna niespodzianka), co czyni go również miastem bardzo atrakcyjnym dla turystów. Nie ma szans zwiedzić go w jeden dzień, to czas za krótki nawet na dokładne obejrzenie budynków i ich przyległości z zewnątrz. Na miejscu warto rozejrzeć się za ludźmi, którzy oferują darmowe oprowadzanie i opowiadają o osobliwościach starówki. Istnieje też bardziej oficjalna wersja wycieczek, już płatna, i zapewniająca bilety wstępu do niektórych collegów (jak to odmieniać?). W każdym razie, na wspomniane hordy Chińczyków z aparatami miasto jest przygotowane.

Nieco bardziej szczegółowy (ale i tak nie nadający się za bardzo do niczego) opis miasta znajduje się pod zdjęciami. Chciałam jeszcze napisać, że udało mi się trafić na ciekawe oprowadzanie po Merton College. Grupa turystyczna liczyła wraz ze mną 3 osoby, jednak pozostałe dwie stwierdziły, że śpieszą się na pociąg i sobie poszły w połowie. Zostałam więc sama z energiczną i niezrażoną niczym przewodniczką, która bardzo dużo mi poopowiadała. Zwiedzanie z przewodnikiem to ostatnio mój ulubiony element wycieczek, zwłaszcza, jak trafię na kogoś z pięknym, miejscowym akcentem (ideałem jest pan z Eton). Poszłam też do miejskiej biblioteki, by założyć sobie kartę z Oxfordshire (mam już z 4 hrabstw :]) - dodam potem zdjęcia. Lubię jeździć na wycieczki ;).



Jutro dowiem się, na jakiej maszynie pracuję przez najbliższe 2 tygodnie. Tymczasem warzę piwo... . Gdyby ktoś wiedział, jak jest to przysłowie po angielsku, proszę o kontakt (chociaż w sumie nie wiem, czemu sobie w google nie wpiszę). Wszystkim życzę udanego tygodnia!

niedziela, 8 lipca 2012

Welcome back

:) - nie miałam jak zacząć posta, więc stwierdziłam, że zacznę go uśmiechem ;). W ten sposób, bo w duchu (pomimo raczej większej ilości problemów, niż mniejszej) jestem wesoła (taki mniejszy stopień szczęścia, do szczęścia jednak potrzeba czegoś dodatkowego) i - przede wszystkim - odpoczywam od pracy umysłowej, myślenia i organizowania sobie czasu pod kątem nauki. A teraz do rzeczy ;).

Jak już większość wie - jestem od 4 dni w pracy w Anglii. Mieszkam w Harlow, u Ewy i Jacka, których znam już od 4 lat - jest dobrze ;). Praca też jest ok - na UK Salads, gdzie już miałam okazję pakować warzywa 2 lata temu. Dla tych nieco mniej zorientowanych - krótki opis życia Polaków w kontekście pakowalni:

Moja praca opiera się na pakowaniu papryki, ogórków, pomidorów i bakłażanów (?) w UK. Cały proces odbywa się na pakowalni (packhouse), w pięknej, stalowej hali (nie zdałam stali, poprawka 4 września), wypełnionej maszynami i eee, chętnymi do pracy ludźmi. Ludzie są przede wszystkim Polakami, chociaż w tym roku obrodziło także Litwinami (Litwinkami bardziej jednak), Łotyszkami, i osobami, których jeszcze o narodowość nie zdążyłam zapytać. Do tego dochodzi fakt, że nasi przełożeni są z pochodzenia Tunezyjczykami - jest wesoło ;). Obowiązującym językiem jest polski i angielski, który każdy zna w podstawowym zakresie (zwroty typu 'go there', 'you, change Ewa', 'fuck off'). Pracuje ze mną część ludzi, których poznałam we wcześniejszych latach (jestem w Anglii 4 raz), bardzo się cieszyłam ze spotkania z niektórymi (jest przewesoły Krzysiu H., Aga, Magda, pani Ania, pani Halina, pani Teresa, która mi dała jeden ze swoich fartuchów (dostałam na wstępie rozmiar XL, sięgający mi do kostek)). Firma zatrudnia teraz o wiele więcej osób niż wcześniej, co oceniam z ludzkiego punktu widzenia negatywnie, jednak z pewnością jest dobrym zjawiskiem dla firmy. Rozwija się, wzbogaca swoją ofertę, kupuje maszyny - jest szansa, że kiedyś będzie gdzie przyjechać ;).

Jeśli miałam kiedyś okazję z kimś rozmawiać na temat Anglii, mówiłam, że ludzie tutaj różnią się trochę ode mnie. Zwłaszcza ci starsi, albo raczej ci do 30 roku życia. Ale to zdecydowanie temat na inny post.

Pracujemy nieco dłużej niż 2 lata temu, przez moje 3 dni siedzieliśmy (a raczej staliśmy, ruszając intensywnie rękami i podnosząc ciężary) niemal do 18. Byłam na gradzie ogórkowej (chyba ze 3 razy), pół dnia ważyłam małe pomidorki (260-280g w paczuszce), zbierałam ogórki, pakowałam małe, gałązkowe pomidory, kleiłam lejbelki i robiłam wiele innych, pomniejszych rzeczy. Mam czarne, ciężkie do doszorowania paznokcie (wszyscy mają), podrapane przedramiona (bluzki na ramiączkach (mi w pracy naprawdę gorąco :P. Temperatura na hali: 8 do 11 stopni C) plus podwinięte na maxa rękawy fartucha) i duże siniaki na rękach i udach. C'est la vie, grunt, że nie ma rumieńców od papryki :).

Chyba tyle tytułem wstępu ;) (tak szczerze - strasznie ciężko mi cokolwiek napisać dzisiaj. Jestem cały wieczór w salonie, z Ewą, Jackiem i Arturem, którzy wymagają mojego czynnego udziału w rozmowach. Mam nadzieję, że następny post będzie nieco porządniejszy :) ). Postaram się pisać częściej notki, choć z 2 słowa, i pewnie na temat pracy. Mam nadzieję, że większości z Was jednak etap packhouse'ów (jak to się odmienia?) został w życiu odpuszczony, i będziecie je czytać z ciekawością. Tymczasem wszystkim udanych wakacji, jakiekolwiek by one nie były. A w ramach rzeczy do zobaczenia, jeszcze kilka zdjęć z promu ;). Tym razem jechałam do Anglii autokarem (do Londynu 27 godzin, plus przesiadka na pociąg do Harlow), odcinek Calais - Dover (zwany powszechnie Kanałem La Manche) pokonywał na promie ;). Nie mam tylko ostatnich, najlepszych zdjęć, nie jestem w stanie ich przenieść w tym momencie z komórki na komputer.


PS Dzięki wszystkim za listy - nie mam kiedy na nie odpisać, choć oczywiście to zrobię asap. Strasznie się cieszę :), jak to dobrze mieć takie wsparcie w Polsce ;).

PPS Mam nieodparte wrażenie, że zapomniałam napisać o czymś bardzo ważnym. Tak jakbym długo myślała o czymś, co jest po zupełnie innej stronie skojarzeń, i w momencie pisania nie mogę sobie tego przypomnieć. Jeszcze może dopiszę, jak nie, to w innym poście.

PPPS Nie mam siły już tego czytać od nowa, sorki za jakieś błędy gramatyczne, poprawię potem.

niedziela, 20 maja 2012

Wycieczka do Chorwacji

W końcu udało mi się usiąść i ogarnąć wyjazd majowy :) (ostatnio bardzo podoba mi się czasownik 'ogarniać'. Jest wspaniale uniwersalny ;) ). Tak więc dzisiaj dla Was zdjęcia na picasie (mam nadzieję, że poradzicie sobie z opisami, nie miałam już siły robić w dwóch wersjach), a także krótki opis wycieczki (to chyba najlepsze wyjście, powoli wszystko się zaciera w pamięci). Adrian, opierając się na logice i doświadczeniach innych, zaczął pisać dziennik podróży, który następnie kontynuował każdy siedzący obok kierowcy (przydało się to także później, do rozliczeń finansowych). Już po powrocie każdy go jeszcze pouzupełniał po swojemu. Ten dziennik chciałam Wam dzisiaj (lekko zmieniony) pokazać - to chyba najlepszy sposób, bym o niczym nie zapomniała, zwłaszcza, że z większością nie miałam kiedy porozmawiać porządnie o wycieczce. Gdyby ktoś chciał, zapraszam do mnie na hebratoopowiadanie ;). I jeszcze jedno - wybrałam 192 zdjęcia, z ponad 2200 - wiem, że to i tak dużo, ale by wszystko miało sens, nie mogłam już się bardziej ograniczać. Kosztowało mnie to przede wszystkim trochę czasu, proszę, pooglądajcie do końca :).

Z krajów, przez które przejeżdżaliśmy, najbardziej podobała mi się Bośnia i Hercegowina - kto by przypuszczał ;). Udało nam się pożyczyć przewodnik po tym państwie, więc zwiedzanie miało trochę więcej sensu, niż w przypadku Słowenii. W Bośni podobała mi się przyroda, turystyczne części miast, nie wiem, takie radzenie sobie z (jakby na to nie patrzeć) powojenną rzeczywistością. Chociaż wiadomo, że nie można wiele powiedzieć po półtoradniowej wizycie :P. Oprócz jednej nocy spaliśmy zawsze (mniej lub bardziej) na dziko, jedliśmy kanapki (przede wszystkim z pasztetem) i kiełbaski z grilla (aha, już wiem dlaczego na juwenaliach nie miałam na nie ochoty ;) ). Bardzo mi się cały wyjazd podobał (chyba nie ma niezadowolonej osoby), i takie wycieczki to mój ulubiony sposób zwiedzania świata (są o wiele lepsze niż moje samotne tripy, które przecież bardzo lubię). Już z radością myślę o kolejnym wyjeździe ;). Dzięki wszystkim, którzy byli ze mną, było wspaniale :)!

(Wcześniej przychodziły mi do głowy także inne rzeczy, które chciałam napisać à propos wycieczki, teraz nie został po nich nawet ślad w moich szarych komórkach - najwyżej dopiszę w komentarzach :). I momentami nie zgadza się chyba rodzaj gramatyczny - chodzi o to, że jeden tekst przerabiało wiele osób, i żadna nie chciała być nadzorcą zmian i głównym edytorem. Moje dodatkowe komentarze w nawiasach, kursywą). Oto nasza wycieczka ;):

DZIEŃ 1 - Jazda :)
15:30 Wyjazd :D (wszystkie auta sprawne, uff)
Słowacja - nikt nic nie uprawia, wszędzie trawa i burdele (ja tych burdeli nie pamiętam, ale powiedzmy, że mnie nie interesowały :P.)
Węgry - kupujemy winiety na autostradę i oglądamy Budapeszt nocą ;)
2:15 Chorwacja
3:30 Nocleg w polu przy torach, 10km od Osijeki.

DZIEŃ 2 - Bośnia i Hercegowina
8:00 Po grillu przy torach (wszystkim jeszcze smakowała kiełbasa z grilla, przyrządzona przez Adrianka i Maciusia) wyruszamy do Bośni (9:45) ceny jak u nas (moim zdaniem nawet taniej). W drodze do Bośni na każdym kroku smaży się świniak (?) .
13:37 Sarajewo - jedziemy 12 km nad wodospad SCACA VAC, z małymi problemami związanymi z wjazdem pod wodospad (dziewczyny były gotowe łapać samochód za lusterka, gdyby ten spadał w przepaść (przynajmniej ja byłam :P) ), postanawiamy (czyt.stwierdziliśmy, że skoro zabrnęliśmy tak daleko, to już musimy zobaczyć ten wodospad) przejść piechotą część dystansu – 2h w jedną stronę, pięknie. Kto jest odważny, staje 2 metry przed wodospadem na darmowy prysznic (odważni byli prawie wszyscy, było świetnie :D)
19:00 - 21:35 Sarajewo - zwiedzamy stolicę, bardzo ładne miasto, przynajmniej jego część turystyczna.
Nocleg miał być w miejscu poleconym przez Wacka (który był w tych okolicach na wakacjach, identyczna formuła wyprawy). Wszystko pięknie tylko zwłoki znalezione przed spaniem zajęły nasze miejsce noclegowe (czyt. jedziemy, jedziemy, i nagle leży na miejscu noclegowym jakaś padlina); śpimy na stacji benzynowej, za ciężarówkami. Pan na stacji umiał po francusku, i dało się z nim dogadać co do prysznica. Hurra ;).

DZIEŃ 3 - Ku Chorwacji
10.00 Mostar - ładne miasto, z ładnym mostem i ładnym zagłębiem giftshopowym. Most w Mostarze (Stari Most) jest jednym z największych zabytków Bośni i Hercegowiny. Ciekawe jest to, że można z niego skakać do wody (miejscowi chłopcy dorabiają sobie w ten sposób :P).
Przejeżdżamy przez Siriki Brijek, zatrzymujemy się aby skosztować miejscowej potrawy, która ciekawiła nas od początku - Burka. Okazał się ciastem podchodzącym pod francuskie, z mięsem mielonym. Pani w piekarni, zaskoczona 9-osobową wesołą grupą, dołożyła nam po szklance soku poziomkowego gratis ;).
14:30 Wjeżdżamy do Chorwacji, pisk, szał ciał i tańce na drodze szybkiego ruchu na widok wspaniałego Landschaftu z morzem. na wycieczce niezwykle modny był niemiecki. Francuskiego uczył się tylko Dulek, i chciał o nim jak najszybciej zapomnieć). Szukamy noclegu za Splitem na końcu wyspy Trogir. Ostatecznie udaje się nam rozbić namiot w ogrodzie u pewnej rodziny (jesteśmy w końcu biednymi studentami :P (dosłownie VERY POOR STUDENTS FROM POLAND (no dobra, zagalopowałam się, ale na ich warunki naprawdę jesteśmy 'very poor' :P))). Do późnych godzin nocnych siedzimy na grillu nad morzem, podziwiając jego uroki i racząc się stosunkowo drogim oraz wytrawnym winem (i kiełbasą. Kiełbasa towarzyszyła nam przez cały wyjazd). Ku naszemu zaskoczeniu, właścicielka domu częstuje nas ciastem, ludzie są super ;).

DZIEŃ 4 - Wybrzeże
Od wczesnych godzin rannych opalamy się i taplamy w wodzie :).
15:15 Sibenik (w ogóle nie mam pamięci do chorwackich miast).
Udało się nam zjechać z głównej drogi i znaleźć ciekawy nocleg w lesie, 10m od morza. Grawcio i Sid zasłużenie wypili 2l wina (w 20 min), po czym wybrali się pieszo ‘na Dubrownik’. Nocą puściliśmy lampion. Wszystkim podobał się nocleg na kamieniach na plaży, pod gołym niebem (chyba 5 osób tak spało, było super ;), chociaż ciężko było się ułożyć odpowiednio).

DZIEŃ 5 - Bo gdzieś musi być Cel
10:15 Wyjeżdżamy w kierunku Rijeki, trasa wzdłuż wybrzeża - krajobraz i widoki przepiękne.
Pomiędzy Opatiją i Lovranem znaleźliśmy camping. Jego otwarcie zaplanowano na 15 maja, do tego czasu turyści mieszkali tam za darmo (bez wody, ale cóż to za przeszkoda :P). Tego samego wieczora poszliśmy nad morze. Wszyscy świetnie się bawili (Adrianek z Dulkiem w aportowanie klapka Grawcia z morza). Projekt 'Beton' zaliczony ;).

DZIEŃ 6 - Czas zmienić kraj
Urządziliśmy sobie pieszą wycieczkę do Lovranu - promenada jest przepiękna, 3 km wzdłuż morza ;).
18:10 Słowenia - pokierowani przez miejscowych strażaków przybyliśmy na obóz campingowy w wiosce Nakło. Płacimy po 6EURO, bo Asia zapomniała napomknąć że jesteśmy VERY POOR STUDENTS….( i tak źle, i tak niedobrze... :P) . Grawciu ma urodziny, 100 lat :).

DZIEŃ 7 - Ljubljana i reszta
6:30 Pobudka, prysznic, góry,
8:15 Zakupy w Lidlu strasznie dużo czasu traciliśmy na zakupach, choć prawe zawsze chodziło tylko o chleb i wino (jejku, ale się napisało)
Śniadanie nad jeziorem Blet, po którym ruszamy do Parku Narodowego, w którym znajduje się kolejny wodospad. Wycieczka przypomina nieco objazdówkę po wodospadach Europy.
16:30 Postój na kanapki – otworzyliśmy tuńczyka :).
17:15 Ljubljana - ładne miasto, z pięknymi mostami oraz zamkiem. Natrafiliśmy na wystawę sławnego fotografa Steve McCurry, razem z najsłynniejszym zdjęcia świata. (Jak nie wiecie, o jakie zdjęcie chodzi, ja też nie wiedziałam. Dla dociekliwych tutaj. A tak w ogóle mi się Lublana mało podobała, chociaż była na liście moich miejsc do odwiedzenia).
20:15 kierunek Węgry - 150km w 4 godziny – przeszkadzały sarenki na drodze.
00:20 – stajemy na poboczu aby zaśpiewać Agnieszce 100lat :) (gdy Aga miała otwierać szampana, przejechała obok nas policja :P).
2:40 Znaleźliśmy nocleg niedaleko Balatonu na opuszczonym parkingu.

DZIEŃ 8 - Dom
9:15 Balaton - jeden odważny wchodzi do wody po kolana (głębsza była bez mała kilometr dalej)
13:25-17:20 Podbijamy Budapeszt. Miasto jest jednym z piękniejszych, ale nie sposób je obejrzeć w jeden dzień. Na pewno tu jeszcze wrócimy… (zgadzam się).
19:45 Zakupy w Tesco – 28win :P (w sumie wychodzi po 3 na osobę, nie tak źle przecież :P) (po głębszym zastanowieniu, nie wiem, czy wszystkie policzyliśmy...). Jesteśmy tak alternatywni, że pomimo wykupionych winietek tarabanimy się jakimiś lokalnymi drogami, aż do samej granicy - powód: Grawcio nie zauważył tablicy na Auchan. Jak szaleć to na całego.
Na granicy panowie celnicy kontrolują nasze bagażniki. Pytali tylko o ilość alkoholu. Po otworzeniu tyłu stwierdzili, że nie muszą tak dokładnie nas sprawdzać. Pościelowa składanka w Grawcia aucie zachęciła tył do wspólnego śpiewu.
22:00 Kolacje i znów pasztet (przynajmniej kiełbasek już nie było :P).
1:00 POLSKA WITA :D.
4:15 parking pod DS3 – licznik 2999,9km ;).

sobota, 28 kwietnia 2012

Przed weekendem majowym

Post będzie krótki, nie wiem jakim cudem znowu brakuje mi czasu (przykładowo, żeby się spakować :P ). O ile wszystko dobrze się uda (na przykład wentylator w samochodzie będzie działał, a także będą działały inne rzeczy, o których istnieniu nie mam pojęcia), weekend majowy w tym roku spędzę... na Chorwacji ;). Jedziemy dwoma samochodami, w 9 osób, przede wszystkim ekipą z akademików (chciałam jakoś zastąpić słowo 'ekipa', ale kreatywność poszła już spać). Aga, Dulek, Eliza, Adrian, Magda, Karola, Grawciu, Sid i ja ;). To, że jedziemy stało się pewne w poniedziałek (udało się znaleźć drugiego kierowcę), po czym stopniowo pojawiał się plan i jakieś 'drobne szczegóły' (widzieliście kolejki po EKUZ w Krakowie, w kwietniu?). Chcemy jechać na południe, przez Budapeszt i Sarajewo do Chorwacji, przejechać wybrzeżem do Słowenii, i wrócić do Krakowa. Po drodze pewnie będziemy spali 'gdzie popadnie', czyli zupełnie na dziko, w samochodach i namiotach. Zaczęło mnie to (nie wiedzieć czemu) dzisiaj niepokoić (wcześniej byłam wielką zwolenniczką tej opcji ;) ), trzymajcie kciuki, żebyśmy byli bezpieczni i pełni humoru przez cały ten tydzień ;). Obiecuję piękne (choć pewnie nie moje :P) zdjęcia :).

Cieeeeszę się strasznie, bardzo lubię wycieczki ;). No i będzie moje ukochane morze (co prawda będę nad nim pierwszy raz w życiu, ale 'wszystkie morza moje są' ;) ). Wam również chciałam życzyć jak najbardziej udanego weekendu majowego. Bawcie się dobrze, gdziekolwiek będziecie - nawet, jeśli to nie jest najlepsza opcja, jaka mogła się Wam trafić, ważne, by się nią cieszyć - inaczej weekend zmarnowany, cieszmy się więc, z tego, co nam wyszło ;).

Nadmienię jeszcze, że jedna grupa znajomych z akademika poleciała w czwartek samolotem do Hiszpanii ;). Istniała druga grupa również zainteresowana Pirenejami, ale strasznie pokomplikowały im się plany :P - z 4 osób zrobiła się jedna, i ciekawa jestem, co z tego wszystkiego jej wyjdzie. W ogóle ludzie są niesamowici. Polecam do zobaczenia jeszcze raz, w ramach dziwności. I zachęcam do głosowania w ankiecie - tym razem jest przede wszystkim dla dziewczyn, ale myślę, że wyniki szczególnie powinny interesować chłopców ;). Dziewczyny - proszę spróbujcie dopasować sobie jakąś odpowiedź ;). Trzy ostatnie są dla chłopców ;).

A jeśli ktoś by się nudził przez weekend majowy, mam jeszcze jedną nietypową rzecz. Moja Szwesti pisze maturę w tym roku, w związku z tym musiałam poszukać mojej prezentacji z języka polskiego, na maturę ustną. Przeczytajcie sobie, temat 'Pokonali los, pokonani przez los. Scharakteryzuj sposoby kreowania takich postaci w utworach literackich różnych epok.'

Do zobaczenia po moim powrocie :), uśmiech ode mnie dla wszystkich!