piątek, 13 sierpnia 2010

pomidory

Kończy mi się tydzień na pomidorach (maszyna tworzy sześciopak, 6 pomidorków w folii), moja praca jest chyba najbardziej tępą, jaką mogę robić, przyglądam się jak lecą pomidory po 3 na raz, ewentualnie ustawiam je ładnie i wybieram 2 klasę. Po 20 minutach wpatrywania się w nie ma się ochotę zjeść jednego, albo zasnąć. Ale to nie ważne.

Niech jeden pomidorek waży 10 dag. W paczce jest 6 takich, a do jednej skrzynki pakuje się 30 torebeczek. Nie mam pojęcia ile waży skrzynka, ale wiem, że na palecie mieści się ich 50. Zamówienie na dzisiaj to 21 palet (jest promocja), a biorąc pod uwagę, że paczki zbierają ze stołu 2 osoby, każda przeniosła co najmniej 9450 kg (chyba, że się gdzieś pomyliłam). Zdarzało się, że musiały pakować dziewczyny.

'Boże, snów spełnionych już mi dziś nie ujmuj!'

'Niech pani nigdy nikogo i o nic nie prosi! Nigdy i o nic, tych zwłaszcza, którzy są od pani potężniejsi.'

niedziela, 8 sierpnia 2010

Dzisiaj byłam w Asdzie (duży sklep samoobsługowy, tak jak Tesco). Mieści się w centrum Harlow, obok tzw. shoppingów, ma rozpalający ogień w sercu każdego kierowcy rozległy, dwupoziomowy parking. Wszystko to czyni Asdę bardzo popularnym i często odwiedzanym miejscem. Właśnie tam widziałam dzisiaj człowieka z koszulką z dużym, czerwonym napisem: SEX, DRUGS & SAUSAGE ROLLS. Welcome in United Kingdom 2010 ;), dawno nie widzialam tyle mówiącego nadruku ;).

Dziś 8 sierpnia. W piątek minął miesiąc od mojego przyjazdu do Anglii. Miesiąc wakacji, innego, łatwiejszego życia. Pod jakimś względem wspaniałego, ale chyba nie do końca mojego. (włączyła mi się nostalgia, Pattinson, the Meadow). Zostało mi 10, góra 11 dni pracy. Nie chcę jeszcze wracać, zwłaszcza, że pewnie z niektórymi (osobami, miejscami, zajęciami, sytuacjami) będę żegnała się na zawsze. (Normalnie bym napisała, że żegnam się, by poznać coś nowego, na pewno równie ciekawego i trudnego do zostawienia, ale dzisiaj sobie odpuszczę).

Parapetowka

Poniewaz troche zmienila mi sie sytuacja mieszkaniowa, i w ogole zaszlo kilka zmian organizacyjnych, tym razem lekki, banalny post, godny wakacji ;).

1 sierpnia z domu na Zielonych Wzgorzach wyprowadzila sie Renata z Andrzejem. Powodow bylo kilka, za najwazniejszy uznalabym brak porozumienia z pozostala trojka, a za decydujacy utrate pracy przez Renate. W ich pokoju zamieszkaly 2 dziewczyny z pracy, Monika i Agnieszka, w kanciapce kolo kuchni Damian, brat Moniki, a ja, jako nadliczbowy osobnik, przenioslam sie na tydzien do salonu. Nie przeszkadzalo mi to zbytnio: wszyscy (pomni moich grozb) ograniczali sie z paleniem, kanapa okazala sie wygodniejsza od materaca, zamrazarka nie przeszkadzala juz, bo natura rzeczy nikt jej nie eksmitowal z kuchni, a dodatkowo gdy cala zyjaca czesc domu poszla spac, mialam do dyspozycji laptopa.

Wczoraj Ewa z Jackiem pojechali na urlop do Polski, z 7 osob zrobilo sie 5, a ja przenioslam sie do ich pokoju. Zwolniony z mieszkanki salon mogl z powrotem zaczac pelnic swoje funkcje, a piszac jasno i po ludzku, mozna bylo zrobic impreze. Formula byla taka, jak standardowych spotkan w Polsce, chociaz nie spotkalam sie jeszcze z zaczynaniem picia o 15:30 (co spowodowalo, ze gdy przyszli pierwsi goscie brakowalo jednej butelki a caly dom bym we 'wspanialym' humorze). Jak na to, ze nie znalam wiekszosci osob (to cos jakby isc na impreze z 2 grupa budownictwa - mamy razem wyklady i kojarzymy siebie, ale wlasciwie nic poza tym), bawilam sie dobrze.

Podsumowanie: Wiekszosc osob, jesli sie od nich nie ucieka i sie ich nie boi, jest w porzadku. (przypomnialo mi sie ulubione powiedzenie mojej mamy, w ktorym dalej nie widze jakiegos wiekszego sensu, ale nie ustaje w probach zrozumienia: 'przez ludzi do ludzi, przez swietych do nieba'). Obok tego istnieja ludzie, dla ktorych nie liczy sie nic tylko picie i zabawa, czym rania bliskich, np siostre. Sara (owczarek niemiecki, przejelam ja w spadku wraz z pokojem Ewy i Jacka) w nocy pogryzla mi nowe okulary (bylam zla jak rzadko kiedy) i tusz do rzes (mam nadzieje, ze nic sie jej nie stanie). Okularow nie da sie naprawic, ale bylo do nich ubezpieczenie, jutro zadzwonie i sie zapytam, czy obejmuje gryzienie przez psa). Picie niekoniecznie oznacza bol glowy lub czegokolwiek innego, czego jestem dzisiaj zywym i usmiechnietym dowodem. Poza tym to tylko jeden maly, niewazny element wobec ogromu zycia ;).

PS. Czasem warto zostawic wszystko swojemu biegowi, nie zawsze prawda jest najwazniejsza i najbardziej potrzebna. I to nie jest wygodnictwo :). Nie zapomnijcie nauczyc tego dzieci (zakladam, ze wasze dzieci beda choc troche podobne do rodzicow), bo nie daj czego (to sie pisze osobno?) wyrosna i odruchowo beda mowic same z siebie za duzo prawdy, a to problemy i dla nich i dla innych. Zyjmy i dajmy zyc innym ;)!

środa, 4 sierpnia 2010

anger

Jestem pewna, że już kiedyś do kogoś na ten temat pisałam, ale nie mogę jeszcze raz nie dobrać się do tego tematu. Jednym z bezpośrednich powodów był facebook. Korzystając z tego użytecznego skądinąd portalu, mój kolega z młodych lat szkolnych - Wojtek W. - uruchomił aplikację, która niechcący pewnie napisała coś na mojej tablicy. Jako że powiadomienia o wszystkim przychodzą na maila, wyjątkowo nie uciekło mi to, nawet z ciekawości weszłam na wiadomą stronę. Wojtek odpowiadał na pytania na mój temat, typu 'czy myślisz, ze Asia... (ma ładne oczy itp).

Tak wiele osób robi rzeczy, o które byśmy ich nie podejrzewali. Dobre i złe. Ludzie znani nam praktycznie na wylot, i ci nieco mniej, jednak nazywani przez nas 'znajomymi', oswojeni. W każdych okolicznościach, nie tylko tych ekstremalnych. Wydaje mi się, że nie chodzi o to, że nie znaliśmy kogoś do końca, (pomijając, że to generalnie niemożliwe), raczej, że zawsze widzieliśmy go w sytuacjach jednego rodzaju. To tak, jak z mężem, który widuje żonę w dresach, i nie może jej poznać elegancko ubranej. I nie ma ucieczki od takich niespodzianek, swiat jest złożony, a nawet jeśli dres i sukienkę już maż zglebił, zostaje jeszcze nowa fryzura oraz milion innych rzeczy.

Nieskończoną ilość razy sami robiliśmy coś dla nas dziwnego, co w oczach otoczenia musiało wypaść jeszcze mniej normalnie. Albo może jest odwrotnie, może dla nas było to 'nie nasze', a inni nie widzieli w tym nic zdrożnego, bo wszyscy ludzie mają wokól siebie jakby otoczkę bezpieczeństwa, jakiś margines błędu, rozmyte kontury pomiędzy zachowaniem normalnym a tym mniej, wynikające właśnie z tego, że nie znamy się nawzajem do końca. I podświadomie zaczęłam pisać w negatywnym kontekście. Chyba dlatego, ze częściej zdarza nam się rozczarowywać innych swoim zachowaniem, robić złe rzeczy. Naturalnie szukamy w ludziach dobra i widzimy ich lepszymi, niż może są. Nie, to głupie, sama się z tym nie zgadzam, zostańmy przy tym, że widzimy świat taki, jakim chcemy go widzieć. W każdym razie, wszyscy, którzy czytają tego bloga znają mnie, przynajmniej trochę.

Czy wobec tego byłabym skłonna nie zapłacić za bilet i podszyć się pod grupę francuskich studentów, by wejść do muzeum w Windsorze? Może moczyłam się w nocy do 20 roku życia? Czy byłabym na tyle odważna, by pojechać sama do miasta odległego o 50 mil, z 3 przesiadkami, w obcym kraju? Czy może zabrałam mojej mamie pieniądze z portfela, żeby kupić piwo na wakacjach przed 3 gimnazjum i wypić z koleżanką na basenie? Czy może całowałam się tylko z żonatymi mężczyznami? Czy mam innego bloga, dla wtajemniczonych, którego prowadzę od lutego? Czy upiłam się kiedyś do nieprzytomności i spałam w obcym pokoju w akademiku? Czy poprosiłabym koleżankę z akademika, żeby podrobiła podpis profesora z fizyki na karcie egzaminacyjnej, nie licząc się z jej uczuciami?

Wszystko, o ile zawiera dostatecznie dużo szczegółów, jest się w stanie przyjąć chociażby za prawdopodobne. To zupełnie inny temat, na inny raz ;). Na koniec napiszę dla pewności ( :P ), że nie wszystkie wymienione zrobiłam ;). Ale po pierwsze, skoro wszystkie możliwości wrzucamy do jednego worka, a części jednak nie zmyśliłam, to znaczy, że mogłabym zrobić każdą (wg zasady, że jakaś rzecz zdarza się raz, a jeżeli przytrafi się drugi raz, na pewno będzie także i kolejny (rozmawiałam kiedyś na ten temat z Agatą, to z jakiejś książki (pewnie Pratchett))). Okazuje się, ze bardzo mało wiem o ludziach z mojego otoczenia, i może wcale nie oceniałam ich tak dobrze. Chociaż oni się o żadną ocenę nie prosili, wiec tak czy inaczej wychodzi na to, ze sama jestem sobie winna. A raczej moja wyobraźnia. Nie wiem czego się mogę po sobie spodziewać, nie wiem, czy bliskie, pewne osoby kiedyś nie zrobią czegoś, co przekreśli lata wspólnej znajomości, co każe mi myśleć o nich w inny sposób. I już nie ufać.

Sorki, że to troche chaotycznie napisane, jeszcze własciwie nie skonczyłam, ale nie mogę już pisać.

Jestem strasznie zła!

PS. Jakby się ktos nudził, niech mi napisze cos o bliskosci, ok?

sobota, 31 lipca 2010

Krzysiek

Przez pierwszy dzien w pracy opiekowala sie mna osoba, ktora znalam od 3 lat, niech mu bedzie na imie Jurek (i juz zawsze na potrzeby tego bloga zostanie Jurkiem, chyba, ze bedzie na tyle malo istotny, ze nazwe go prawdziwym imieniem). 'Opiekowala' to znaczy mowila, co mam robic, zaprowadzila do kantyny i pozyczyla 30p na herbate, co czasami (zwlaszcza na poczatku) jest bezcenne i niesamowicie podtrzymujace na duchu.

Pierwszego dnia takze poznalam Krzysia (wlasciwie poznalam wiekszosc osob, z ktorymi pozniej pracowalam, ale on nalezal do tej nielicznej grupy, ktora spotkawszy w miescie wzielabym za znajomych). To wesoly, wiecznie usmiechniety czlowiek, ktoremu nie mozna ufac, bo zawsze w odpowiedzi na dowolne, banalne pytanie wymysli jakies bardziej lub mniej prawdopodobne klamstwo. Od pierwszej chwili czlowiek czuje do niego sympatie, nie ma jak sie go bac, jakbym musiala napredce dzielic ludzi na 'dobrych' i 'zlych' na pewno znalazlby sie po jasnej stronie. W pracy jest liderem 'grejdy' paprykowej (papryka przyjezdza do zakladu w duzych kontenerach, prosto ze scinki, maszyna rozdziela ja wg wagi, po czym juz posegregowana jest pakowana w skrzynki, np. 150-180g).
Poza tym wszystkim, przydaloby sie dodac, ze mieszka w Harlow z zona Edyta i corka Wiktoria, oraz ze jest bratem Agnieszki, ktora wprowadza sie do nas dzisiaj. Edyta byla w ciazy, miala termin na wrzesien, jednak urodzila dziecko w srodku 5 miesiaca. Dziewczynka (jak to porzadny wczesniak) byla malenka, jednak pod okiem rodzicow i lekarzy powoli rosla, rozwijala sie, i wydawalo sie, ze wkrotce pojedzie z rodzicami do domu. Nie wiem dlaczego, ale Malenstwo zmarlo 29 czerwca, po 35 dniach zycia. W piatek 2 tygodnie temu, w polskim kosciele byla msza za mala Nadie. Nadzieja w bialej urnie.
Chcialam o tym napisac, choc minelo juz troche czasu a sam temat nie jest lekki. Na msze przyszlo bardzo duzo osob, przede wszystkim znajomych z UK Salads, ale nie tylko przyjaciele, sasiedzi. Przyszli wszyscy, ktorzy mieli jak sie dostac do Harlow, wszyscy, ktorzy znali Krzyska dlugo, robili przez kilka lat to, co on. Wszyscy, ktorzy (tak jak ja) dopiero zostali przyjeci do pracy, ktorzy Krzyska znali z widzenia, dla ktorych byla to bardziej dotkliwa strata kochanego dziecka przez rodaka niz dramat tej jednej, konkretnej rodziny.