Post na temat bliżej nieokreślony - cały weekend (i parenaście wcześniejszych dni) spędziłam na nauce Mojego Ulubionego Programu Komputerowego Do Magisterki (MUPKDM mi wyszło, ma się dosyć już po przeczytaniu nazwy :P), który po tym czasie jest mi w stanie służyć obliczeniami ugięć ramy. Od ramy jeszcze daleko do budynku całego (zwłaszcza, że przepust, który jest po drodze mi nie wyszedł), jednak w trakcie dokonałam pewnych odkryć (jak na przykład plik tekstowy, który informuje w którym miejscu w modelu zrobiło się błąd, i na czym on polega), i mam nadzieję, że jutro będzie się pracowało znacznie lepiej. W końcu im bliżej ostatecznego terminu tym lepiej wszystko wychodzi :P.
(obecnie wyświetlany error to 'TOO MANY ATTEMPTS MADE FOR THIS INCREMENT' i trochę nie wiem, co z nim zrobić. Uparłam się jednak dojść do modelowania połączeń ścian dzisiaj :P).
Nie mam w związku z tym kontaktów z brytyjską częścią otoczenia, ani też czasu, by porządnie opisać dotychczasowe spostrzeżenia. Z rzeczy nieprzewidywalnych mogę tylko nadmienić, że z okazji royal baby nie było tutaj niestety żadnych parad, wygrywania hymnu brytyjskiego o każdej pełnej godzinie, dnia wolnego w pracy, ani poruszenia innego niż na dziale prasowym w Sainsbury's (telewizji nie oglądam). Trochę mnie to zdziwiło, bo jestem przyzwyczajona do stereotypowego obrazu Anglika z flagą, zmierzającego świętować do pubu i otrzymującego kilka lat później list od Królowej z okazji 100 urodzin - ale potęga monarchii nie sięga widać aż tak daleko, by mackami złapać na raz nowego dziedzica, przemysł pamiątkarski i wymieszanych z imigrantami roześmianych, miłujących obywateli. Chyba robię się śpiąca i cyniczna :P.
(właśnie mi wyszło - wygląda na to, że po prostu kazałam programowi liczyć konstrukcję chwiejną :P. Próbowałam przejść od węzła sztywnego do przegubu, ale coś robię źle. Lewa strona może działać i przegubowo i w utwierdzeniu, natomiast prawa współpracować nie chce. Przyjemnej nocy wszystkim, którzy tu nocną porą zaglądną :) ).
poniedziałek, 29 lipca 2013
piątek, 26 lipca 2013
Jak to jest zrobione?
Poza czysto edukacyjnymi walorami mojej pracy (nikomu chyba nie śniło się, że zaraz po studiach pierwszym zawodowym wyzwaniem stanie się kontur zamknięty na podłożu sprężystym? :P), jest także dużo walorów bonusowych. Jestem zatrudniona w czymś, co niektórzy nazywają 'Departamentem konstrukcji', w którego skład wchodzą obecnie 3 osoby. Jedna (John) jest zatrudniona także w drugim oddziale firmy (w związku z tym jest u nas zbiorczo jakieś 2,5 dnia), druga jest praktykantką bez większego doświadczenia, za to władająca biegle niszowym językiem obcym, a pozostała jednostka (Sam), pomimo kariery dwumiesięcznej ledwie, dzielnie stara się radzić sobie w przepustowym świecie.
Codziennie zatem mijają nam godziny na liczeniu i piciu bawarek. Zdarzają się jednak wspomniane w pierwszym zdaniu atrakcje dodatkowe ;). Jako że i ja i Sam jesteśmy w firmie nowi, jesteśmy zapraszani do jej poznawania - szczególnie, że poznajemy to, co dzień w dzień widujemy na ekranach monitorów i próbujemy zapisywać równaniami.
Pierwsza wycieczka odbyła się w moim pierwszym tygodniu pracy - oglądaliśmy produkcję w Somercotes, czyli nasze przepusty, ściany oporowe i bariery betonowe. Podczas jakichś dwóch godzin zwiedzania John pokazywał nam zbrojenie, układanie prętów, betonowanie przepustów i ścian oporowych o najróżniejszych wymiarach (przepust wysoki na 4m, z dziurami po bokach?), cierpliwie odpowiadał na nasze pytania i opowiadał ciekawostki.
We wtorek John zabrał mnie do innej siedziby firmy (oddalonej o ponad 20 mil), bym zobaczyła tam biura a także obejrzała produkcję schodów prefabrykowanych, płyt kanałowych i sprężonych belek stropowych. Wiele z tych rzeczy znałam 'z nazwy', wiedziałam jak wyglądają i jaką funkcję powinny spełniać, jednak pierwszy raz miałam okazję zobaczyć je na żywo. Także pierwszy raz zdałam sobie sprawę z ogromu całych przedsięwzięć produkcji budowlanej, gdzie hałdy poszczególnych rodzajów kruszywa oddzielane są przez płyty kanałowe nie spełniające kryteriów jakościowych, gdzie ludzie przez kilka lat wylewają beton na naprężone druty stalowe (odmiana po ludziach, którzy przez kilka lat zbierają ogórki), gdzie stoi maszyna wytrzymałościowa badająca kilkanaście próbek dziennie. Bardzo mi się podobało ;).
Mojemu entuzjazmowi dziwili się współlokatorzy (wynikła w związku z tym ciekawa sytuacja, opowiem przy najbliższej okazji :P), którzy nie podzielają miłości do belek betonowych. Nie jestem osobą, która się przesadnie interesuje budownictwem, która jest budowlańcem z krwi, kości i powołania, ale chyba zawsze tak jest, że człowieka ciekawi to, co robi. Jestem na początku procesu (z orężem w postaci myszki komputerowej), produkcja elementów prefabrykowanych jest tylko kawałeczek dalej - ale jest urzeczywistnieniem naszej pracy, mechaniką stającą się belką o określonych wymiarach. Pisząc bez zbędnego dramatyzmu, po prostu widzimy co robimy, jak każda cyferka w wynikach odbija się w kształcie i cechach elementu. Nawet jeśli to tylko płyta kanałowa :P.
Wracając do Somercotes John (korzystając z ładnej pogody) przewiózł mnie dłuższą drogą - przez Nottingham :)). Mam już cel na wolny weekend (o ile taki się pojawi :P). Jeden z oddziałów firmy produkuje elementy ceramiczne (potocznie cegłami zwane), może uda się nam i tam pojechać :). Miłego dnia wszystkim :), i przepraszam za niewyraźny rysunek - jestem już śpiąca, nie mam siły robić nowych zdjęć (to coś z kołami to płyta kanałowa :P).
Codziennie zatem mijają nam godziny na liczeniu i piciu bawarek. Zdarzają się jednak wspomniane w pierwszym zdaniu atrakcje dodatkowe ;). Jako że i ja i Sam jesteśmy w firmie nowi, jesteśmy zapraszani do jej poznawania - szczególnie, że poznajemy to, co dzień w dzień widujemy na ekranach monitorów i próbujemy zapisywać równaniami.
Pierwsza wycieczka odbyła się w moim pierwszym tygodniu pracy - oglądaliśmy produkcję w Somercotes, czyli nasze przepusty, ściany oporowe i bariery betonowe. Podczas jakichś dwóch godzin zwiedzania John pokazywał nam zbrojenie, układanie prętów, betonowanie przepustów i ścian oporowych o najróżniejszych wymiarach (przepust wysoki na 4m, z dziurami po bokach?), cierpliwie odpowiadał na nasze pytania i opowiadał ciekawostki.
We wtorek John zabrał mnie do innej siedziby firmy (oddalonej o ponad 20 mil), bym zobaczyła tam biura a także obejrzała produkcję schodów prefabrykowanych, płyt kanałowych i sprężonych belek stropowych. Wiele z tych rzeczy znałam 'z nazwy', wiedziałam jak wyglądają i jaką funkcję powinny spełniać, jednak pierwszy raz miałam okazję zobaczyć je na żywo. Także pierwszy raz zdałam sobie sprawę z ogromu całych przedsięwzięć produkcji budowlanej, gdzie hałdy poszczególnych rodzajów kruszywa oddzielane są przez płyty kanałowe nie spełniające kryteriów jakościowych, gdzie ludzie przez kilka lat wylewają beton na naprężone druty stalowe (odmiana po ludziach, którzy przez kilka lat zbierają ogórki), gdzie stoi maszyna wytrzymałościowa badająca kilkanaście próbek dziennie. Bardzo mi się podobało ;).
Mojemu entuzjazmowi dziwili się współlokatorzy (wynikła w związku z tym ciekawa sytuacja, opowiem przy najbliższej okazji :P), którzy nie podzielają miłości do belek betonowych. Nie jestem osobą, która się przesadnie interesuje budownictwem, która jest budowlańcem z krwi, kości i powołania, ale chyba zawsze tak jest, że człowieka ciekawi to, co robi. Jestem na początku procesu (z orężem w postaci myszki komputerowej), produkcja elementów prefabrykowanych jest tylko kawałeczek dalej - ale jest urzeczywistnieniem naszej pracy, mechaniką stającą się belką o określonych wymiarach. Pisząc bez zbędnego dramatyzmu, po prostu widzimy co robimy, jak każda cyferka w wynikach odbija się w kształcie i cechach elementu. Nawet jeśli to tylko płyta kanałowa :P.
Wracając do Somercotes John (korzystając z ładnej pogody) przewiózł mnie dłuższą drogą - przez Nottingham :)). Mam już cel na wolny weekend (o ile taki się pojawi :P). Jeden z oddziałów firmy produkuje elementy ceramiczne (potocznie cegłami zwane), może uda się nam i tam pojechać :). Miłego dnia wszystkim :), i przepraszam za niewyraźny rysunek - jestem już śpiąca, nie mam siły robić nowych zdjęć (to coś z kołami to płyta kanałowa :P).
niedziela, 21 lipca 2013
nie wszystkie huśtawki są bezpieczne
Czasem jest tak, że zbliża się katastrofa. Czuć ją ozonem, świeżo skoszoną trawą, perfumami albo przypaloną cebulą. Przychodzi niespodziewanie, jednym wielkim susem, nie dając szans na przygotowanie się. Lub też porusza się małymi kroczkami drapieżnika, sunąc niezauważalnie, bezszelestnie. Najgorsze jest to, że nie ma czasu albo woli, by jej uniknąć.
Pociągamy za sznurki chaosu, nie wiedząc, co jest na ich końcu, ani o co zaczepiają po drodze. Sztuka gry w jengę życia, gdy każdy jest badaczem swojego i cudzego losu.
Magisterka leży, przepusty choć też leżą, to jest to ich stan naturalny. Wszyscy są zdziwieni, że w ekstremalnych przypadkach mamy 14 form tego samego rzeczownika (liczba pojedyncza i mnoga, po 7 przypadków). Z kolei jak im wyjechałam z 'I could have forgotten to close the windows yesterday' nie mogli powstrzymać uśmiechu.
Ciągniemy za ten sznurek jak dzieci - tylko po to, żeby zobaczyć, co się stanie. A może posypie się konfetti :)?
Pociągamy za sznurki chaosu, nie wiedząc, co jest na ich końcu, ani o co zaczepiają po drodze. Sztuka gry w jengę życia, gdy każdy jest badaczem swojego i cudzego losu.
Magisterka leży, przepusty choć też leżą, to jest to ich stan naturalny. Wszyscy są zdziwieni, że w ekstremalnych przypadkach mamy 14 form tego samego rzeczownika (liczba pojedyncza i mnoga, po 7 przypadków). Z kolei jak im wyjechałam z 'I could have forgotten to close the windows yesterday' nie mogli powstrzymać uśmiechu.
Ciągniemy za ten sznurek jak dzieci - tylko po to, żeby zobaczyć, co się stanie. A może posypie się konfetti :)?
Bday
Urodziny są zawsze dla kogoś dniem szczególnym. Nigdy chyba nie zdarzyło mi się na nie nie czekać, albo traktować je jako całkiem normalny dzień - pomimo tego, że często wypadały w zwykły dzień roboczy (cukierki do pracy :) ). Generalnie moje 'urodziny' polegały na otrzymywaniu smsów od znajomych, potem na czytaniu maili od bliskich osób albo odpowiadaniu tymże na facebookowe wiadomości. Wieczorem organizował jakiś, hmmm, poczęstunek, dla ludzi, z którymi w danym momencie mieszkałam. Jestem przekonana, że moje święto prawie nie różniło się od Waszych ;). W tym roku jednak miałam o wiele bardziej brytyjskie urodziny.
Zaczęły się o 23 tutejszego czasu, odśpiewaniem mi 'happy birthday' przez współlokatorów (chyba kiedyś przygotuję o nich osobnego posta), oraz stwierdzeniem, że jestem 'birthday girl', i nie muszę myć po sobie naczyń. Owo 'birthday girl' ciągnęło się za mną (albo może przede mną?) przez dzień cały, zwłaszcza, gdy wieść o ptasim mleczku w kuchni rozeszła się po fabryce. Spowodowało to wizyty osób mi zupełnie nieznanych, szukających skonfundowanej urodzinowej panienki wskazywanej ochoczo przez rozradowanych współpracowników. W tym dziwnym kraju bycie 'birthday' wiąże się ze szczególną sympatia otoczenia i licznymi względami. Dostałam zatem 7 kartek urodzinowych, z czego 3 od moich współlokatorów (co bardzo odbiega od akademikowej idei - wszyscy na jednym 'czymś' :P), a także 3 pudełka czekoladek (co mnie naprawdę zaskoczyło, zapomniałam, że na urodziny dostaje się czekoladki). Co rusz ktoś dostarczał nowej bawarki :).
Zaczęły się o 23 tutejszego czasu, odśpiewaniem mi 'happy birthday' przez współlokatorów (chyba kiedyś przygotuję o nich osobnego posta), oraz stwierdzeniem, że jestem 'birthday girl', i nie muszę myć po sobie naczyń. Owo 'birthday girl' ciągnęło się za mną (albo może przede mną?) przez dzień cały, zwłaszcza, gdy wieść o ptasim mleczku w kuchni rozeszła się po fabryce. Spowodowało to wizyty osób mi zupełnie nieznanych, szukających skonfundowanej urodzinowej panienki wskazywanej ochoczo przez rozradowanych współpracowników. W tym dziwnym kraju bycie 'birthday' wiąże się ze szczególną sympatia otoczenia i licznymi względami. Dostałam zatem 7 kartek urodzinowych, z czego 3 od moich współlokatorów (co bardzo odbiega od akademikowej idei - wszyscy na jednym 'czymś' :P), a także 3 pudełka czekoladek (co mnie naprawdę zaskoczyło, zapomniałam, że na urodziny dostaje się czekoladki). Co rusz ktoś dostarczał nowej bawarki :).
Wszystko, czego doświadczyłam, było niezmiernie miłe - i wydaje mi się, że czasem tego brakuje w świętowaniu urodzin. Oczekiwania wobec życia biegną szybciej niż lata, i o ile w wieku 8 lat wystarczała ładnie zapakowana kolejka, tak na 20któreś urodziny dajemy sobie garść refleksji na temat starzenia się i tego 'co powinniśmy robić' w tym wieku (chociaż mi się jakoś w tym roku udało bez :P). Zgodnie z filozofią życiową by cieszyć się z małych rzeczy i nadawać im znaczenie, apeluję! - cieszcie się z urodzin :)- i swoich i bliskich Wam osób. Niech to nie będzie zwykły dzień (bo takich mamy z 300 w roku), ale coś przyjemnego i wyjątkowego :)!
(Nie wiem, co mnie wzięło na takie truizmy :P. Warto się w życiu starać ;) ). Dziękuję wszystkim tutaj za życzenia i za inne prezenty - niespodzianki ;). Jesteście kochani ;).
wtorek, 16 lipca 2013
The Great Britain
Cały post miał dotyczyć 'większej' sprawy - określenia Great Britain jako 'great'. Jakoś ostatnio jednak nie mam czasu usiąść do blogowych rzeczy (a wciąż dochodzą nowe), więc wysyłam to, co napisałam w wolnych chwilach - kilka spostrzeżeń z codziennego życia :). Chyba pierwszy raz w trakcie moich pobytów w UK jestem aż tak zasypywana wszystkim co angielskie. Przywykłam już powoli do akcentu z Derbyshire, robię notatki po angielsku i patrzę najpierw w prawo przechodząc przez ulicę. Wiele rzeczy jednak uderza mnie po raz pierwszy - Tubylcy atakują :P.
Festiwal muzyki w Ripley - tłumy Anglików na ichniejszych błoniach, scena. Anglicy, w absolutnie każdym wieku, przynieśli sobie krzesełka turystyczne, stoliki, wałówkę i alkohol. Słuchamy najpierw rockowej kapeli śpiewającej przeboje z lat '60, potem na scenę wchodzi orkiestra górnicza z muzyką filmową. Imprezę kończy pokaz sztucznych ogni (imponujący jak na wielkość miasteczka) , po którym odśpiewano kilka pieśni patriotycznych i hymn brytyjski. Machano przy tym flagami. Zobaczyłam - uwierzyłam :P.
Piją tu straszne ilości napoju narodowego, domyślnie zabielanego. Jeżeli odpowiem twierdząco na pytanie 'czy chcę herbatę?' na 90% dostanę z mlekiem. W stołówce mamy wspólne: kawę rozpuszczalną, herbatę, cukier i galony mleka ;).
Nie jestem przyzwyczajona do wstawania na 9 i przesypiania ponad 7 godzin przez kilka nocy pod rząd. Od tygodnia, kładąc się spać przed 00:15, za każdym razem budziłam się w okolicach 6:30 :P.
Karen zaprosiła mnie na lunch do siebie. Zrobiła crumpets - takie małe, płaskie walce z ciasta (do kupienia w sklepie, wielkość krążka hokejowego). Wsadza się je do tostera, by były ciepłe, po czym smaruje masłem. Coś, co przez 4 ostatnie lata jadłam jako postną przekąskę, nagle nabrało nowego smaku ;).
Oglądaliśmy przepusty z Johnem i Samem. Rządowe zamówienie, betonowa 'klatka' z kwadratowymi otworami na każdej ścianie - imitacja łodzi podwodnej do ćwiczeń dla marynarki. John, opisując nam nietypowe cudo kilka razy wspominał królową jako 'our Lady'.
- Sam, what's that 'ft' here?
- Oh, that's a feet. It's american sheet, they use the the stuff like inches and feets everywhere...
- And you don't?
- No, we use milimeters and kilograms.
...(trochę później w stołówce)
- Joanna, can you give me the mug?
- Which one?
- The one 5 inches from your left hand.
W pokoju gdzie sobie liczę urzęduje też pan o skomplikowanym imieniu na G, pełniący jakieś funkcje nadzorcze. Często przychodzą do niego ludzie ze sprawunkami - jednym z nich jest Ron. Z nieznanych powodów myśli on, że jestem Belgijką, za każdym zatem razem wita mnie wesołym 'bonjour madame', zaciągając z angielska jak tylko się da. Nauczono mnie na to odpowiadać 'EI UP MI DUCK', co podobno oznacza (tłumaczenie z różnych źródeł) po prostu 'hello' na stopie koleżeńskiej - ale nie wiedzieć czemu nasza wymiana pozdrowień wywołuje wielką radość w kilku najbliższych pokojach.
Nadużywam słów 'quite' i 'crazy'. Wiele rzeczy jest quite: nice, big, good, interesting, enough, a także crazy: happy, mad, dysponuję także crazy stuffem. Wiele osób zauważa, że gdy nie znam jakiegoś słowa, opisuję je w śmieszny sposób, np. houses put in array. Zameer (jeden z moich współlokatorów) nadużywa 'bloody', trochę czasu minie, i wszystko będzie 'quite bloody'.
Na koniec - by pozostać w konwencji - facebookowe tło zmyślnej dziewczyny :)). Miłego dnia wszystkim :).
Festiwal muzyki w Ripley - tłumy Anglików na ichniejszych błoniach, scena. Anglicy, w absolutnie każdym wieku, przynieśli sobie krzesełka turystyczne, stoliki, wałówkę i alkohol. Słuchamy najpierw rockowej kapeli śpiewającej przeboje z lat '60, potem na scenę wchodzi orkiestra górnicza z muzyką filmową. Imprezę kończy pokaz sztucznych ogni (imponujący jak na wielkość miasteczka) , po którym odśpiewano kilka pieśni patriotycznych i hymn brytyjski. Machano przy tym flagami. Zobaczyłam - uwierzyłam :P.
Piją tu straszne ilości napoju narodowego, domyślnie zabielanego. Jeżeli odpowiem twierdząco na pytanie 'czy chcę herbatę?' na 90% dostanę z mlekiem. W stołówce mamy wspólne: kawę rozpuszczalną, herbatę, cukier i galony mleka ;).
Nie jestem przyzwyczajona do wstawania na 9 i przesypiania ponad 7 godzin przez kilka nocy pod rząd. Od tygodnia, kładąc się spać przed 00:15, za każdym razem budziłam się w okolicach 6:30 :P.
Karen zaprosiła mnie na lunch do siebie. Zrobiła crumpets - takie małe, płaskie walce z ciasta (do kupienia w sklepie, wielkość krążka hokejowego). Wsadza się je do tostera, by były ciepłe, po czym smaruje masłem. Coś, co przez 4 ostatnie lata jadłam jako postną przekąskę, nagle nabrało nowego smaku ;).
Oglądaliśmy przepusty z Johnem i Samem. Rządowe zamówienie, betonowa 'klatka' z kwadratowymi otworami na każdej ścianie - imitacja łodzi podwodnej do ćwiczeń dla marynarki. John, opisując nam nietypowe cudo kilka razy wspominał królową jako 'our Lady'.
- Sam, what's that 'ft' here?
- Oh, that's a feet. It's american sheet, they use the the stuff like inches and feets everywhere...
- And you don't?
- No, we use milimeters and kilograms.
...(trochę później w stołówce)
- Joanna, can you give me the mug?
- Which one?
- The one 5 inches from your left hand.
W pokoju gdzie sobie liczę urzęduje też pan o skomplikowanym imieniu na G, pełniący jakieś funkcje nadzorcze. Często przychodzą do niego ludzie ze sprawunkami - jednym z nich jest Ron. Z nieznanych powodów myśli on, że jestem Belgijką, za każdym zatem razem wita mnie wesołym 'bonjour madame', zaciągając z angielska jak tylko się da. Nauczono mnie na to odpowiadać 'EI UP MI DUCK', co podobno oznacza (tłumaczenie z różnych źródeł) po prostu 'hello' na stopie koleżeńskiej - ale nie wiedzieć czemu nasza wymiana pozdrowień wywołuje wielką radość w kilku najbliższych pokojach.
Nadużywam słów 'quite' i 'crazy'. Wiele rzeczy jest quite: nice, big, good, interesting, enough, a także crazy: happy, mad, dysponuję także crazy stuffem. Wiele osób zauważa, że gdy nie znam jakiegoś słowa, opisuję je w śmieszny sposób, np. houses put in array. Zameer (jeden z moich współlokatorów) nadużywa 'bloody', trochę czasu minie, i wszystko będzie 'quite bloody'.
Na koniec - by pozostać w konwencji - facebookowe tło zmyślnej dziewczyny :)). Miłego dnia wszystkim :).
Subskrybuj:
Posty (Atom)



